dwutygodnik internetowy
04.02.2019
magazyn papierowy


Kup
egzemplarz
Magazynu
kontakt
z tym
artykułem

Nie zbawisz świata podróżą swoją

Podróżując, łatwo poczuć się odrobinę lepszym i bardziej doświadczonym od tych, którzy danego kawałka świata nie mieli możliwości zobaczyć. Niesłusznie.

ilustr.: Kolarstwo

ilustr.: Kolarstwo

Tekst pochodzi z 38. numeru papierowego magazynu „Kontakt” pod tytułem „Zdrowie bez recepty”.

ZAMÓW NUMER

Możesz zrobić ładne zdjęcie. Słodkich dzieci, miłych zwierzątek. Możesz podarować komuś prezent. Opisać swoje przygody na łamach kilkuset fascynujących stron. Albo w kilku zdaniach w poście na Facebooku. Tylko, bardzo proszę, nie oszukuj się. Nie zbawisz świata swoją podróżą.

Ten głód mam w sobie od zawsze. Jeździć i oglądać kraje, miasta, kontynenty. Jest we mnie pragnienie swobodnych wędrówek, apetyt na włóczenie się, poznawanie, rozmowy z ludźmi różnymi ode mnie. W świecie innym niż ten codzienny.

Kiedy tylko mogę, wyruszam do miejsc, w których jeszcze nie byłam. Wyobrażam sobie, że podróżując, uczę się, poszerzam świadomość. Ale przecież wcale nie musi tak być. Zarówno wyjazd typu all inclusive, jak i samodzielnie zorganizowana podróż mogą stać się pretekstem do utwierdzania i powielania stereotypów i utartych schematów myślenia dotyczących innych kultur. Wiedza na ich temat wytwarzana jest przez biura podróży czy autorów przewodników, by sprzedać produkt, którym jest podróż. Tworzą ją także samozwańczy przewodnicy, blogerzy, czasem reporterzy – między innymi w celu kreowania własnego wizerunku. Kraj czy kultura, których dotyczy ta wiedza, staje się de facto środkiem do osiągnięcia określonego celu. Informacje bywają więc uproszczone, mają bowiem przede wszystkim zaciekawić i zaintrygować odbiorcę. Trudno jest zatem zupełnie uciec od klisz, przez które patrzymy na „ten odległy” świat, bo nasiąkamy nimi od dzieciństwa.

Podróżując, łatwo poczuć się odrobinę lepszym i bardziej doświadczonym od tych, którzy danego kawałka świata nie mieli możliwości zobaczyć. Niesłusznie.

Chciałabym ponegocjować istnienie oczywistości, pozornych racji i żelaznych ustaleń. Mam parę doświadczeń i kilka emocji. „Eseje traktujące o przeżyciach emocjonalnych autora z natury rzeczy pozbawione są jakiegokolwiek ugruntowania. Jedyne, co mają, to swoboda. A czytelnik także ma niezwykłą swobodę, w żaden bowiem sposób nad nim nie stoję i nie mam nad nim żadnej władzy” – pisze we wstępie do swojego zbioru esejów „Widzi mi się” Zadie Smith. Pozwalam sobie przytoczyć jej słowa w tym miejscu nie bez przyczyny. O tym bowiem także jest ten tekst, że widzi mi się tak, a komuś może widzieć się inaczej. I bardzo dobrze!

Wyruszam

Najszybsze bicie serca wywołują u mnie podróże tam, gdzie inni mówią, by nie jechać. Pytają: „Co to za kraj i po co ci właściwie ten wyjazd?”. Ale ja lubię spacerować po wielkich, betonowych placach i podziwiać niepasujące do siebie budynki. Jako mieszkankę europejskiej stolicy zadziwia mnie, że można żyć w mieście bez rozkładów jazdy czy jeździć samochodami bez pasów bezpieczeństwa. Jestem zaskoczona, że to, co dla mnie jest bałaganem, dla kogoś może oznaczać idealny porządek – i na odwrót. Wzruszają mnie spotkania z ludźmi, którzy wciąż za czymś tęsknią, a jednak potrafią okazać bezinteresowne dobro.

