dwutygodnik internetowy
3.10.2016
magazyn papierowy


Kup
egzemplarz
Magazynu
kontakt
z tym
artykułem

Prof. Mrozowski: Media narodowe: polityczne i anachroniczne

Szanse, że TVP stanie się polskim BBC, są takie, jak na to, że Jacek Kurski zostanie angielskim gentelmanem. Czyli żadne.

Z prof. Maciejem Mrozowskim rozmawia Rafał Pikuła.

RAFAŁ PIKUŁA: PiS wziął się za media publiczne. Według rządu zmiany ustawowe mają na celu odpolitycznienie i uzdrowienie mediów publicznych. Czy to oznacza, że w końcu media publiczne zostaną zwrócone obywatelom?

PROF. MACIEJ MROZOWSKI: Model proponowany przez PiS to archaizm. To model rządowy, w którym partia rządząca rządzi też mediami publicznymi. Po wojnie wprowadzono go we wszystkich krajach socjalistycznych, a na Zachodzie istniał tylko w Hiszpanii generała Franco, Portugalii Salazara oraz we Francji do upadku de Gaulle’a. Potem odszedł w zapomnienie, a po 1989 roku wydawało się, że pogrzebano go raz na zawsze. A tu masz – z martwych wstaje. Najpierw próbowano go wskrzesić na Węgrzech, a teraz w Polsce. W Europie Zachodniej od dawna praktykuje się dwa modele – rozluźnionej kontroli parlamentarnej oraz model managerski. Ten pierwszy zakłada powołanie organu regulacyjnego, reprezentującego interesy różnych sił politycznych, który steruje mediami publicznymi. Zabezpieczeniem tego modelu jest demokratyczna kontrola nad ich działalnością, dająca obywatelom – poprzez udział w komitetach kontrolnych – pewien wpływ na nie. Model brytyjski to uproszczony wariant modelu służby publicznej, w którym regulator krajowy określa cele i zadania mediów publicznych, a realizują je doświadczeni managerowie.

Czym się różni wizja mediów publicznych zapisana w projektach „dużej reformy” i częściowo już zrealizowana w ustawie o Radzie Mediów Narodowych od standardów w krajach Unii Europejskiej?

PiS przejął kontrolę nad Telewizją Polską i Polskim Radiem tuż po wyborach, a teraz usiłuje tak zmienić prawo medialne, żeby to usankcjonować i zapewnić tym mediom finansowanie publiczne. Czyli: PiS rządzi, my mamy płacić, a ogląda i słucha kto chce. Stara ustawa medialna, daleka od ideału, powstała przed wejściem Polski do Unii, a ta przyjęła nas z dobrodziejstwem inwentarza. Jednak teraz każda jej zmiana wymaga akceptacji Unii, a zapisane w projektach „dużej reformy” zmiany, wzmacniające władzę rządzących nad mediami publicznymi, nie miały na to szans. Bo szły w kierunku odwrotnym do tego, który wspiera Unia, czyli osłabienia takiej władzy. Dlatego PiS się z nich wycofał i na razie musi się zadowolić „małą reformą”. Ale wpływy z abonamentu i reklamy spadają, więc coś trzeba będzie zrobić. Problem polega na tym, że politycy chcą decydować, co jest dobre dla ogółu, bo ogół ich wybrał. I nikt ich nie przekona, że może być inaczej. Żeby zatem zrównoważyć ambicje polityków, w krajach zachodnich przyjęto zasadę pluralizmu wewnętrznego w organach zarządzających mediami publicznymi. Znaczy to, że oprócz polityków z różnych partii są do nich wybierani przedstawiciele środowisk twórczych i organizacji obywatelskich. A takiego rozwiązania PiS nie dopuszcza, bo nie chce się dzielić władzą nad mediami publicznymi ani z opozycją, ani z „gorszym sortem Polaków”.

Czy gdzieś ten model się sprawdza, czy jest to raczej ciekawa idea?

W wielu krajach model ten działa z dużym powodzeniem, chociażby w Niemczech, Holandii czy krajach skandynawskich, a w nieco mniejszym stopniu także w Czechach, na Słowacji i Litwie. Nasza stara ustawa niczego takiego nie gwarantowała, a ta właśnie uchwalona o Radzie Mediów Narodowych wręcz to wyklucza. Radę będą tworzyć trzej nominaci partii rządzącej i dwaj przedstawiciele opozycji, dobrani na zasadzie „ciotki przyzwoitki”, gdyż nie będą decydować o niczym. Mamy tu zatem podwójne upolitycznienie mediów publicznych. Po pierwsze: będą o nich decydować wyłącznie politycy, po drugie: będą to wyłącznie politycy partii rządzącej. I to jest ewenement na skalę europejską.

