dwutygodnik internetowy
28.07.2014
magazyn papierowy


Kup
egzemplarz
Magazynu
kontakt
z tym
artykułem

Odwrócona redystrybucja

Podatki i redystrybucja dóbr to bezpieczniki kapitalizmu, w którym bardzo silne są mechanizmy transferowania pieniędzy od ubogich do bogatych.

ilustr.: Rafał Kucharczuk

Wolnorynkowcy myślą, że kapitalizm to naturalny stan ludzkiej egzystencji, ograniczany przez sztuczne twory, takie jak państwo. Tymczasem kapitalizm sam jest sztucznie stworzony przez człowieka i w tym niczym nie różni się chociażby od komunizmu.
 
Zwolennicy wolnego rynku bardzo często podważają sens i podstawy istnienia redystrybucji. Oprócz argumentów czysto utylitarnych, pojawiają się także takie, które atakują ją z pozycji moralnych. Za przykład mogłyby posłużyć wypowiedzi Stanisława Michalkiewicza z omawianego przez nas ostatnio filmu Fundacji Republikańskiej „Lewiatan”. Otóż według niego instytucje państwa opiekuńczego i w ogóle redystrybucja to zwykły przejaw działalności rabunkowej. Porównywalny z napadem z bronią w ręku (tylko że zamiast broni wykorzystujemy urzędnika). Inaczej mówiąc, jest to zamach na własność, gdyż państwo za pomocą podatków odbiera jednym część ich majątku, by dać innym, głównie uboższym, tylko dlatego, że są właśnie ubożsi. Inaczej mówiąc, za pomocą przepisów prawnych państwo odbiera czyjąś własność. Czyli, w skrócie, kradnie. Przypatrzmy się jednak dokładnie powstawaniu owej kradzionej własności.
 
Jeśli obywatel naszego kraju zarabia w Polsce jakąś sumę, to czyni to funkcjonując w konkretnym środowisku instytucjonalno-społecznym. W tym środowisku zostały ukształtowane pewne mechanizmy oraz zasady, dzięki którym miał on okazję zarobić tyle i tyle, a zarobiona kwota ma właśnie taką, a nie inną wartość. Środowisko społeczne (np. kultura pracy, kultura stosunków społecznych, zaufanie) zostało wytworzone przez wspólnotę, w której funkcjonuje. Natomiast środowisko instytucjonalne (instytucje, przepisy prawne etc.) zapewnia państwo. Podatek od zarobionej sumy jest jednym z wielu mechanizmów i zasad, w otoczeniu których (i na mocy których) przykładowy Kowalski zarabia określoną kwotę, czym wytwarza swoją własność. Te zasady stanowią pewną całość, składają się na środowisko, w którym funkcjonuje on na co dzień. Dzięki tym zasadom złotówka jest warta właśnie tyle ile jest, a dzięki np. obecnej minusowej inflacji (która jest także wynikiem przyjętej polityki instytucji państwa, jaką jest NBP) nie musi się martwić, że jego wypłata za miesiąc stopnieje do nic niewartych drobniaków. Nie musi się też specjalnie obawiać, że w drodze do domu ktoś mu pociągnie pałą przez łeb i zabierze wszystko co zarobił, w związku z czym nie musi wydać połowy wypłaty na ochronę – oczywiście napady się zdarzają, ale są one relatywnie rzadkie, co znacznie ogranicza koszty transakcyjne. Dzięki temu środowisku społecznemu i wytworzonemu w nim jako takiemu zaufaniu, Kowalski zdecydował się podpisać umowę na mocy której zarabia, tymczasem w innych okolicznościach (gdyby zaufanie społeczne było bardzo niskie), mógłby od tego odstąpić (stwierdziłby, że ryzyko jest za duże) i wtedy omawiany zarobek w ogóle by nie powstał.
 
