dwutygodnik internetowy
6.11.2017
magazyn papierowy


Kup
egzemplarz
Magazynu
kontakt
z tym
artykułem

Piotrowski, Zarzyńska: To w porządku, jeśli nie odbierasz maili po siedemnastej

Robiąc nasz kurs, chcemy pokazać, że na rynku pracy warto być samodzielnym, ale nie trzeba być samotnym.

ilustr.: Aleksandra Fabia-Tugal

ilustr.: Aleksandra Fabia-Tugal

Stanisław Krawczyk rozmawia z Mateuszem Piotrowskim i Agnieszką Zarzyńską z Komitetu Kryzysowego Humanistyki Polskiej, współtwórcami projektu „Rynek pracy: instrukcja obsługi” (jego trzecim koordynatorem jest Antoni Grześczyk). Jego centralną częścią są zajęcia warsztatowe dla studentek i studentów, obejmujące zagadnienia z zakresu prawa pracy, psychologii pracy, zarządzania i ekonomii. Pierwszy semestr zajęć ruszył wiosną 2017 roku, obecnie odbywa się kolejna edycja. Celem projektu jest wprowadzenie takiego kursu jako przedmiotu powszechnie dostępnego dla studentów w całej Polsce.

Szczegółowe informacje na temat założeń projektu i obecnego stanu jego rozwoju znajdują się tutaj.

STANISŁAW KRAWCZYK: Na początek zapytam prowokacyjnie: po co robić na studiach zajęcia o rynku pracy, skoro w szkołach są podstawy przedsiębiorczości?

MATEUSZ PIOTROWSKI: Zajęcia z podstaw przedsiębiorczości są, niestety, jednostronne. Analizowaliśmy ich program i nie ma w nich osobnych zajęć poświęconych prawu pracy, pojawia się ono epizodycznie. Bardzo silnie promowana jest taka perspektywa, jakby wszyscy mieli być przedsiębiorcami, a to przecież niemożliwe, zwłaszcza w krajach rozwiniętych. Im bardziej zaawansowana gospodarka – i mam tu na myśli nawet tak liberalne państwa jak Stany Zjednoczone – tym wyższa jest liczba osób pracujących w dużych instytucjach. Najwięcej prywatnych przedsiębiorstw mamy w krajach Afryki Subsaharyjskiej.

Sytuacja tych krajów przypomina trochę początek lat 90. w Polsce i ówczesny handel straganowy. On miał pewną funkcję ekonomiczną, ale rozwiniętej gospodarki nie można opierać na straganach.

MP: A we współczesnej Polsce mamy jeszcze problem wypychania osób, które realnie są pracownikami, na fikcyjne samozatrudnienie, o czym zresztą mówią nam sami studenci na zajęciach.

Jeżeli Polska ma się zbliżać gospodarczo do państw najlepiej rozwiniętych, to zrozumienie perspektywy pracowniczej jest po prostu konieczne. Tego brakuje na podstawach przedsiębiorczości. Mówiąc obrazowo, uczniowie uczą się raczej zakładać firmę niż związek zawodowy, a przydałoby się jedno i drugie.

AGNIESZKA ZARZYŃSKA: Podstawy przedsiębiorczości uczą działań jednostkowych, indywidualnych. To samo w sobie nam nie przeszkadza, ale zależy nam na upodmiotowieniu pracownika czy pracowniczki także w inny sposób. Chodzi o kogoś, kto z jednej strony ma świadomość swoich praw i je egzekwuje, a z drugiej strony na rynku pracy nie tylko dba o własne interesy, lecz także współpracuje z innymi ludźmi i instytucjami. Ważna jest dla nas współpraca, wspólna organizacja, partycypacja, współtworzenie.

M.P.: Jednocześnie samo słowo „przedsiębiorczość” moim zdaniem trzeba odczarować i odzyskać, nie należy się go bać. Nie przekonuje mnie wizja, w której przedsiębiorczy jest tylko właściciel zakładu pracy lub jego kierownik. Przedsiębiorczość tworzą pracownicy. W tym sensie jej pobudzanie jest dla nich ważne: pomaga im mieć poczucie zawodowego spełnienia, poczucie, że ich kompetencje są właściwie wykorzystywane. To jest istotne również dla sukcesu rynkowego przedsiębiorstwa oraz dla całej gospodarki.