Najbardziej fascynująca była dla mnie wizyta w kraju, który nie istnieje. W samozwańczej Republice Górskiego Karabachu. W miejscu zniszczonym przez wojny, zastygłym w odradzającym się co jakiś czas konflikcie między Armenią a Azerbejdżanem. Dwa narody żyjące obok, a jednak żywiące do siebie głęboko zakorzenioną nienawiść, trwają w zawieszeniu od początku lat 90. Od czasu jednego z najkrwawszych konfliktów na Kaukazie, którego najbardziej zaciekłe walki trwały między 1992 a 1994 rokiem. Co najmniej 25 tysięcy rannych, około milion uchodźców. Broń z Rosji, która sprzedaje ją obu stronom. Ta wojna zdaje się nie mieć końca, ale ja akurat miałam szczęście być tam we wrześniu 2013 roku, kiedy wydawało się, że konflikt został zażegnany. Albo raczej: na dobre zamrożony.

Jechałam wypchanymi po brzegi marszrutkami, słuchałam o tęsknocie za ZSRR. Rozmawiałam z tymi, którzy z nadzieją w oczach wciąż czekają na lepsze czasy. W Stepanekercie, w Szuszy, w Wank. Rozmawiałam z bohaterami codziennych walk o przetrwanie, którym przyszło żyć w świecie jak ze snu, z pustym portfelem i roześmianymi dziećmi biegającymi wśród ruin azerskich meczetów. Codziennie ktoś na ulicy proponował mi nocleg, choć nigdy nie potrzebowałam skorzystać z takiej propozycji. Ludzie zaczepiali mnie, by oprowadzić po swoim ogrodzie, by opowiadać. Wystarczy doświadczyć tego świata choć raz, by stracić wszelką pewność, co jest prawdziwe, a co wyśnione. Wystarczy przytulić biegnące w twoim kierunku ze szkoły dziecko, by trochę za bardzo polubić samą siebie. Można wtedy, zupełnie bezpodstawnie, pomyśleć o sobie: „Jestem wielką podróżniczką, lepszą niż zwykła turystka!”. Warto jednak zachować czujność i, zanim na dobre rozpędzi się człowiek w tym samozachwycie, zastanowić się nad sensem i niebezpieczeństwem tej iluzji.

Wielcy odkrywcy i mali turyści?

Ale dlaczego właściwie nie zanurzyć się oceanie samozachwytu „wielkiego odkrywcy”? Chociażby dlatego, że podróżowanie to egoistyczna zachcianka. Trzeba za tę przyjemność zapłacić, czasem niemało. Jasne, żeby pojechać w pewne miejsca potrzeba też odwagi, szczególnie jeśli jest się kobietą. Ale samą odwagą można podetrzeć sobie co najwyżej nos, jeśli nie stać nas na bilet czy na zakupy za granicą. W świecie, w którym podróże są powszechne, bywają również zadziwiająco tanie. Ale podróż zawsze kosztuje. Jeśli nie pieniądze, to czas, jeśli nie czas, to wysiłek. I ten fakt sprawia, że podróże nie są dostępne dla wszystkich. I dlatego nie rozumiem tych, którzy czują się lepsi, ponieważ widzieli więcej świata niż inni. Podróżuję, bo mogę i chcę. Kupię bilet lotniczy zamiast sukienki. Kupię bluzkę w second handzie za 3 złote, a 200 złotych wydam na podróż. Tylko że ja rzeczywiście mam ten wybór. Nie każdy go ma. I dlatego nic nie bawi mnie bardziej niż współcześni „wielcy odkrywcy”.

