dwutygodnik internetowy
24.02.2014
magazyn papierowy


Kup
egzemplarz
Magazynu
kontakt
z tym
artykułem

Borkiewicz: Pomoc nieoczywista

Syryjskim uchodźcom w Bułgarii najbardziej pomaga nieformalna grupa wolontariuszy. Instytucje państwowe i międzynarodowe są nimi zupełnie niezainteresowane. Tymczasem potrzeby są ogromne. O obozie dla uchodźców w Charmanli z Michałem Borkiewiczem rozmawiają Marysia Złonkiewicz i Jarosław Ziółkowski.   Niedawno wróciłeś z Bułgarii, gdzie w obozie w Charmanli rozdałeś syryjskim uchodźcom zebrane w Warszawie dary. Skąd pomysł […]

Ilustr.: Justyna Krzywicka


Syryjskim uchodźcom w Bułgarii najbardziej pomaga nieformalna grupa wolontariuszy. Instytucje państwowe i międzynarodowe są nimi zupełnie niezainteresowane. Tymczasem potrzeby są ogromne.
O obozie dla uchodźców w Charmanli z Michałem Borkiewiczem rozmawiają Marysia Złonkiewicz i Jarosław Ziółkowski.
 
Niedawno wróciłeś z Bułgarii, gdzie w obozie w Charmanli rozdałeś syryjskim uchodźcom zebrane w Warszawie dary. Skąd pomysł na akcję?Pomysł pojawił się dość spontanicznie i nie był do końca mój. W połowie grudnia prywatną zbiórkę w Poznaniu zorganizował podróżnik Maciej Pastwa. Powiedział mi o tym mój dobry kolega, który znał Macieja i wybierał się z nim do Charmanli. Zapytał, czy jeżeli uda im się dotrzeć bezpośrednio do uchodźców i rozdać to, co zebrali, będę chciał kontynuować akcję na większą skalę w Warszawie. Od razu zapaliła mi się lampka, bo od dłuższego czasu interesuję się losem imigrantów w Europie.
 
Czytałem dużo o eksodusie z Syrii, krajów afrykańskich i o unijnej polityce odgradzania się murem i strzeżenia granic za wszelką cenę. Skręcało mnie ze złości i było mi wstyd, że chcąc nie chcąc biorę w tym udział! Chciałem cokolwiek z tym zrobić, chociaż coś małego, ale nie miałem konkretnego pomysłu. Po tym telefonie pomyślałem, że to idealna okazja, żeby zacząć wreszcie działać i że tego rodzaju akcja może być dobrym początkiem dalszych działań – również medialnych.
 
Czy mieliście partnera na miejscu?
Tak, choć nie od razu. Czasu było mało – wiedzieliśmy, że potrzeby są duże. Zacząłem więc od założenia wydarzenia na Facebooku i zorganizowania zbiórki. Oddźwięk był na tyle duży, że skontaktowali się ze mną przedstawiciele ambasady Polski w Sofii i UNHCR i zaoferowali pomoc. Poprosiłem o kontakt do organizacji działających na miejscu w Bułgarii, które mogłyby nam pomóc w doprecyzowaniu potrzeb i w dystrybucji rzeczy w obozie. Z obu źródeł uzyskałem namiar na tę samą grupę wolontariuszy o nazwie Przyjaciele Uchodźców. Co ciekawe – ci ludzie skontaktowali się ze mną sami, zanim jeszcze dostałem do nich kontakt.
 
Oni znaleźli cię wcześniej?
Tak. Po prostu napisali do mnie na Facebooku. Zrobiło to na mnie ogromne wrażenie – oddolna i nieformalna inicjatywa bez żadnego wsparcia finansowego, grupa absolutnych wolontariuszy działa tak prężnie, że dowiaduje się w ciągu kilku dni, że jacyś wariaci zbierają rzeczy dla uchodźców parę tysięcy kilometrów dalej! Co więcej – jako ekspertów wskazują ich i ambasada i UNHCR. To był pierwszy sygnał świadczący o tym, że oficjalnie powołane do tego w Bułgarii instytucje z realnym działaniem na rzecz uchodźców mają niewiele wspólnego.
 