A czego oczekują studentki i studenci od zajęć dotyczących rynku pracy?

A.Z.: Kiedy zaczęliśmy tworzyć ten program, wyobrażałam sobie, że młodzi ludzie będą chcieli nauczyć się pisania życiorysu albo sztuki autoprezentacji. Że właśnie tak mamy ukształtowaną wyobraźnię: przygotowanie się do rynku pracy postrzegamy jako przygotowanie się do tego, aby pracodawca nas chciał. I rzeczywiście – po zakończeniu zajęć bardzo wiele pytanych przez nas osób wskazywało, że przydałyby się jeszcze na przykład zajęcia z tworzenia CV.

M.P.: Kiedy ktoś spyta cię o twoje oczekiwania, pewnie faktycznie wymienisz te rzeczy, o których słyszałeś, że można je dostać. A na podstawach przedsiębiorczości, w wielu biurach karier i na wielu targach pracy mówi się ludziom: musicie zrobić wszystko, żeby to was wybrano na rozmowie kwalifikacyjnej.

Ale możesz też liczyć na coś nowego; coś, czego jeszcze ci nie oferowano.

Jakiś przykład? Załóżmy, że jestem studentem i zastanawiam się, czy wziąć udział w takich zajęciach. Czego nowego się na nich dowiem?

M.P.: Na przykład tego, że jeśli w swojej pierwszej pracy podpisałeś umowę czasową, zwłaszcza umowę cywilnoprawną, to twoja pozycja już na wiele lat będzie osłabiona…

A.Z.: …bo bardzo trudno przejść z niestabilnych warunków pracy do stabilnych.

M.P.: A w dodatku odbije się to na twoich przyszłych zarobkach. To pokazują na przykład analizy Marty Palczyńskiej przeprowadzone dla Instytutu Badań Edukacyjnych, ale też badania zachodnich naukowców, między innymi Paula Gregga i Laury Gardiner. Jeżeli na początku nie uda ci się mocno wejść w negocjacje, to później prawdopodobnie będziesz parę długości za tymi osobami, które od razu zdołały uzyskać umowę o pracę.

Czyli będziecie mnie przekonywać, żebym bardzo się starał o to, by już pierwsze moje zatrudnienie było na umowę o pracę.

M.P.: Nie będziemy cię przekonywać, tylko pozwolimy ci samemu zbadać różnice między poszczególnymi formami zatrudnienia.

Jednocześnie studenci sami widzą rozmaite trudności i mają swoje intuicje. Kiedy rozmawialiśmy z nimi o ich wymarzonych miejscach pracy albo o problemach rynku, to zaczynali poruszać sprawy, które wchodzą w skład programu naszej „instrukcji obsługi”.

A.Z.: To prawda, bardzo dużo zależy od tego, jaką sytuację się stworzy, jakie się zada pytanie. Nasze rozmowy z zajęć i wywiady grupowe pokazują, że gdy spytamy „Czego wam potrzeba?”, często dostaniemy automatyczną odpowiedź (na przykład „Umiejętności autoprezentacji”). Inaczej będzie, gdy postawimy wszystkich przed określoną sytuacją i zadamy pytanie: „Jakiej wiedzy wam brakuje, żeby rozwiązać ten problem?”.

M.P.: Kiedy pytamy o hasła, słyszymy hasła. Natomiast gdy studenci mówili nam o swoich doświadczeniach związanych z pracą (w tym pracą na uniwersytecie), dowiadywaliśmy się, że potrzebują czegoś zupełnie innego.

A więc do zapisania się na wasze zajęcia może mnie zachęcić również to, że będę mógł opowiadać o własnych doświadczeniach.

