poniedziałek, 25 Czerwca 2012

ilustr.: Kuba Mazurkiewicz

Z ojcem Wacławem Oszajcą SJ – duszpasterzem, poetą, publicystą i wykładowcą w Instytucie Dziennikarstwa UW – rozmawiają Wanda Kaczor i Cyryl Skibiński.

 

Dlaczego sfera sacrum w każdej kulturze wiąże się z jakąś teatralizacją, magicznością?

Według Karla Rahnera dzielenie rzeczywistości na sacrum i profanum jest herezją. Dla niego sacrum to tylko Bóg, a wszystko inne jest profanum, nie wyłączając z tego mszy i sakramentów, które są jedynie przejawem świętości Boga. Chrystus w Eucharystii to ten sam Chrystus, który jest w pozostałych sakramentach, również małżeństwie. Wynika z tego, że sypialnia jest tak samo ważna jak ołtarz. Przemiana chleba i wina w ciało i krew Chrystusa każe nam myśleć, że również ciało i krew małżonków jest konsekrowane i przemieniane w ciało i krew Chrystusa. Boże sprawy nie dzieją się ponad rzeczywistością. Bóg chrześcijan nie stoi na zewnątrz, nie przygląda się, ani nie poddaje nas eksperymentom, tylko żyje wewnątrz rzeczywistości, której nieodłącznymi częściami są śmierć, choroba i starość. Dlaczego tak jest, nie wiem. Do czego Bogu jest potrzebny ten cały „teatr”, też nie wiem, ale przyznacie chyba, że to dość ciekawie wygląda.

 

Przyznajemy, ale chcielibyśmy dopytać księdza o tradycyjnie rozumiane sacrum. Ceremoniał Mszy Świętej i innych nabożeństw kościelnych jest niezwykle bogaty w symbolikę. Jaka jest funkcja tak uroczystej celebry?

Msza jest świętem. Kiedy jest święto, każdy powinien zachowywać się stosownie do jego charakteru, żeby podkreślić wyjątkowość tego czasu. Msza ma swoje zasady określone przez przepisy liturgiczne. Inaczej będzie wyglądać msza uroczysta w kościele parafialnym, inaczej na leśnej polanie w małym gronie, ale każda z nich jest tak samo bogata w symbolikę, ponieważ w liturgii posługujemy się nie tylko słowem. Prezbitera i wiernych łączy więź werbalna, ale również pozawerbalna – to są gesty, obrzędy.

 

Jaki te obrzędy, czyli części stałe mszy, mają wpływ na jej odbiór przez wiernych?

Klękanie, odmawianie na głos modlitwy i inne czynności wykonywane zbiorowo, dają poczucie wspólnoty, jeśli nie jest to zachowanie zewnętrzne. Niestety, msza stała się pobożnością sprywatyzowaną. Nie stanowimy w kościele żadnej wspólnoty, nie znamy się, nie łączy nas nic intymnego, jak przyjaźń czy troska o siebie nawzajem. Przychodzimy do kościoła w jakiejś intencji. Msza jest traktowana jako moneta przetargowa z Panem Bogiem.

Tymczasem w początkach Kościoła msza wyglądała zupełnie inaczej. To, co dziś nazywamy parafią, to były kiedyś niewielkie grupy chrześcijan. Czuli się ze sobą dobrze, razem czytali i objaśniali sobie Pismo Święte.

 

Co powinniśmy zrobić, by nie zamykać się w pustej celebracji?

Przede wszystkim trzeba mszę odklerykalizować. My, prezbiterzy, powinniśmy wyzbyć się tego, co do nas nie należy: czytania, zbierania na tacę, prowadzenia śpiewu, a nawet wygłaszania wprowadzenia we mszę – to wszystko powinni robić świeccy. Wtedy msza miałaby szansę nabrać bardziej wspólnotowego charakteru.

 

To, jak wygląda dziś celebra, jest interpretacją tradycji. Czy niedzisiejszość liturgii nie przeszkadza w odbiorze mszy?