Prezes TVP Jacek Kurski zapowiedział, że telewizja publiczna pod jego rządami stanie się polską wersją BBC.

Szansa, że TVP stanie się polskim BBC, są takie jak to, że Jacek Kurski zostanie angielskim gentelmanem. A różnica jest zasadnicza – dla gentelmana fakty są święte, a opinie to kwestia poglądów. W telewizji prezesa Kurskiego odwrotnie – opinie są święte, a fakty to kwestia poglądów. Dlatego z gentelmanem można dyskutować, a nawet się spierać, a TVP to dziś „ziemia jałowa”.

BBC wśród brytyjskich konserwatystów jest uważana za tubę lewicy, nawet rząd Camerona próbował wpływać na nich (między innymi kuglując przy finansach), więc może w Polsce przesadzamy z idealizowaniem Brytyjczyków?

Jeszcze wcześniej rząd Tony’ego Blaira zarzucał BBC zbytni konserwatyzm, więc tego typu „połajanki” to typowy przejaw tak zwanego efektu wrogich mediów. Polega on na tym, że wszyscy mamy skłonność do wyolbrzymiania treści medialnych prezentujących inny punkt wiedzenia niż nasz. Dlatego zwolennicy prawicy wyolbrzymiają lewicowe – ich zdaniem – treści w mediach, a zwolennicy lewicy wszędzie widzą zachowawczość i oportunizm. BBC stara się neutralizować takie zarzuty, stosując tak zwany test wartości publicznej nadawanych programów. To złożona procedura obejmujące między innymi ocenę przez niezależnych ekspertów neutralności politycznej programów i zrównoważenie przedstawianych w nich punktów widzenia. Ten test ma nie tyle chronić BBC przed atakami polityków, co zapewnić jej społeczną akceptację i wiarygodność wśród odbiorców. Bo tak długo, jak będzie miała taką oglądalność i zaufanie odbiorców, jak ma teraz, oskarżenia polityków o tendencyjność czy manipulacje niewiele jej szkodzą.

Przykładem manipulacji BBC był reportaż o Polsce jako o kraju rasizmu, antysemityzmu i nietolerancji. Polskie MSZ skrytykowało oficjalnie materiał dotyczący zmian w Polsce w serii Newsnight, zatytułowany „Czy Polska się putinizuje” (emitowany 21.01). Czy zatem powoływanie się Jacka Kurskiego na wzór BBC nie jest nieporozumieniem?

Jeśli mówimy o tym samym reportażu, to dotyczył on zachowań kibiców na stadionach i nie twierdził, że Polska jest krajem rasizmu, antysemityzmu i nietolerancji, tylko że coś takiego w Polsce występuje i należy przed tym ostrzec kibiców brytyjskich wybierających się na Euro do Polski i Ukrainy, bo tam jeszcze gorzej. Od tamtego Euro upłynęły już cztery lata i sądzę, że dałoby się zrobić podobny reportaż tylko z faktów z tych czterech lat. Przykład ŚDM dowodzi, że od wielkiego dzwonu jesteśmy otwarci, gościnni i cudowni, ale na co dzień to już raczej nie. Trener naszych szczypiornistów, Kirgiz z pochodzenia, ma na ten temat coś do powiedzenia, a przykład pewnej nauczycielki ze Słupska, która ostatnio określiła uchodźców jako bydło, też jest wymowny. Zarzuty o putinizacji Polski przez PiS pojawiły się najpierw u nas w kraju, nie widzę więc powodu, dla którego BBC nie może użyć ich w tytule materiału, zresztą nie jako stwierdzenia, tylko pytania. BBC z pewnością nie jest antypolska, tylko pokazuje nasz kraj z brytyjskiej perspektywy. Gdy nas chwali za osiągnięcia gospodarcze i awans cywilizacyjny, co czyniła nieraz, nie bijemy jej pokłonów, gdy nas krytykuje za konserwatyzm obyczajowy i prawicowe odchylenie – to się na nią srożymy. Czy to aby nie jest przejaw efektu wrogich mediów?