M.P.: O własnych doświadczeniach oraz o tym, co na ciebie czeka. Bo staramy się zbudować w bezpiecznej przestrzeni takie sytuacje, z którymi studenci naprawdę się spotkają. Na przykład odgrywasz osobę, do której przychodzi szef i proponuje przejście na samozatrudnienie. Masz wtedy chwilę na zastanowienie i dostajesz kalkulator płacowy, który pokazuje: to są warunki na samozatrudnieniu, to na umowie o pracę, a to na umowie o dzieło. Może dzięki temu w przyszłości łatwiej ci będzie powiedzieć: „Wiesz co, nie zdecyduję się od razu, sprawdzę sobie to wszystko w domu”. I znów – nie namawiamy cię, żebyś wybierał umowę o pracę, tylko dajemy narzędzie pozwalające ci to wszystko świadomie porównać. A jeżeli już wcześniej byłeś w takiej sytuacji, to tym łatwiej będzie ci się zastanowić nad tym, czego tak naprawdę potrzebujesz – i pewnie dojdziesz do zupełnie innych wniosków niż wtedy, gdybyśmy podczas zajęć poprzestawali na poziomie haseł.

Kolejny atut: forma warsztatowa?

M.P.: I to nieprzypadkowa, ale związana z istotnymi dla nas wartościami i założeniami. Chcemy, żeby studenci uczyli się o partycypacji czy współpracy, ale też żeby sam kurs był oparty na tych zasadach. Uczestnicy mają wpływ na kształt swoich zajęć, a także na to, jak ten przedmiot zostanie poprowadzony na innych uczelniach.

Kiedy przeglądałem program waszego kursu, zaciekawiła mnie technika nazywana personą. Jak rozumiem, ona również zakłada aktywną rolę studiujących.

A.Z.: Nasz kurs jest przeznaczony dla bardzo różnych uczelni, a więc też różnych grup studenckich, które mają odmienne oczekiwania i które będą w innych sytuacjach na rynku pracy. Rozwiązaniem problemów związanych z tą różnorodnością ma być właśnie pomysł persony. Już na drugich zajęciach studenci tworzą profil osoby, której wymyślają imię i całe pochodzenie życiowe: skąd jest, kim są jej rodzice, do jakiej szkoły średniej chodziła, z kim mieszka na studiach, gdzie i za ile, ile pieniędzy dostaje od rodziców (jeśli w ogóle może liczyć na taką pomoc), jaką ma pracę dorywczą, jakich ma znajomych w miejscu, w którym mieszka, czym się interesuje… Opisujemy tę personę i ona później towarzyszy nam na kolejnych spotkaniach. Zastanawiamy się wtedy, jaki wpływ mają te wszystkie czynniki na jej pozycję na rynku pracy. Co to znaczy, że jest na przykład nie z Warszawy, tylko z Radomia? Co to znaczy, że studiuje i szuka pracy w mieście, gdzie należy do kilku różnych środowisk? W trakcie kursu tworzymy więc rodzaj biografii zawodowej naszej persony.

I to jest jeden profil dla całej grupy?

A.Z.: Tak. Oczywiście trudno stworzyć personę, z którą każda osoba w grupie będzie mogła się w równym stopniu zidentyfikować, ale studenci wiedzą, że mają wykreować kogoś, kto będzie im bliski. Wymyślamy ten profil we wspólnej burzy mózgów.

Pewnie taka persona bardziej odpowiada niektórym osobom, a innym mniej, na przykład pod względem klasowym. Zdarzyły się wam jakieś napięcia na tym tle?

A.Z.: Napięcia dotyczyły raczej szczegółów życia persony. Z naszego doświadczenia wynika, że w wymiarze klasowym osoby studiujące na danym kierunku nie różnią się zbytnio między sobą. Znacznie większe różnice widzimy pomiędzy uczelniami. Być może jednak osobom uczestniczącym w naszych zajęciach po prostu trudno było przyznać się przed wszystkimi, że nie mogą się utożsamić z personą mającą inne pochodzenie klasowe.

Dodałabym jeszcze, że persona zawsze jest kobietą.