Na powstanie własności składają się wszystkie zasady i mechanizmy wytworzone przez państwo i społeczeństwo – podatek jest jedną z tych zasad, taką samą jak cała reszta. Stanisław Michalkiewicz nie może sobie wybierać jednych, które mu pasują (dajmy na to wartości złotówki, co jest przecież de facto umową społeczną), za to inne, które już mu są nie na rękę, absolutnie kontestować uważając je za złodziejstwo. To tak jakby ktoś podpisał umowę o dzieło, zainkasował płatność z góry, następnie odstąpił od wykonania dzieła i twierdził, że pieniędzy nie odda, bo to jego własność. Umów dotrzymuje się w całości lub w innym wypadku się je łamie. Gdy ktokolwiek decyduje się na zarabianie w Polsce, to godzi się też na to, że od zarobku będzie musiał odprowadzić podatek, a ten być może zostanie przekazany komuś potrzebującemu w postaci transferu socjalnego – to żadne złodziejstwo, zwykły element umowy. Może gdyby nie te transfery socjalne, to sytuacja społeczna byłaby tak zła, że w ogóle nie miałby możliwości zarobienia. Jeśli ktoś decyduje się czerpać profity (możliwość zarobku) z danego otoczenia instytucjonalno-społecznego, to powinien też spełnić pewne obowiązki z tego tytułu. Inaczej mówiąc, złodziejstwo powstaje dopiero wtedy, gdy ktoś czerpiący profity z otoczenia stworzonego przez wspólnotę i państwo nie zamierza odprowadzić kwoty należnej za uzyskanie tej możliwości. A więc to nie redystrybucja albo podatek są złodziejstwem. Kradzieżą jest niepłacenie podatku. Gdyby było zupełnie inne otoczenie, na przykład hołubiona przez środowisko Fundacji Republikańskiej I RP, Stanisław Michalkiewicz mógłby być chłopem pańszczyźnianym i zamiast zarabiać, musiałby odrabiać sześć dni pańszczyzny w tygodniu. A gdyby ośmielił się zauważyć, że to chyba mały wyzysk, to w najlepszym wypadku skończyłoby się szybkim batożeniem.
 
Nie chcę przez to powiedzieć, że zastanego otoczenia nie można krytykować – ależ można, a w Polsce nawet należy. Jednak krytyka konkretnych rozwiązań jest czymś zupełnie innym od ogólnego podważania sensu istnienia fundamentów wspólnoty. Nazywanie redystrybucji kradzieżą, to wysuwanie się samemu poza nawias społeczeństwa. Jeśli ktoś nazywa ją rabunkiem, to uznaje, że utracił część swojej własności na rzecz obcych ludzi, z którymi go w zasadzie nic nie łączy, a więc de facto stwierdza, że nie jest częścią wspólnoty. A w takiej sytuacji nie powinien się na jej temat wypowiadać. Ani korzystać z urządzeń, które ona stworzyła.
 
Trzeba zwrócić uwagę na jeszcze jeden paradoks. Przeciwnicy redystrybucji są niewątpliwie zwolennikami kapitalizmu. Sądzą zapewne, że swoją własność zdobywają właśnie dzięki mechanizmom wytworzonym przez kapitalizm, a państwo jedynie im w tym przeszkadza. Problem w tym, że kapitalizm również jest wytworem państwa, tak samo jak podatki. Nie ma kraju, w którym kapitalizm zostałby wprowadzony bez udziału państwa. Kapitalizm sam jest mechanizmem, który wiele państw wprowadza jako jeden z instrumentów porządkowania relacji gospodarczych. Ale jest tylko jednym z wielu mechanizmów – nie jedynym. Innym jest np. właśnie system podatkowy. Nie ma żadnego powodu, żeby kapitalizm traktować w sposób uprzywilejowany wobec innych mechanizmów wspólnotowych czy państwowych. Tymczasem Stanisław Michalkiewicz uznaje rolę kapitalizmu w kształtowaniu własności, za to podważą rolę systemu podatkowego w kształtowaniu tej samej własności. A przecież stanowią one jedną całość – kapitalizm został wprowadzony (utrzymany) pod warunkiem obwarowania go mechanizmami zabezpieczającymi, takimi jak redystrybucja. Jeśli podważa się któryś z elementów umowy społecznej wprowadzającej kapitalizm, podważa się całą umowę, a więc i funkcjonowanie samego kapitalizmu. Skoro podważamy istnienie jednego mechanizmu jakim jest redystrybucja, nie ma żadnego powodu, żeby nie podważać istnienie innego mechanizmu, jakim jest kapitalizm. Zwolennicy wolnego rynku myślą, że kapitalizm to jakiś naturalny stan ludzkiej egzystencji, ograniczany przez sztuczne twory, takie jak państwo. Nic bardziej błędnego – kapitalizm sam jest sztucznym tworem stworzonym przez człowieka i w tym niczym nie różni się chociażby od komunizmu. I to stworzonym w konkretnym celu i pod konkretnymi warunkami.
 