Prezes Kurski zapowiada walkę o uniezależnienie mediów publicznych, które mają nie ulegać zewnętrznym wpływom i naciskom, a być zobowiązane do realizacji misji tak, jak zdefiniował ją PiS w swoim projekcie ustawy reformującej te media.

Czyli czego? W projekcie ustawy zapisano, że misją mediów publicznych jest między innymi: „kultywowanie tradycji narodowej oraz wartości patriotycznych i humanistycznych, przyczynianie się do zaspokajania duchowych potrzeb słuchaczy i widzów, rozbudzanie i zaspokajanie ich wszechstronnych zainteresowań, upowszechnianie dorobku polskiej i światowej nauki i twórczości artystycznej, popularyzowanie różnych form obywatelskiej aktywności, ułatwianie dostępu do obiektywnej informacji oraz tworzenie warunków pluralistycznej debaty o sprawach publicznych”. Można bardziej ogólnie? Piękne słowa, ale puste, nic konkretnego za nimi nie stoi. Wedle standardów Unii Europejskiej ustawodawca powinien tak zdefiniować misje mediów publicznych, aby realizowały one zadania, które nie opłacają się mediom komercyjnym, oraz są określone tak ściśle, żeby można było sprawdzać i weryfikować sposób ich realizacji.

Wedle pisowskiej koncepcji nadrzędnym celem misji publicznej ma być „utrwalanie wspólnoty narodowej i umacnianie odpowiedzialności za dobro wspólne”.

To idiotyczny zapis, bo niby który program tego nie robi? Sport to robi, bo naród ogląda i się wspólnie cieszy z sukcesów polskich zawodników bądź wspólnie przeżywa ich porażki. Jest wspólnota? Jest. Program o zdrowym żywieniu też to robi, bo przecież wszyscy chcemy jeść dobrze i zdrowo. Nawet filmy pornograficzne tworzą jakąś wspólnotę, bo ci, co je oglądają, wierzą, że jest ich dużo i coś ich łączy. Jak wiadomo naród to wyobrażona wspólnota, więc bardzo wiele zachowań i treści można pod to podpiąć. A skuteczność takich działań jest nie do sprawdzenia.

Jak do realizacji misji i jakości oferty ma się ewentualna zależność lub niezależność mediów publicznych?

Niezależność niczego nie gwarantuje, za to zależność wszystko komplikuje. Na jakość oferty wpływa wiele czynników. Najważniejsze to polityka i pieniądze. Widzimy na co dzień, jak spadek dochodów TVP skutkuje powtórkami staroci typu „Bonanza” czy „Drużyna A” oraz importem tanich seriali tureckich. Nacisków polityków nie widzimy, ale widzimy ich skutki. Bezpośrednio komplikują życie dziennikarzom i publicystom, wymuszając na nich pomijanie lub eksponowanie pewnych faktów, przedstawianie ich we „właściwej” perspektywie. Pośrednio takie naciski obniżają jakość innych programów. Wystarczy porównać na przykład „Szkło kontaktowe” z czymś takim jak „W tyle wizji”. Jeśli „z góry” przyjdzie na przykład polecenie, żeby produkować seriale o żołnierzach wyklętych lub innych postaciach miłych sercu prezesa tego czy tamtego, to wykonawcy się znajdą, ale widzowie niekoniecznie. Zależność zawsze grozi sytuacją, która onegdaj przytrafiła się pewnemu krakowskiemu malarzowi, gdy ten malował Boga i chciał mu się przypodobać, lecz Stwórcę to wnerwiło i przemówił: „Ty mnie nie maluj na kolanach, ty mnie maluj dobrze”. Dobre programy robią tylko dobrzy twórcy, a oni są zawsze niezależni i nie lękają się nawet samego Stwórcy. Pod tym względem TVP i PR robią teraz coś dokładnie odwrotnego niż to, co robi BBC. BBC przyciąga i hołubi niezależne osobowości, TVP i PR wyrzucają je na bruk, a hołubią „klęczących”. Jak to się ma do jakości oferty – każdy widzi, choć coraz mniej chcą to oglądać.

Czy niezależność zmusza media publiczne do konkurencji ze stacjami komercyjnymi?