Nie przemawiają do mnie chwytliwe nagłówki: „Rzuciłam pracę w korpo i podróżuję”. Bo to, umówmy się, też jest rodzaj luksusu. Skoro rzuciłaś pracę w korporacji, to pewnie była to dobrze płatna praca. Skoro dobrze płatna, to pewnie masz mieszkanie, które na przykład możesz teraz wynająć i dzięki temu podróżować. Albo wykształcenie i umiejętności, dzięki którym możesz pracować zdalnie. Oczywiście, być może sama na to ciężko pracowałaś. Ale po raz kolejny: nie każdy ma takie wykształcenie, nie każdy ma możliwość, by je zdobyć. Nie ma go na przykład kobieta z kilkorgiem dzieci, mieszkająca w małym mieście. Rzuciłaś pracę w korpo? Super. Miałaś wybór. Nie każdy ma.

Poza tym podróż jest też rodzajem ucieczki. Przynajmniej dla mnie. Pozornie szlachetne pobudki odkrywania mieszają się z pragnieniem eskapizmu. Nic w tym złego, jeśli sami przed sobą przyznamy, że nie jedziemy teraz zbawiać świata i ratować ludzi. Jeśli jesteśmy na tyle świadomi, by przyznać, że zaspokajamy potrzebę (może czasem wykreowaną?), a nie wzorem piętnasto- czy szesnastowiecznych odkrywców pod płaszczykiem chęci odkrywania Nowego Świata jedziemy dostosowywać go do naszych pragnień. Doskonale ubrał to w słowa Paul Theroux: „Chciałem być nieosiągalny w Afryce. Właśnie pragnienie zniknięcia każe wielu podróżnikom wyruszyć przed siebie. Jeśli masz dość czekania w domu czy w pracy, podróż jest idealna: niech teraz czekają inni. Podróż jest swoistą zemstą za to, że wciąż musiałeś zostawiać wiadomości automatycznej sekretarce lub nie znałeś numeru wewnętrznego osoby, do której dzwoniłeś; zemstą za to, że przez całe życie zawodowe inni kazali ci czekać”.

Z szacunkiem przez świat

Warto więc przyznać, że samą podróżą nie naprawiam świata. Wręcz przeciwnie – świat zużywa się przeze mnie bardziej. Depczę trawniki, wypijam wodę, zanieczyszczam powietrze. Nawet będąc najbardziej świadomą podróżniczką, trudno byłoby mi nie przyznać, że z tego świata korzystam. Dla własnej przyjemności. Już w 1924 roku pisała o tym Virginia Woolf: „Poza tym angielska droga w szybkim tempie traci swój dawny charakter – kolorystykę, tu rudawoczerwoną, tu perłowobiałą; swoje kwieciste i niesforne pobocza; ciszę; starożytny, nieuładzony urok. Staje się natomiast czarna jak popiół, gładka jak cerata, pozbawiona zakrętów, zamieniając się po prostu w tor wyścigowy dla wygody społeczeństwa, które rzekomo trwa w stanie nieustannego i szalonego pośpiechu, żeby się nie spóźnić na obiad”.

Dlatego w czasie spełniania tej egoistycznej zachcianki warto jak najmniej niszczyć, śmiecić i zużywać, szanować lokalne zwyczaje, być otwartym, uważnym i krytycznym. Również, a może przede wszystkim, wobec siebie. Zdawać sobie sprawę, że korzystanie ze świata to odpowiedzialność. Co powinno przede wszystkim być cechą świadomego podróżnika? Wrażliwość. Niestety brakuje jej wielu znanym osobom, które wystąpiły w programie Azja Express, co doskonale opisuje Dorota Masłowska: „Zdeterminowani, by wygrać wyścig, uczestnicy nie mają czasu na polityczne poprawności: odnoszą się do tubylców użytkowo, a rzeczywistość, z całą zawiesistością historyczno-kulturową, traktują jako planszę nie zawsze mądrej gry”. Wrażliwością nie wykazała się także vlogerka Szusz, która urządziła czarnoskórym dzieciom bitwę na cukierki podczas urlopu na Madagaskarze. Determinacja, by być popularnym, powinna jednak iść w parze chociaż z minimalnym poczuciem odpowiedzialności za wzorce, które się promuje (Szusz ma 253 tysiące subskrypcji w serwisie Youtube).