Niestety większość z zachowanych do dziś dawnych symboli i obrzędów jest obecnie nieczytelna. A jeśli symbol przestaje przemawiać do ludzi i trzeba go objaśniać, to już nie jest symbolem i zamiast pomagać w zrozumieniu i komunikowaniu się, zaczyna tę komunikację utrudniać, a nawet potrafi rozśmieszać. Na przykład pokropienie wodą święconą wzbudza raczej ogólne rozbawienie. Namaszczenie olejem też mało komu coś mówi. Szaty, w które się ubieram do liturgii, również straciły swoją wymowę symboliczną. Na dodatek są one tak brzydkie i kiczowate, że to prawie grzech je zakładać. Jakieś pozłotka udające złoto.

Chyba w XIX wieku ówczesna Święta Kongregacja Obrzędów zarządziła, że do sporządzania szat liturgicznych powinno się używać szlachetnych, naturalnych materiałów. Zabroniono również stawiania w kościele świec elektrycznych, podświetlania Hostii z drugiej strony czy kładzenia plastikowych kwiatów na ołtarzach. To wszystko jest sztuczne, nieprawdziwe.

 

Władze świeckie już dawno zrezygnowały z płaszczy gronostajowych. Czemu Kościół ciągle tkwi pod tym względem w przeszłości?

To rzeczywiście żywa skamielina społeczeństwa klasowego, gdzie każda grupa miała swój oddzielny strój, który już na pierwszy rzut oka określał ich miejsce w hierarchii. Dziś, w czasach demokracji, taki podział nie ma sensu. Również od strony teologicznej. Profesor Stefan Swieżawski powiedział, że dzielenie Kościoła na duchownych i świeckich jest herezją. Według niego każdy chrześcijanin jest osobą duchowną, ponieważ zajmuje się sprawami duchowymi, czyli religijnymi, a zatem tworzenie z duchownych oddzielnej grupy w Kościele nie jest ewangeliczne.

Wyobraźcie sobie, że na mszę odprawianą przez biskupa przychodzi osoba, która nic nie wie o katolicyzmie. Za najważniejsze na tej mszy uzna osobę biskupa, bo to wokół niej wszystko się kręci. Kolejną świętością dla człowieka nieobeznanego z liturgią byłby pastorał i mitra. Przecież ci, którzy je trzymają, robią to przez welon, w białych rękawiczkach. Człowiek niezorientowany byłby przekonany, że to osoba biskupa i insygnia władzy to największa świętość, a tak przecież nie jest.

 

Czy monarchiczna estetyka, którą kojarzy się z kościelną hierarchią (szaty, tiary, pierścienie), nie osłabia przesłania o Kościele ubogim i jego pasterzach jako sługach?

To bardzo ważna sprawa. Łatwiej byłoby nam od ludzi uzyskać przebaczenie różnych naszych słabości i grzechów, gdyby było w nas mniej pychy. Również jeśli chodzi o liturgię. Parafianin widzi proboszcza wystrojonego w pozłotka, napuszonego, dla którego plebania stanowi bunkier. Jeśli takiemu księdzu powinie się noga, to ludzie reagują w jeden sposób: A dobrze mu tak!. Więc jeśli ludzie widzą nas tak napuszonych, wystrojonych, odizolowanych, wtedy nie ma co mówić, że jesteśmy braćmi i siostrami.

 

ilustr.: Kuba Mazurkiewicz

 

Wyjdźmy z kościoła na ulicę. Czy duchowni powinni zaznaczać swoją odrębność nosząc koloratki i sutanny, czy raczej podkreślać bliskość ze świeckimi?

Jeśli ksiądz zakłada koloratkę lub wpina w klapę krzyżyk po to, aby się wyróżniać i żeby podkreślać swoją szczególną funkcję w Kościele, oczekując z tego powodu specjalnego traktowania, to zaspokaja tylko własną pychę. Niektórzy twierdzą, że to jest wyznanie wiary… Wolę rozpoznawać człowieka po tym, co mówi i robi, niż po tym, jak jest ubrany.

 

Wielu ludzi wyrzuca księdzu to, że pokazuje się publicznie bez koloratki.

