dwutygodnik internetowy
9.11.2015
magazyn papierowy


Kup
egzemplarz
Magazynu
kontakt
z tym
artykułem

Prof. Pałys: Zarządzanie złożonością

Nie można uwzględnić jednej wizji uniwersytetu i twierdzić, że ma się monopol na prawdę. Wizji uniwersytetu jest wiele i one wszystkie muszą się w nim pomieścić.

jak pracować za dramo

Ilustr.: Anna Libera

MACIEK ONYSZKIEWICZ, PIOTR TUBELEWICZ: Każdy student UW musi zaliczyć obowiązkowe praktyki. Tymczasem zdecydowana większość staży oferowanych studentom jest bezpłatna. Oznacza to, że uczelnia wysyła studentów do darmowej pracy, z której zyski czerpie przede wszystkim zatrudniający stażystę pracodawca.

PROF. MARCIN PAŁYS: Powinniśmy zacząć od odpowiedzi na pytanie, po co są w ogóle staże. Przede wszystkim chodzi o to, żeby zobaczyć, jak wygląda życie poza murami uniwersytetu, gdzie trafi 99 procent absolwentów. Student opuszczający uczelnię nie powinien być zaskoczony ani przestraszony tym, jak ta rzeczywistość wygląda. Problem pojawia się wtedy, gdy staż jest robiony bezrefleksyjnie. Część studentów rzeczywiście idzie na jakąś praktykę, a część załatwia papierek, że taki staż odbyło. Dobrze by było, gdyby przed pójściem na staż student zastanowił się, po co tam idzie i co właściwie chce osiągnąć. Trzeba zrobić taki bilans i na tej podstawie wybierać miejsce praktyk. Pójście na staż gdzieś, gdzie nie można się niczego nauczyć, jest bez sensu. To strata czasu.

Pytanie, czy obowiązkowe, przeważanie bezpłatne staże nie sprzyjają wyzyskowi studentów przez pracodawców, pozostaje aktualne.

Na pewno zdarzają się staże, które polegają na wykonywaniu prymitywnych i nierozwijających czynności, jak wklepywanie czy kompilowanie danych lub parzenie herbaty. Jednak jeśli na przykład student prawa ma okazję odbyć praktyki w Trybunale Konstytucyjnym oraz uczestniczyć w bardzo ciekawych dyskusjach i sporach prawnych, które są tam rozstrzygane, jest to dla niego realna inwestycja w siebie. Podobnie jeśli inny student dostanie się na staż w CERN i będzie mógł uczestniczyć w poważnych eksperymentach naukowych. Takie staże pozwalają studentowi uczestniczyć w czymś, czego inaczej na pewno by nie doświadczył. Nie można patrzeć na to w kategoriach przepracowanego czasu i należnej zapłaty. W tym wypadku jest to rodzaj inwestycji w swój rozwój i to on jest korzyścią, którą z tego układu wyciąga stażysta.

Podsumowując: żeby staże w ogóle miały sens, powinny mieć naprawdę charakter edukacyjny i pozwalać studentowi doświadczyć czegoś wartościowego. Tylko że w tym momencie dochodzimy do kwestii masowości. Uczelni, które w swoich programach mają staż, jest bardzo wiele. W samej Warszawie jest dwieście tysięcy studentów. Oznacza to, że około czterdzieści tysięcy osób rocznie musi zaliczyć obowiązkowy staż. Nie ma tylu miejsc, w których można odbyć takie rozwijające praktyki, ani prawdopodobnie nie ma tylu ofert staży płatnych.

I to prowadzi do patologicznych sytuacji. Sam widziałem ogłoszenie, że firma szuka bezpłatnego stażysty z co najmniej półrocznym doświadczeniem.

Patologie polegające na wykorzystywaniu przez firmy bezpłatnych staży to efekt uboczny. Sam pomysł obowiązkowego stażu uważam za rozsądny. Tylko że – jak już wspomniałem – jest trudny do zrealizowania i wywołuje też negatywne konsekwencje. Bardzo łatwo go nadużywać, co może prowadzić do takich patologicznych sytuacji jak ta, o której pan mówi.

Pytanie, czy te negatywne konsekwencje nie są na tyle poważne, żeby uznać wymóg realizowania obowiązkowych staży przez studentów za coś niedobrego.