Na szczęście istnieją blogerzy, którzy zachęcają do ekologicznego i świadomego życia i podróżowania. Dobrym przykładem jest autorka bloga The Adamant Wanderer, która w swoim poście o ekoświadomości porusza nawet bardzo niewygodny temat ograniczania podróży samolotem. Sama przyznaje, że nie zawsze jest to możliwe, podobnie jak nie każdy może latać wyłącznie odpowiedzialnymi, zapewniającymi dobre warunki pracy liniami lotniczymi. Zamiast lecieć samolotem z Krakowa do Gdańska można jednak wybrać inny środek transportu.

Na uwagę zasługuje także inicjatywa #zSzacunkiemPrzezŚwiat, inspirowana przez ksenofobiczne wypowiedzi Wojciecha Cejrowskiego. Inicjatorzy napisali do niego list, a gdy nie otrzymali odpowiedzi, opublikowali go w formie otwartej. Krytykują w nim brak wrażliwości podróżnika i wskazują na potrzebę szacunku dla odmienności, pisząc na przykład: „Utrwalanie stereotypów, europocentryzm i ksenofobia prowadzą do niewiedzy. Do strachu, lekceważenia i nienawiści. Nie chcemy się na to godzić”. Wskazują także na odpowiedzialność, jaka płynie z bycia osobą publicznie wypowiadającą się o świecie: „Kiedy wybieramy się w podróż – jako dziennikarze czy blogerzy, czytani przez tysiące Polaków – zabieramy ze sobą jeszcze coś: odpowiedzialność. Nie wszyscy Polacy są w stanie wyjeżdżać za granicę, a już na pewno niewielu jest w stanie wyjeżdżać bardzo daleko i na dłużej. To my, poniekąd, pokazujemy im świat”. List podpisany został przez ponad 160 osób, w tym między innymi Annę Alboth, Elżbietę Dzikowską, Katarzynę Boni, Andrzeja Stasiuka i Pawła Cywińskiego.

Rozróżnienie na turystę i podróżnika także wydaje się dość mgliste. Jeżeli do czegokolwiek to różnicowanie prowadzi, to do poczucia wyższości, przekonania o prawomocności sądów osób, które dzięki podróżom zostały ekspertami w pewnych regionach świata, ich kurczowemu trzymaniu się tej pozycji. „Czemu służy dość stara już opozycja turysta – podróżnik? Opisowi świata rzeczywistego czy deklarowaniu własnej wyższości wobec tego świata lub chociażby uprzywilejowanej pozycji w nim?” – zadaje słuszne pytanie Anna Horolets, analizując tekst Jacka Hugo-Badera „Kiedyś byłem psem”, będący deklaracją jego dystansu do turystów i uznania siebie, reportera, za prawdziwego podróżnika, wraz między innymi z geografami, geologami, kartografami, misjonarzami czy filmowcami. I chociaż uwielbiam styl pisania i bezczelność wyżej wspomnianego i nie neguję wartości jego reportaży, to Horolets zwraca uwagę na bardzo ważny aspekt jego tekstów: „Reportażysta-heros wyrusza w świat, by zdobyć doświadczenie, sprawdzić siebie, poprzez konfrontację z Innym upewnić się we własnych racjach”. Pytanie, które należałoby tu zadać, brzmi: kto naprawdę tej opozycji turysta – podróżnik potrzebuje? Czy ci potencjalni turyści, którzy dla własnej przyjemności i bez większej społecznej misji wyruszają na wakacje? Czy może raczej „wielcy odkrywcy”, dla których wykreowanie wizerunku samego siebie jako odważnego i potrzebnego społeczeństwu podróżnika wiąże się z określoną pozycją w zawodzie?