Dlaczego?

A.Z.: Dlatego że kobiety mają specyficzną sytuację na rynku pracy ze względu na potencjalne albo realizowane macierzyństwo.

M.P.: Macierzyństwo to jedna z rzeczy, które prowadzą nas na przykład w kierunku work-life balance. W tym sensie kobieca persona moim zdaniem daje zdrowszy obraz rynku pracy, bo pokazuje, że jest on tylko jednym z wielu systemów społecznych. Koncepcje ekonomiczne zaczynające się gdzieś od Gary’ego Beckera skłaniają nas do postrzegania kolejnych sfer życia w kategoriach rynkowych, między innymi do traktowania rodziny jako przedsiębiorstwa. A można też spojrzeć z drugiej strony i zobaczyć, że to rynek jest jedynie pewnym wąskim wycinkiem społeczeństwa.

A.Z.: Z perspektywy feministycznej można też wskazać, że mężczyznę prościej byłoby sobie wyobrazić jako atom, niezależną jednostkę, która może na wszelkie dostępne sposoby kształtować swoją karierę zawodową. Natomiast w wypadku kobiecej persony łatwiej położyć nacisk na rozmaite zależności…

M.P.: …i w tym sensie jest ona pożyteczna także dla mężczyzn, bo uczy myślenia o miejscu pracy czy całej gospodarce również jako o przestrzeni współpracy i troski. Generalnie – robiąc nasz kurs, chcemy pokazać, że na rynku pracy warto być samodzielnym, ale nie trzeba być samotnym.

Co dokładnie dzieje się z personą na kolejnych zajęciach?

A.Z.: Persona decyduje o swoim kierunku studiów. Podejmuje pierwszą pracę dorywczą (wcześniej czyta ogłoszenia i wybiera formę umowy). W pracy obserwuje, jak tworzy się kultura organizacyjna, i w jakiś sposób się do niej odnosi. Uczy się rozpoznawać relacje między pracownikami albo między pracownikami i przełożonymi. Widzi konflikty w miejscu pracy, nazywa je, reaguje na nie, sprawdza, gdzie szukać pomocy w trudnych sytuacjach. Zgłasza akces (lub nie) do jednego ze związków zawodowych, analizuje ich funkcję zarówno w miejscu pracy, jak i w szerszym kontekście społecznym. Dowiaduje się, jak to jest być zwolnioną z pracy albo co robić, kiedy sama chce się zwolnić.

Persona zdobywa też wiedzę o zakładaniu własnych przedsiębiorstw, ale nie tylko takich, jak w hasztagu #zauszfirmę. Poznaje na przykład takie rozwiązania jak firmy Ekonomii Komunii, spółdzielnie, jak organizacje turkusowe czy partycypacyjne. I uczy się bycia aktywnym podmiotem zarówno w swoim miejscu zatrudnienia, jak i na całym rynku pracy.

M.P.: Ciągle pokazujemy, że persona jest samodzielna, ale nie sama. Może korzystać z pomocy odpowiednich instytucji i nieformalnych sieci wsparcia.

Mówiliśmy też o tym, że kurs jest oparty na zasadzie partycypacji.

M.P.: W poprzednim semestrze nie tylko my zaliczaliśmy studentom zajęcia, ale i oni cały czas – po każdym spotkaniu – nas oceniali. Staraliśmy się na bieżąco uwzględniać te informacje zwrotne, a do tego pod koniec roku zaprosiliśmy zainteresowanych do studenckiej rady konsultacyjnej. Było to dla nas szczególnie cenne, bo poświęcili swój czas w trakcie sesji albo już na wakacjach. Po tym semestrze też zaprosimy studentów do takiej współpracy.

Ale oczywiście wielu rzeczy trzeba się też po prostu nauczyć. Sam dużo się dowiaduję, przygotowując zajęcia…

Przykładowo: jak policzyć wynagrodzenia i składki?