Byłbym ostrożny z wyciąganiem takich wniosków. Sam pomysł nie jest zły. Pytanie, czy można go zrealizować w taki sposób, żeby staże zawsze były dobre, rozsądne i spełniały swoje cele. Zapewne nie. Zawsze pozostaną luki pozwalające firmom wykorzystać darmowego pracownika do wykonywania najprostszych czynności. Pozostaje pytanie o proporcje pomiędzy pozytywnymi i negatywnymi zjawiskami. Nie wiadomo, czy mówimy o głośnych, ale pojedynczych przypadkach, czy o patologii dziejącej się na masową skalę. Tu przydałoby się więcej danych, których niestety nie mamy.

***

Dyskusja o obowiązkowych stażach prowokuje pytanie o cele, które stawia przed sobą uczelnia. Jaką funkcję powinien spełniać uniwersytet?

Klasyczne ujęcie mówi o trzech rolach uniwersytetu. Pierwszą jest kształcenie, drugą prowadzenie badań naukowych, a trzecią oddziaływanie na otoczenie, na społeczeństwo i cały otaczający świat.

A jak rozumie pan to kształcenie przez uniwersytet? Jaki jest jego cel?

Celów kształcenia jest kilka. Pierwszym jest zdobycie wiedzy i kompetencji. Drugim – umiejętność wykorzystywania tej wiedzy i kompetencji w swoim dalszym życiu zawodowym i społecznym. Trzeci cel dotyczy formowania osobowości. Na uniwersytecie młody człowiek ma okazję spotkać ludzi, którzy dłużej funkcjonują w świecie i często są mistrzami w jakimś obszarze. W tym kontakcie pomiędzy osobami, które się jeszcze rozwijają, a tymi, które mają większe doświadczenie i reprezentują sobą wysokie standardy intelektualne i moralne, następuje proces formowania osobowości. Dzięki temu absolwenci uniwersytetu nie tylko posiadają jakąś wiedzę, ale są też przygotowani do życia w demokratycznym społeczeństwie. Chodzi o to, żeby umieć prowadzić debatę według obowiązujących reguł z poszanowaniem dla różnic w poglądach występujących wewnątrz społeczeństwa.

Czy jednym z podstawowych zadań uniwersytetu nie powinna być nauka krytycznego myślenia, ciągłego stawiania pytań i wyrażana wątpliwości?

Uniwersytet powstał dawno temu. Jego historia sięga mniej więcej tysiąca lat. Nie powstał dlatego, że ktoś jakoś go zaprojektował i wymyślił mu rolę do zrealizowania. Przez te tysiąc lat rozwijał się, ewoluował i nabierał różnych cech. W związku z tym nie wszyscy postrzegają zadania uniwersytetu dokładnie tak samo. Dla niektórych jest przede wszystkim miejscem, gdzie można uczyć się, zdobywać wiedzę i znaleźć drogę do ułożenia sobie życia w przyszłości. Ci ludzie w tym widzą główną rolę uniwersytetu i nie można mówić, że nie mają racji. Są ludzie, którzy przede wszystkim chcą się rozwijać, nauczyć się spoglądania na sprawy z różnych perspektyw. Dla nich studiowanie jest intelektualną przygodą, a niekoniecznie sposobem zdobycia zawodu. Oni także będą mieli rację. Są wreszcie osoby zainteresowane przede wszystkim badaniami naukowymi w jakiejś specjalistycznej dziedzinie, która je pasjonuje. Chcą jak najwięcej dowiedzieć się na jej temat i posunąć tę wiedzę naprzód… I znów nie oznacza to, że oni nie mają racji. Nie można uwzględnić jednej wizji uniwersytetu i twierdzić, że ma się monopol na prawdę. Wizji uniwersytetu jest wiele i one wszystkie muszą się w nim pomieścić. Uniwersytet to nie przedsiębiorstwo ani urząd, tylko złożony ekosystem, w którym żyje razem wiele organizmów. Kierowanie takim ekosystemem nie przypomina zarządzania firmą, tylko zarządzanie złożonością.

Wydaje się, że te różne wizje uniwersytetu są w konflikcie. Pytanie, czy można je ze sobą pogodzić czy stoją ze sobą w sprzeczności?