Kto na papierze odpowiada za uchodźców?
Przede wszystkim państwo, a ściślej rzecz biorąc rządowa agencja do spraw uchodźców. Po przyjeździe do Charmanli odnieśliśmy jednak wrażenie, że w praktyce nie odpowiada nikt. Nie spodziewałem się takiego chaosu, ignorancji i dezorganizacji w jakimkolwiek kraju należącym do UE. Do Charmanli trafiają ludzie, którzy przebyli bardzo trudną, kosztowną i niebezpieczną drogę do Europy, uciekając tak naprawdę przed śmiercią lub w najlepszym wypadku nędzą, zwabieni europejskimi mitami o poszanowaniu praw człowieka i solidarności z uchodźcami. Po przekroczeniu granicy zostają aresztowani i de facto osadzeni w więzieniu. Bo jeśli coś działa w tym obozie to to, że jest on rzeczywiście zamknięty.
 
Jak wygląda obóz?
Kiedy dotarliśmy na miejsce, ludzie nie mieszkali już w namiotach. Część przeniesiono do kontenerów, upychając do niektórych po 3 rodziny, a część przeniesiono do zrujnowanych budynków starych koszar wojskowych, które na bieżąco remontowano. Pierwsze dwa piętra były więc placem budowy, a na trzecim piętrze w dużych halach mieszkało po kilkadziesiąt osób. Dobrze, że był tam już prąd, woda. W większości pomieszczeń były też elektryczne piecyki grzewcze, co wcale nie znaczy, że było ciepło. W żadnym z pomieszczeń nie było też podstawowej wentylacji, więc ludzie, którzy grzali się tymi piecykami, suszyli pranie i gotowali na prowizorycznych kuchenkach, dusili się w oparach smażeniny i własnych zapachów. Prawie wszyscy byli chorzy.
 
Uchodźcy w Charmanli są chyba dość niejednolitą grupą?
Tak, i pod względem wieku, i klasy społecznej, wyznania, czy narodowości. Trafiają tam syryjscy Arabowie i Kurdowie, głównie muzułmanie. Byli też ateiści, byli alawici. W Syrii często stali po różnych stronach barykady. Większość angażowała się w początkowym okresie protestów, ale byli też tacy, którzy zdezerterowali z armii rządowej. Jednak teraz są tak naprawdę uchodźcami, wszyscy uciekali przed wojną i to ich bardzo jednoczyło.
 
W obozie nie ma między nimi konfliktów?
Mieszka tam teraz około 1000 osób. Jak w każdej dużej grupie zamkniętej na małej przestrzeni pojawiały się napięcia generowane przede wszystkim przez parę osób walczących o tzw. pozycję w grupie. Ale to wszystko odbywało się na poziomie słownych utarczek i złośliwości. Zdecydowana większość bardzo się wspierała mimo różnic kulturowych. Oprócz Syryjczyków są tam też imigranci z różnych rejonów Afryki i z Afganistanu.
 
Czy mieszkańcy obozu sami się organizują?
W miarę możliwości tak. Działa tam prężnie grupa chłopaków w wieku 18-25 lat, którzy pomagali nam i wolontariuszom bułgarskim w dystrybucji wszystkich dotacji, żywności i ubrań. Ci chłopcy bardzo się angażują. Nie próbowali wykorzystać sytuacji, żeby coś dla siebie „ugrać”. Dla nich było oczywiste, że skoro są młodzi, mają możliwości, siłę, to biorą na siebie odpowiedzialność za pomoc innym. Uchodźcy sami zorganizowali też szkołę. Nauczycielami są ci spośród nich, którzy znali angielski i postanowili poprowadzić lekcje. W te i podobne działania angażują się w równym stopniu kobiety i mężczyźni. Zwracam na to uwagę, bo pytano mnie, jak wygląda sytuacja kobiet w obozie i czy nie są dyskryminowane. Przez samych uchodźców na pewno nie.
 
Jak dystrybuowaliście przywiezione rzeczy?
Ogromną rolę odegrali wspomniani już Przyjaciele Uchodźców. Wynajmują magazyn w Charmanli, gdzie trafiają wszystkie transporty. Pojawiają się w obozie codziennie i robią listy najpilniejszych potrzeb. Na podstawie tych list przygotowaliśmy dystrybucję. Wiedzieliśmy, że nie możemy wjechać ciężarówką do obozu, zrzucić wszystkiego na środek, zrobić sobie parę zdjęć z biednymi dziećmi i tyle, bo tak to niestety czasami wygląda. Wiedzieliśmy, że to będzie najtrudniejszy i najbardziej czasochłonny etap akcji. Na samo rozdanie pieluch potrzebowaliśmy całego dnia.
 