M.P.: To jedna rzecz. A druga rzecz jest taka, że dużo uczę się od studentów i jest to dla mnie bardzo ważne. Kiedy na przykład oglądałem prace zaliczeniowe studentek z Akademii Pedagogiki Specjalnej, to o pewnych instytucjach pomagających na rynku pracy czytałem po raz pierwszy. Wiele dał mi też kontakt z praktycznym doświadczeniem osób, które jednocześnie studiują, wychowują dzieci i pracują – można było część tych spraw włączyć w program kursu. Wiadomo, że my nie byliśmy we wszystkich przedsiębiorstwach, że nie znamy specyfiki wszystkich kierunków studiów i wszystkich branż. Chcemy więc wykorzystywać wiedzę studentów do tworzenia coraz pełniejszej mapy polskiego rynku pracy.

I jeszcze coś chciałbym tutaj podkreślić: bardzo zależy nam na tym, aby był czas na swobodną dyskusję. To może brzmieć jak truizm, ale to nie jest truizm i to bardzo podkreślali niektórzy studenci w ewaluacjach naszych zajęć…

A.Z.: …że te zajęcia były dla nich pierwszą szansą na to, aby się wypowiedzieć, zostać usłyszanym – i aby jeszcze ktoś się odnosił do tego, co oni mówią.

Na temat rynku pracy?

M.P. i A.Z.: Czegokolwiek.

Czegokolwiek na studiach?!

A.Z.: Tak, po prostu studia nie są dla nich przestrzenią do wyrażania swoich poglądów, do opowiadania o własnych doświadczeniach. I opowieść studentów nie jest wplatana w to, czego chce się ich nauczyć.

Czy to było powszechne doświadczenie w Waszych zajęciach na różnych wydziałach, w różnych grupach i tak dalej?

M.P.: My mieliśmy naprawdę wspaniałych współprowadzących z uczelni, które zaprosiły nas do współpracy: dr. Piotra Ostrowskiego, mgr Barbarę Kowalczyk, prof. Marka Kisilowskiego. Mnóstwo się od nich nauczyliśmy, na ich zajęciach studenci swobodnie dyskutują i testują nowe metody dydaktyczne. Natomiast na podstawie informacji z różnych miejsc (bo mieliśmy też relacje osób studiujących na dwu kierunkach) widzimy, że jest pewien problem z kulturą pracy na uniwersytecie.

Rynek pracy w Polsce jest bardzo hierarchiczny, w niewielkim stopniu wykorzystuje rozproszoną wiedzę pracowników, ich inicjatywę i energię, a to oddziałuje też na uniwersytet. I tak samo w drugą stronę – to, jak wygląda edukacja, wpływa na to, jak wyglądają miejsca pracy. A jeżeli siedzimy w takim przedsiębiorstwie osiem czy dziesięć godzin, później zamykamy drzwi i wychodzimy jako obywatele, to czy nagle będziemy umieli współpracować? Będziemy podmiotowi? Będziemy umieli uruchamiać wiedzę i umiejętności tych, którzy są „pod nami”?

Chcemy to zmienić. W tej chwili zachodzi negatywne sprzężenie zwrotne – uczelnie dostosowują się do istniejącego rynku pracy, niepartycypacyjna edukacja wychowuje nieinnowacyjnych pracowników przywykłych do hierarchicznych, przyciężkich form zarządzania. Zależy nam na wytworzeniu krótkiego spięcia między uczelnią a rynkiem pracy: niech uczelnia stanie się miejscem społecznego eksperymentowania z partycypacyjnymi formami zarządzania i wytwarzania wiedzy. Myślę, że to jest też argument za poparciem naszych starań o wprowadzenie takich zajęć w skali całego kraju.

Czy to realna perspektywa? Co musiałoby się stać, żeby taki kurs był na wyższych uczelniach obowiązkowy?