A dlaczego państwo, obok kapitalizmu wytworzyło także mechanizmy zabezpieczające? Ponieważ w istotę kapitalizmu wbudowane są schematy, które prowadzą do nierównowagi i uprzywilejowują jednych względem drugich. A konkretnie bogatych względem biednych. Powiem więcej, w kapitalizm także wbudowane są mechanizmy redystrybucji, tylko że odwróconej – od ubogich do zamożnych. Najlepszym przykładem jest rynek nieruchomości, które nie od dziś są traktowane jako znakomita lokata kapitału. Lokata dostępna jednak tylko tym, którzy mają wystarczającą (czyli dużą) ilość środków na ich zakup. Ten wygodny sposób zarabiania przez bogatych wiąże się ze wzrostem popytu, a więc ze wzrostem ceny mieszkań. Korzystają na tym ci, którzy w nieruchomości inwestują, za to tracą ci, którzy mieszkanie traktują nie jako lokatę, ale jako niezbędne miejsce do życia. Czyli z reguły ludzie młodzi, nieuprzywilejowani, dopiero wchodzący na rynek. Kupują drożejące mieszkania od bogatszych, dzięki czemu ci mogą zainwestować w kolejne, co jeszcze napędza ich cenę, w związku z czym sytuacja kolejnych wchodzących na rynek staje się coraz gorsza, za to zyski posiadaczy nieruchomości rosną. W efekcie mamy do czynienia z redystrybucją od biednych do bogatych.
 
Innym przykładem jest rynek bankowy. W kapitalizmie pojawia się nacisk na ograniczanie kosztów pracy, by być bardziej konkurencyjnym na rynku i maksymalizować zyski. Ten trend na niskie płace powoduje trudną sytuację osób, które utrzymują się z pracy, a nie z kapitału. W tej sytuacji na bardzo wiele podstawowych rzeczy (mieszkanie, sprzęt gospodarstwa domowego etc.) nie byłoby ich stać, gdyby nie kredyt. Kredytobiorcy kredytu formalnie udziela bank – jednak tylko formalnie, gdyż tak na prawdę bank jest jedynie pośrednikiem. Pieniądze, które pożycza z reguły nie są jego, lecz jego klienta innego rodzaju – depozytariusza. Ten dysponuje nadwyżką kapitału (czyli najczęściej jest człowiekiem majętnym) i decyduje o włożeniu pieniędzy na lokatę, by trochę na nich zarobić, dajmy na to 4%. Żeby ten zamożny mógł zarobić owe 4%, bank pożycza pieniądze temu w potrzebie na jeszcze większy procent, żeby także samemu otrzymać zysk. W ten sposób ten relatywnie ubogi kredytobiorca spłacając z nadwyżką samochód niezbędny by dojechać do pracy daje zarobić na sobie bogatemu depozytariuszowi. Trzeba też pamiętać, że ten akurat mechanizm doprowadził do obecnego kryzysu – by udobruchać amerykańskich pracowników, których realne pensje od lat stały w miejscu lub wręcz spadały, dano im możliwość łatwego kredytu, dzięki czemu mogli jakoś spełnić niektóre swe potrzeby. Niestety sytuacja wielu z nich była tak zła, że nie mogli ich spłacić, co doprowadziło do kryzysu na rynku kredytów subprime (wysoko oprocentowany kredyt dla niepewnych kredytobiorców), który rozlał się na całą gospodarkę. Jak widać wbudowane w kapitalizm mechanizmy odwróconej redystrybucji są groźne nawet dla samego kapitalizmu.
 
Dlaczego Stanisław Michalkiewicz uznaje za rabunek państwową redystrybucję podatkową, za to odwrócona redystrybucja kapitalizmu już mu nie przeszkadza? Dlaczego redystrybucja od bogatych do biednych to kradzież, za to od biednych do bogatych jest już całkiem w porządku? Szczerze mówiąc, nie oczekuję odpowiedzi na te pytania – obawiam się, że mogłyby być jeszcze bardziej zdumiewające niż film „Lewiatan”.
 
UWAGA! W czasie wakacji internetowa odsłona „Kontaktu” będzie ukazywać się raz na dwa tygodnie – co drugi poniedziałek. Serdecznie zapraszamy do lektury!
 

 

  • grzegorz

    Inaczej działa redystrybucja podatkowa (pod przymusem!) a inaczej “redystrybucja kredytowa” czy “nieruchomościowa”. Łatwo zauważyć (jeżeli ktoś chce), że zamiast samochodu można kupić rower albo bilet miesięczny, że mieszkanie można nabyć albo skorzystać z gorszych możliwości.

    Niestety w redystrybucji podatkowej też jest transfer od biednych(których podatki to 90% budżetu) do bogatych (którzy korzystają z ulg, dotacji, i zarabiają krocie na kontraktach publicznych). W czasie kryzysu w nieruchomościach amerykańskich pomoc publiczna nie trafiła do kredytobiorców – trafiła do… banków.