Jaką z przywiezionych rzeczy pamiętasz szczególnie?
Zawieźliśmy do Charmanli trzy używane pralki. Wcześniej nie było tam żadnej. Maciej podłączył je osobiście w obozie, bo nie było sensu liczyć, że ktokolwiek z administracji się tym zajmie. Te pralki cieszyły się takim powodzeniem, że zrzuciliśmy się na dodatkowe trzy i kupiliśmy w sklepie z używanym sprzętem. Wszystkie sześć chodziło non stop, dzień i noc. Miałem też oko na wielbłąda na biegunach, który zrobił furorę już w Warszawie. Trafił do obozowej szkoły.
 
Czy administracja rządowa patrzyła przychylnie na Przyjaciół Uchodźców?
Odniosłem wrażenie, że władze nie mają żadnego pomysłu, jak działać. Zatrudniają bardzo niewielu ludzi i do tego niekompetentnych. Funkcjonowanie grupy wolontariuszy jest im bardzo na rękę, bo można w pewnym stopniu przesunąć na nich odpowiedzialność.
 
Dobrym tego przykładem jest kwestia dystrybucji żywności w obozach. Kiedy w końcu armia była gotowa, żeby zorganizować kuchnie polowe, okazało się, że nikt nie zadbał o to, żeby te kuchnie miały regularne dostawy żywności. Nie było też kucharzy ani nikogo, kto mógłby opracować przepisy. Część z wolontariuszy siedziała po nocach nad tabelkami w Excelu i koordynowała wszystkie spodziewane dostawy żywności, w tym również takie jak nasza. Wyliczali potrzeby energetyczne w przeliczeniu na jednego uchodźcę i na tej podstawie opracowywali menu. W przypadku braku dostaw organizowali zakupy za pieniądze zebrane od ludzi i dostarczali je do wojskowej kuchni. Wcześniej, przez kilka miesięcy, władze kompletnie ignorowały podstawowe potrzeby uchodźców. Gdyby nie działania wolontariuszy, ludzie umieraliby z głodu lub w najlepszym wypadku ciężko chorowali!
 
Skoro nie działają instytucje państwowe, może skuteczny jest UNHCR?
Nie chcę jednoznacznie oceniać działań UNHCRu, bo nie wiem, co dokładnie tam robią, ale z punktu widzenia uchodźców wyglądało to bardzo źle. UNHCR zainwestował ogromne pieniądze w postawienie gigantycznego namiotu na środku obozu, który przez dwa miesiące stał zamknięty na kłódkę i z tego, co wiem dalej nie ma z niego żadnego pożytku. Podobno miała się tam mieścić duża obozowa świetlica, nie został jednak wyposażony w ogrzewanie. Coś tam teraz ponoć drgnęło, ktoś zaczął ciągnąć w jego kierunku prąd. W takim tempie ogrzewanie będzie gotowe na wiosnę, kiedy trzeba będzie już podłączać klimatyzację.
 
Uchodźców to irytuje i trudno im się dziwić. Na środku obozu stał wielki namiot z logo instytucji humanitarnej, a oni chodzili bez butów i głodni. Szkoda, że nikt nie pokusił się nawet o powieszenie na tym namiocie informacji, do czego ma służyć i dlaczego wciąż jest zamknięty. Naprawdę miałem wrażenie, że poza wolontariuszami nikt tam specjalnie się nie przejmował tym, co Ci ludzie myślą i czują.
 
Czy ktokolwiek dba o zalegalizowanie statusu tych ludzi?
Przede wszystkim w obozie brak jakichkolwiek informacji na ten temat. Ludzie pytani o plany odpowiadają, że nie mają pojęcia. Nikt nie chce z nimi rozmawiać, powiedzieć, jakie procedury muszą wypełnić. Nie wiedzą więc, czy spędzą tam kolejne cztery miesiące, czy cztery lata. Trwają w beznadziei i poczuciu zawieszenia.
 
Jednak procedura przyznawania zielonych kart w końcu ruszyła.
Biuro obozu było organizowane bardzo szybko w dniu naszego przyjazdu, czyli jakieś cztery miesiące po uruchomieniu obozu. Cały ten chaos i pośpiech był wywołany spodziewaną wizytacją Parlamentu Europejskiego. Byłem świadkiem wnoszenia w biegu komputerów i drukarek do pomieszczeń, w których w tym samym czasie wymieniane były okna i tynkowane ściany. Pośpiech wynikał także z tego, że uchodźcy o wizytacji wiedzieli i planowali dużą manifestację.
 