M.P.: Związki zawodowe podnosiły tę kwestię już dobrych parę miesięcy temu w ramach Rady Dialogu Społecznego. Spotykamy się też chętnie z organizacjami pracodawców. Na przykład w debacie w Opolu, którą zorganizował Sebastian Koćwin z OPZZ, uczestniczył Grzegorz Kuliś, doradca BCC i prezes firmy Weegree, bardzo innowacyjnej i bardzo dobrze – z tego, co nam wiadomo – uruchamiającej potencjał swoich pracowników. Nasz program jest realizowany w ramach inkubatora innowacji społecznych TransferHUB, który pracuje z pieniędzy europejskich, ale w ramach Ministerstwa Rozwoju. Kiedy skończy się już obecna faza testowa, będziemy chcieli pokazać wyniki ministerstwom i innym instytucjom publicznym zainteresowanym rynkiem pracy. Oczywiście dużo zależy tu od woli politycznej, mam jednak nadzieję, że projekt będzie zaraźliwy – podoba się przecież studentom i zbiera dobre opinie z bardzo różnych stron, także ze środowisk, które z pozoru nie powinny móc się porozumieć.

A.Z.: To zaskakujące, z jak przychylnymi reakcjami się spotykamy, kiedy opowiadamy o naszym kursie i całym projekcie.

Podacie parę przykładów takich zgodnych opinii z bardzo różnych stron?

A.Z.: Mamy zainteresowanie różnych związków zawodowych, które…

…nie zawsze się lubią?

M.P.: …ale które powinny uczyć się ze sobą współpracować. Nie jest również tak, by najbardziej pozytywne informacje zwrotne i największe zaangażowanie w zajęcia były domeną studentów uformowanych w określony sposób (na przykład lewicowo). Nie traktujemy tego projektu jako ideologicznego; jestem przekonany, że pewne wartości i umiejętności z nim związane zasługują na uznanie również z pozycji liberalnych i konserwatywnych. Jeżeli na przykład liberałom zależy na tym, aby ludzie byli przedsiębiorczymi i aktywnymi obywatelami, to przecież nie można dusić ich inicjatywy w przesadnie zhierarchizowanej kulturze pracy.

A jeśli chodzi o stronę konserwatywną, to…

M.P.: …to mieliśmy jedno spotkanie – bardzo ciekawe, na Politechnice – o społecznej nauce Kościoła, która przecież kładzie nacisk na partycypację, na samoorganizację w miejscu pracy, na role organizacji pracowniczych i związków zawodowych. W sam raz na łamy „Kontaktu”.

A.Z.: Studenci powinni też umieć dostrzegać związek między miejscem i formą zatrudnienia a możliwościami realizowania życia rodzinnego.

M.P.: Perspektywę konserwatywną i katolicką ze stanowiskiem feministycznym łączy to, że o relacjach społecznych i czasie spędzanym z rodziną nie porozmawiamy ze studentami bez takich pojęć jak work-life balance. Trzeba powiedzieć na głos, że to w porządku, jeśli nie odbierasz maili po siedemnastej. W środowiskach katolickich w odniesieniu do rodziny często mówi się też o kulturze tymczasowości. Pewien ksiądz zauważył w rozmowie z nami, że jeśli tymczasowy jest rynek pracy, to takie same będą nasze związki. Ale nie zawodowe, tylko osobiste.

Właśnie, co z tymi związkami zawodowymi? Zdaje się, że swój projekt tworzycie wspólnie z nimi?

M.P.: Współpracujemy z Ogólnopolskim Porozumieniem Związków Zawodowych, Związkiem Nauczycielstwa Polskiego oraz Konfederacją Pracy. Ponadto nasz projekt bardzo pozytywnie zaopiniowało Forum Związków Zawodowych i współpracujemy z profesorem Markiem Kisilowskim z Solidarności.

A.Z.: Przykład związków pokazuje też pewną zmianę, która zachodzi pod wpływem naszego kursu. Pod koniec zajęć na Politechnice Warszawskiej poprosiliśmy studentów, żeby napisali na kartkach, jaki mieli stosunek do związków zawodowych przed zajęciami, a jaki mają teraz. Większość na początku była zdania, że są to jakieś przestarzałe, awanturujące się organizacje, które walczą tylko o własne partykularne interesy: załatwiają swoim lepsze pensje, chronią przed zwolnieniem, a po godzinach palą opony. Tymczasem w trakcie zajęć studenci zobaczyli, że organizacje pracownicze mają szerszą funkcję społeczną.