Powroty

Jedną z ciekawszych części podróżowania jest dla mnie wracanie do domu. Zanurzenie się na powrót w znanym, codziennym. Kiedy mam poczucie, że wracam chociaż odrobinę odmieniona. Gdy czuję się bliżej człowieka, natury i samej siebie. Bo nawet podróżniczki, które wpłynęły na wiedzę i świadomość o innych kulturach, takie jak Mary Kingsley, nie zapomniały o mistycznym aspekcie wyjazdów. Kiedy stała nad brzegiem rzeki Ogowe w zachodniej Afryce, w wiosce kanibali Fan, tak opisała swoje odczucia: „Ja po prostu całkiem tracę świadomość ludzkiej odrębności, pamięć ludzkiego istnienia z jego cierpieniem, kłopotami i wątpliwościami. Staje się częścią powietrza, natury. Jeśli istnieje jakieś niebo, to dla mnie właśnie to jest niebem”.

Uwielbiam uciekać do świata. Nigdzie nie nauczyłam się tyle, co w drodze. Nigdzie też nie przeżyłam tylu niespodziewanych sytuacji, nie zawsze przyjemnych. Szczególnie w czasie podróży w pojedynkę. Sama pracuję na te wyjazdy. Ale doskonale zdaję sobie też sprawę z tego, że mam ogromne szczęście, bo mogłam przecież urodzić się jako ta urocza dziewczynka, której jeden z „wielkich podróżników” zrobi zdjęcie na jakimś krańcu świata. A jego – z pewnością drogi – obiektyw byłby najciekawszą rzeczą, jaką odkryłam.

***

Korzystałam między innymi z prac:

T. Grzywaczewski, „Granice marzeń: o państwach nieuznawanych”, Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2018.

W. Kielich, „Podróżniczki: w gorsecie i krynolinie przez dzikie ostępy”, tłum. Małgorzata Woźniak-Diederen, Wydawnictwo W.A.B., Warszawa 2013.

R. Solnit, „Zew włóczęgi: opowieści wędrowne”, tłum. Anna Dzierzgowska, Sławomir Królak, Wydawnictwo Karakter, Kraków 2018.

M. Wiernikowska, „Oczy czarne, oczy niebieskie: z drogi do Santiago de Compostela”, Wydawnictwo Zwierciadło, Warszawa 2013.

V. Woolf, „Z powodu potanienia samochodów” [w:] „Eseje wybrane”, tłum. M. Heydel, Wydawnictwo Karakter, Kraków 2015.

***

Pozostałe teksty z bieżącego numeru dwutygodnika „Kontakt” można znaleźć tutaj.

***

Polecamy także:

„Azja Express” – podróż do źródeł dominacji

Świat według Cejrowskiego

  • Jura

    Dziękuję za ten tekst.
    Gdy w 1995 roku wracałem autostopem z Sahary Zahodniej, także miałem poczucie bycia podróżnikiem i to lekko upajające uczucie a’la nonszlancji, które tak dobrze opisał Kydryński w |”chwila przed zmierzchem”.

    Oburzałem sie na słowa Peter’a Biddlecombe’a rozpoczynajace jego książkę :“Podróżowanie dla samego podróżowania jest krańcową ekstrawagancją: pustoszy środowisko, niszczy nasze dziedzictwo i wyczerpuje wartościowe środki.
    Większość literatury podróżniczej ma swe źródło w handlu żywym towarem. Pojadę dokądkolwiek, z kimkolwiek, zrobię cokolwiek, o ile mi za to zapłacą. Bez żadnego zamysłu, bez celu.

    gdyby mi ktoś wówczas powiedział, że będzie to ma opinia to bym go obśmiał od ostróg po czubek “oja” .

    Autentyczność doznań w dobie internetu sprawia, że chętniej wespnę się na pobliską hałdę niż wyruszę na “out of beaten path” ;-) “podróż” po Laosie. No chyba żeby jakiś mały projekt permakulturowy bez wmiszanych weń NGO’sów i bez spływu na haju w dętce. a może to jednak wiek…