Władze ubiły jednak targu z uchodźcami.
Powiedzmy. Z tego, co wiem, dużą rolę odegrali w tym procesie znowu wolontariusze. To oni przekonywali przedstawicieli rządu, że jeżeli nie zaczną wreszcie rejestrować uchodźców, to w momencie przyjazdu przedstawicieli Parlamentu Europejskiego dojdzie do manifestacji, co się odbije bardzo dużym echem w całej Europie i będzie czarnym PRem dla bułgarskiego rządu. A ten nie jest w dobrej sytuacji – od miesięcy trwają tam protesty, mnożą się przykłady niegospodarności, korupcji. Wszystko prawdopodobnie wisi na włosku.
 
Byliście świadkami tej wizytacji. Jak wyglądała?
Do obozu przyjechała grupa dobrze ubranych polityków z Brukseli otoczona przez wianuszek podskakujących urzędników bułgarskich. W jednym z budynków została zorganizowana wzorcowa świetlica dla dzieci. Trafiła tam też niestety część naszych zabawek. Super to wyglądało – my też się cieszyliśmy, bo trudno jest obdarować każde dziecko zabawką, a w świetlicy każdy z nich skorzysta. No i niestety w dzień po wyjeździe delegacji ten plac zabaw już nie działał. Drzwi zamknięto po prostu na kłódkę. Razem z naszymi zabawkami.
 
I tak już zostało?
Tak. Dowiedzieliśmy się tylko, że budynek jest jeszcze cały czas w remoncie i że coś tam musi być jeszcze zrobione. Ewidentna pokazówka.
 
„Alternatywy 4”.

Tak. Tylko trochę głupio się śmiać.
 
Czy trwałą zmianą było chociaż rozpoczęcie rejestracji?
Szczęśliwie ta procedura bardzo powoli, ale ruszyła. Sporo osób już ma zieloną kartę, co umożliwia im przynajmniej opuszczanie obozu w godzinach dziennych.
 
Co ci ludzie mówią o UE?
Unia była dla nich mitem. Dużo słyszeli o prawach człowieka, wolności, europejskich wartościach. Ludzie, z którymi rozmawialiśmy, byli strasznie rozczarowani tym, co ich spotkało. Inna sprawa, że w pierwszym kontakcie z ludźmi w obozie nie było tego tak bardzo czuć. Pierwsze, co się rzucało w oczy, to jednak niesamowicie przyjazne nastawienie i taka naturalna radość życia. Natomiast w momencie, gdy zaczynaliśmy rozmawiać na temat ich perspektyw, emocji, tego, co przeżyli, zaczynało z nich wychodzić wielkie rozczarowanie. Szybko zrezygnowaliśmy z tych pytań – zwyczajnie robiło nam się wstyd.
 
Jak podsumowujesz swoją akcję?
Zrealizowaliśmy plan. Rozdaliśmy praktycznie wszystko, co przywieźliśmy. Bardziej niż z poczuciem satysfakcji, wracałem chyba jednak z poczuciem winy, że ich tam z tym wszystkim zostawiam. Ale i motywacją do dalszych działań. Ogromną wartością tej akcji jest dla mnie zaangażowanie się tysięcy ludzi w Polsce. To przywraca wiarę w ludzi i świadczy o drzemiącym w nich dużym potencjale. Ważne jest, żeby do tych ludzi dotrzeć i przekonać ich do działania. Okazało się, że to nie jest takie trudne. Dzięki wizycie w Bułgarii i pracy z Przyjacielami Uchodźców po raz kolejny przekonałem się też, jak wiele dobrego mogą zdziałać kompletnie oddolne i nieformalne inicjatywy i że mogą mieć ogromny wpływ na rzeczywistość, nawet w tak beznadziejnych, wydawałoby się, realiach.
 
26 lutego w warszawskim klubie Powiększenie odbędzie się debata „Warszawa dla uchodźców z Syrii – Co dalej?”. Paneliści opowiedzą o losie imigrantów w Bułgarii i innych krajach. Wspólnie z publicznością podejmą też próbę stworzenia prostej instrukcji działania i pomocy.
 
Michał Borkiewicz jest animatorem kultury, organizatorem koncertów i festiwali muzyki niezależnej; współzałożycielem i managerem programowym warszawskich klubokawiarni Powiększenie, Plan B, Barka i Plac Zabaw.