Odwoływaliśmy się wtedy do przykładu protestów przeciw likwidacji gimnazjów. Zaprosiliśmy prezesa ZNP Sławomira Broniarza, a także Dorotę Łobodę, która jest jedną z głównych działaczek tych protestów. Zadaniem studentów było przyjęcie perspektywy związków zawodowych i przygotowanie ich akcji, a dokładniej – sporządzenie mapy różnych osób oraz instytucji, z którymi można razem działać we wspólnym interesie. Wówczas okazało się, że działalność związku może się rozszerzać na rozmaite grupy, w tym wypadku uczniów i rodziców. Odnosiliśmy się też do protestów w służbie zdrowia, aby pokazać, że jakość pracy w sektorze publicznym jest ważna nie tylko dla jego pracowników, ale dla całego społeczeństwa.

Mówiąc o negocjowaniu formy umowy, wspominaliście, że nie chcecie studentów przekonywać, lecz informować. Ale tutaj mam wrażenie, że jednak zależy wam na podkreśleniu pozytywnej roli związków zawodowych.

M.P.: Po pierwsze, na zajęciach rozmawialiśmy nie tylko o tym, co związki mogą dać młodym ludziom, ale także o tym, co powinno się zmienić w samych związkach.

Po drugie, zgodnie z tak zwanymi Krajowymi Ramami Kwalifikacji na uczelniach trzeba deklarować, jaką wiedzę zdobyli studenci dzięki danemu przedmiotowi, jakie wykształcili umiejętności – ale też jakie postawy uformowały w nich zajęcia. Chcemy przekazać wiedzę i umiejętności, z których studenci skorzystają tak, jak będą chcieli, niemniej proces nauczania na uniwersytecie jest również przedsięwzięciem etycznym. Technokratyczną ideologią byłoby założenie, że uniwersytet nie może być miejscem wspólnego namysłu zarówno nad tym, co jest, jak i nad tym, co mogłoby być albo co być powinno. Pilnujemy, żeby nie zabrakło przestrzeni do dyskusji dla różnych stanowisk i żeby to nie był projekt w żadnym sensie ideologiczny, ale chcemy rozmawiać ze studentami o sprawach ideowych i pytać na przykład o to, jakie wartości są dla nich ważne w miejscu pracy.

A.Z.: Myślę, że przy takiej tematyce w ogóle nie da się uciec od ideologii, idei, etyki. Znowu przykładem są te felerne lekcje z podstaw przedsiębiorczości. Przecież one opierają się na bardzo konkretnej ideologii, tyle że podawanej jako coś neutralnego.

Wy tak nie robicie?

M.P.: My chcemy przede wszystkim większej różnorodności i równowagi ideowej. Sam rynek pracy nie jest jednolity, działają na nim różne podmioty, które mogą mieć różne (choć niekoniecznie sprzeczne) interesy. I publiczny system edukacji powinien w większym stopniu odzwierciedlać ten pluralizm idei oraz interesów.

A.Z.: Anegdotycznie: kiedy w szkole powiedziałam, że chcę pójść na studia na resocjalizację, to pani, która prowadziła zajęcia w ramach podstaw przedsiębiorczości, spojrzała na mnie z krzywą miną. „I co? Pani chce pomagać ludziom? To jest bardzo wzniosłe, ale wie pani, pani na tym nie zarobi”. I zaczęła promować jakieś superpomysły, na podstawie których można założyć firmę. To się dzieje w ramach powszechnej edukacji.

Nie będę twierdzić, że jesteśmy w stu procentach nieideologiczni. Pomagamy jednak studentom dostrzegać istnienie osób i grup o różnych interesach, a przez to kształtować pewne polityczne umiejętności.