Wszyscy nadawcy zabiegają o uwagę tych samych odbiorców, konkurencja między nimi jest więc nieuchronna. Bez widzów i słuchaczy nie ma misji, są tylko zmarnowane pieniądze. W dodatku media publiczne są w trudniejszej sytuacji niż nadawcy komercyjni. Muszą z nimi konkurować, ale nie tymi samymi metodami, od nich oczekuje się czegoś więcej. Mediom prywatnym wystarcza sama popularność programu, bo to gwarantuje zyski z reklam. A to najlepiej osiągnąć, grając na emocjach odbiorców od horroru do melodramatu, a szczytem rozkoszy są „szybcy i wściekli” dla panów, „romantyczna komedia w gwiazdorskiej obsadzie” dla pań oraz talent show dla wszystkich. Nadawca publiczny nie może na tym poprzestać. Troszcząc się o atrakcyjność przekazu, musi zawrzeć w nić coś, co da odbiorcy do myślenia, sprowokuje go do refleksji. Oprócz mistrzowskiego „Rancza” niewiele jest w ostatnich latach rodzimych produkcji udanie łączących wszystkie wymogi dobrego programu misyjnego. Ten serial pokazuje właśnie to, czym nadawcy publiczni powinni konkurować z komercją: żeby programy popularne były dobre, a programy dobre były popularne.

A może nowa ustawa medialna, która zapewne jednak powstanie, sprawi, że w końcu powstanie nowa jakość w telewizji publicznej? TVP z ambitnymi programami, ciekawą ofertą kulturalną, nieoglądająca się na słupki oglądalności?

Może prezes Kurski chciałby robić inną telewizję, ale jest zależny od nadprezesa Kaczyńskiego. W TVP ma być pokazywana bajka snuta przez nadprezesa. Oczywiście poza publicystyką i informacjami w mediach publicznych jest i będzie względna swoboda. Do TVP Kultura mogą przychodzić artyści o liberalnych poglądach, na Jedynce może lecieć turecki serial, w sporcie niemiecka liga piłkarska. Media publiczne muszą chociaż udawać, że są pluralistyczne, ponieważ dzisiejszy abonament czy jutrzejsza składka audiowizualna to pomoc publiczna. Jeśli nie będzie zachowane minimum pluralizmu i zadań misyjnych, to Komisja Europejska zabroni finansowania mediów narodowych ze środków publicznych. A wtedy stracą one rację bytu.

Jakie konsekwencje dla polskiej telewizji w przyszłości może mieć dzisiejsza „dobra zmiana”?

Aż strach pomyśleć. Można sobie wyobrazić kilka scenariuszy, lecz wszystkie są pesymistyczne. Najłagodniejszy to stopniowa marginalizacja z powodu lichej oferty, spychającej TVP do roli nadawcy drugorzędnego, który nie wadzi nikomu i wszyscy go lekceważą. Wariant pośredni to dalsze ściganie się z nadawcami komercyjnymi, ale w wariancie złagodzonym, żeby nie drażnić Kościoła, co ostatecznie skompromituje ideę mediów publicznych. Wariant radykalny to próba uczynienia z „narodowej” TVP ideologicznego oręża partii rządzącej, wciskającego narodowi spiskową wizję świata, co prędzej czy później rozsierdzi płatników abonamentu. W każdym wariancie problem polega na tym, jak długo będzie trwała „dobra zmiana” i z której strony nadejdzie „lepsza zmiana”. Jeszcze przez jakiś czas TVP może liczyć na widzów, którzy oglądają ją „od zawsze”, czyli pokolenie 60+. Młodsze pokolenie definitywnie odchodzi od „telewizji ramówkowej” w kierunku „post-telewizji”, czyli oglądania wybranych programów przez Internet w sposób dla siebie dogodny. Temu pokoleniu TVP niczego nie proponuje, a „powrót do przeszłości”, czyli myślenie o ofercie w kategoriach „Pegaza”,Sondy” czy „Wielkiej gry” to zawracanie kijem Wisły. Było, minęło, a życie toczy się dalej i rozkwita tysiącami kanałów. Jest z czego wybierać.

***

Maciej Mrozowski. Prawnik, medioznawcza, profesor na Uniwersytecie SWPS. Autor badań i publikacji analizujących działanie mediów publicznych i komercyjnych (między innymi w książce „Media masowe: władza, rozrywka i biznes”). W przeszłości członek rady programowej telewizji Polsat oraz dyrektor Biura Programowego TVP. Zwolennik mediów publicznych z prawdziwego zdarzenia, czyli takich, jakie mogłyby być, ale nie są.