Oczywiście na granicach różnych grup składających się na uniwersytecką społeczność będą występowały tarcia. Nie wydaje mi się jednak, że są to tarcia o charakterze fundamentalnym. Te wizje się nie wykluczają. Po prostu w różnych wyobrażeniach uniwersytetu rożnie rozkładają się akcenty. Na przykład na Wydziale Filozofii i Socjologii nacisk będzie położony właśnie na krytyczne myślenie. Dla tych dziedzin to podstawowe narzędzie, które poznaje się na studiach. Podobnie na Wydziale Matematyki, Informatyki i Mechaniki. Są jednak kierunki nastawione raczej na wymiar praktyczny, jak prawo lub zarządzanie. W tych dziedzinach również ważne jest krytyczne myślenie, bo bez niego w żadnej nauce nie byłby możliwy postęp, ale tam akcenty będą rozłożone inaczej. Dlatego nie wydaje mi się, żeby istniała tutaj jakaś fundamentalna sprzeczność między różnymi wizjami, których nie można pogodzić w ramach jednego uniwersytetu.

***

Według badań uniwersytety, również w Polsce, spełniają w społeczeństwie funkcję segregującą. Na uniwersytet idzie elita, by oddzielić się od reszty społeczeństwa. Czy w imię wspomnianej przez pana roli uniwersytetu, polegającej na kształtowaniu środowiska, nie należałoby podjąć wysiłku, by zmienić tę sytuację?

Jakiś czas temu podwoziłem autostopowicza w małej miejscowości koło Zambrowa. Był to młody chłopak, który właśnie kończył szkołę. Pytałem go o plany na przyszłość. Chciałby pójść do jakiejś pomaturalnej szkoły plastycznej w swojej okolicy, oczywiście prywatnej. Pytałem go, czy nie chciałby spróbować swoich sił na ASP w Warszawie, ale się wzbraniał. Nie dlatego, że tego nie dało się zorganizować, ponieważ Zambrów nie jest daleko. On po prostu nie wierzył we własne siły, twierdził, że na pewno się nie dostanie. W takiej sytuacji uczelnie niewiele mogą zrobić. To kandydaci dokonują wyboru, na jakie studia chcieliby pójść, i tam składają papiery.

Być może jednak można by jakoś ich zachęcać. W Polsce przyznawano kiedyś specjalne punkty za pochodzenie robotnicze lub chłopskie. W USA gwarantuje się miejsca na uczelniach dla osób czarnoskórych dlatego, że jest im trudniej dostać się na uniwersytet.

Jednak dyskusja na ten temat wciąż trwa. Władze każdego stanu samodzielnie podejmują takie decyzje. W niektórych postanowiono wycofać się z affirmative action. Uzasadnienie było takie, że z czasem czarnoskórzy absolwenci miewali mniejsze szanse na znalezienie pracy niż ich biali rówieśnicy właśnie dlatego, że było im łatwiej dostać się na studia, więc panowała opinia, że uzyskany dyplom nie potwierdza ich prawdziwych kompetencji. Z kolei w innych stanach nadal ten system obowiązuje, ponieważ uznano, że wciąż jest konieczny. Nie ma jednego uniwersalnego rozwiązania tego problemu, wszystko zależy od okoliczności. Nie wydaje mi się, żeby w Polsce dodatkowe punkty za pochodzenie przy rekrutacji na studia były dobrym rozwiązaniem. My przyjmujemy kandydatów na podstawie matury. Jeśli spojrzymy na to, jakie wyniki są potrzebne, żeby dostać się na UW, okaże się, że to nie są wygórowane kryteria. Przyczyna musi leżeć gdzie indziej.

 

Prof. Marcin Pałys jest rektorem Uniwersytetu Warszawskiego, profesorem chemii

  • Jan

    “Według badań uniwersytety, również w Polsce, spełniają w społeczeństwie funkcję segregującą” Moim zdaniem, gdyby tak było – to byłoby dobrze (merytokracja zamiast arystokracji, czy innej oligarchii). Ale w Polsce od kilkunastu lat już tak nie jest. Na uniwersytet dostać się jest bardzo łatwo, zwłaszcza na część wydziałów (dość znaczną), bo finansowanie uczelni zbyt mocno zależy od liczby studentów.

    Zupełnie nie rozumiem, dlaczego autorzy wywiadu chcieliby tę sytuację jeszcze bardziej zmienić, czyli zlikwidować te resztki roli segregującej uniwersytetu, jakie się jeszcze ostały.