Ostatnie pytanie. Być może wasze zajęcia w długoterminowej perspektywie przyczynią się do zmian na rynku pracy. Czy nie jest jednak tak, że w najbliższym czasie studenci i studentki i tak będą trafiać do źle urządzonych układów społecznych, w których bardzo trudno będzie coś zmienić? Jako świeżo upieczony absolwent mogę na przykład ubiegać się o umowę o pracę, ale jeżeli szef nie będzie chciał się na to zgodzić, to może będę miał zbyt słabą pozycję negocjacyjną, aby postawić na swoim.

A.Z.: Na pewno przed nami jeszcze dużo wysiłku, jeśli chcemy osiągnąć odpowiednią skalę. Ale trzeba pamiętać, że mierzymy się z całym systemem gospodarczym i mechanizmami, które podtrzymują określony układ relacji na rynku pracy. To, co dzieje się w szkole, ma w tym swój udział. Dlatego ostatnio umacniamy się w przekonaniu, że należy działać również na wcześniejszych etapach edukacji.

M.P.: Jeśli nie zrobimy tego wszystkiego teraz, to kiedy? Sytuacja na rynku pracy nie jest doskonała, ale nigdy jeszcze – licząc od początku transformacji – nie była tak dobra. Nie było jeszcze lepszych warunków makroekonomicznych do wzmocnienia pozycji pracownika.

Nie powiedziałbym też, że nasze zajęcia są przede wszystkim krytyczne. Wychodzimy ku praktyce, zarówno pod względem formy, jak i zapraszając praktyków na spotkania. Pokazujemy przykłady organizacji pracowniczych, które umiały nawiązać dobry kontakt z otoczeniem społecznym. Podajemy przykłady przedsiębiorstw – zarówno spółdzielni, jak i typowych prywatnych firm – które zasady partycypacyjne wcielają nie tylko w warstwie ideowej, ale też w skutecznym działaniu na rynku. Inne zarządzanie oraz inna organizacja firm i gospodarki naprawdę się sprawdzają.

Ponadto nasz kurs daje pewne narzędzia, konkretną wiedzę techniczną. Chodzi o rzeczy, z których warto zdawać sobie sprawę, aby świadomie podejmować decyzje (oczywiście z uwzględnieniem tego, jakie mamy w danej chwili pole manewru). I mówię to też z doświadczenia osoby, która wcześniej takich informacji nie otrzymała i kilka razy się nacięła z różnych prostych powodów.

Nie obawiacie się więc, że silniejsze wyczulenie na niekorzystne warunki rynkowe spowoduje głównie frustrację?

A.Z.: Myślę, że taki kurs może zdejmować poczucie winy za znalezienie się w trudnej sytuacji, ponieważ pokazuje, jak wiele czynników miało na to wpływ. To może być bardzo ważne dla wielu osób, bo złość skierowana na samego siebie jest destrukcyjna, natomiast złość skierowana „do świata” dodaje energii do działania i buntu.

M.P.: Ja liczę na to, że „Rynek pracy: instrukcja obsługi” stanie się wirusem, który będzie się rozszerzał i powodował przemiany kultury pracy na uniwersytecie, na rynku pracy, w życiu społecznym. Wierzę, że powstaną z tego kolejne projekty, o których my jeszcze nie mamy pojęcia. A największą satysfakcję sprawi mi, jeśli za parę lat spotkam absolwentów naszego kursu robiących najróżniejsze rzeczy, zmieniających świat na lepsze w swoich firmach, inicjatywach społecznych albo kościołach.

***

Agnieszka Zarzyńska jest antropolożką, Mateusz Piotrowski jest politologiem i teologiem. We współpracy z ekonomistą Antonim Grześczykiem koordynują projekt „Rynek pracy: instrukcja obsługi” stworzony w ramach Komitetu Kryzysowego Humanistyki Polskiej.

***

Suplement do wywiadu, zawierający dodatkowe informacje o projekcie „Rynek pracy: instrukcja obsługi”, znajduje się tutaj.

Pozostałe teksty z bieżącego numeru dwutygodnika „Kontakt” można znaleźć tutaj.