Wiem, czemu ludzie mają do mnie pretensje: boją się zaskoczenia. Przez całe lata chodziłem w sutannie, ale teraz myślę, że nie ma potrzeby, żebym, jako prezbiter i zakonnik, musiał na ulicy wszystkim wokół deklarować, że pełnię takie funkcje w Kościele. Gdy wsiadałem do pociągu mając koloratkę, to od razu słyszałem: O, księżuś wsiadł! Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus i Maryja Zawsze Dziewica. I już jestem ustawiony i ustawiona jest rozmowa. Natomiast kiedy wsiadam „bez znaków rozpoznawczych”, to rozmawiam jak człowiek z człowiekiem.

 

Jednocześnie można sobie wyobrazić, że koloratka niektórym księżom ułatwia funkcjonowanie wśród ludzi. Nie zdarzy się na przykład, że niczego nieświadoma pani w spożywczaku będzie czynić dwuznaczne uwagi pod adresem młodego, przystojnego kleryka…

Mylicie się państwo. Sutanna to jest dobre narzędzie na podryw.

 

Na podryw?!

W relacjach damsko-męskich sutanna nie przeszkadza, a może wręcz ułatwiać pewnego rodzaju kontakty. Jest jakaś część dziewczyn, które uważają, że emocjonalnie bliższy kontakt z księdzem jest bezpiecznym kontaktem. Szukają w takim związku starszego mężczyzny, widzą w nim zastępcę ojca. Taki kontakt zaspokaja w nich potrzeby natury emocjonalnej, z odsunięciem potrzeb natury seksualnej.

 

Szaty przestają przemawiać do wiernych i powodują wrażenie sztuczności. Czy nie jest podobnie z językiem Kościoła, który jest tak uroczysty i wzniosły, że traci na komunikatywności?

Owszem, w sferze werbalnej też się często nie dogadujemy. Jeśli powiem to jest moje ciało, to jest moja krew, to widzę tkankę miękką i tkankę płynną mojego organizmu. Tymczasem w Biblii te określenia są synonimami słowa człowiek. Kościół stoi przed reformą lingwistyczną.Trzeba zacząć przekładać na język współczesny teksty, które były przed wiekami komunikatywne, ale już nie są. Przynajmniej w kazaniach. Jeśli kazanie jest naszpikowane takimi terminami, jak misterium, sakrament, łaska, eschatologia, to w najlepszym przypadku przypomina wykład naukowy. Kazanie powinien ksiądz mówić językiem dzisiejszej porządnej gazety. Nawet jeśli trzymać się dosłownego tłumaczenia Biblii, to trzeba przeprowadzić ogromną egzegezę, żeby słuchacz rozumiał, o co chodzi. Samo Pismo, a szczególnie Nowy Testament, to nie jest arcydzieło literackie. Napisane jest bardzo chropawą greką, miejscami trochę nieskładną. To pisali bardzo prości ludzie.

 

Ze wszystkiego, co ksiądz do tej pory powiedział, wynika, że ryt mszalny wymaga zmian. Czy nie warto zastanowić się nad jakąś reformą?

To zależy. Niedziela jest świętem, więc dobrze jest podkreślić odmienność tego dnia również przy pomocy szat liturgicznych. Tak samo, jak w sądzie, gdzie sędzia na czas rozprawy zakłada togę. Ale równie dobrze wyobrażam sobie, że przy ołtarzu staje prezbiter po prostu w porządnym garniturze czy stroju turystycznym na wakacjach, zamiast wymiętej i brudnej alby. Myślę, że w pewnych okolicznościach to mogłoby poprawić czytelność obrzędu.

To, co się nieraz nazywa tradycją, żadną tradycją nie jest. Na Soborze Trydenckim zakazano osobom duchownym noszenia pierścieni. Były synody, które zabraniały noszenia innych ubrań niż świeccy. W historii Kościoła nie wszystko było od początku jasno określone. To wszystko rzeczy umowne. Dopóki służą komunikacji, bardzo proszę, jeśli zaczynają przeszkadzać, powinno się z nimi spokojnie rozstać.

 

Warto postarać się przystosować oprawę mszy do współczesnych potrzeb, ale nadal wielu ludzi potrzebuje kadzideł, szczególnej atmosfery, by mogli poczuć, że mają kontakt z sacrum, że odrywają się od szarej, monotonnej codzienności.

Dlatego mówię, że jeśli jest święto – niedziela, Boże Narodzenie czy Wielkanoc, to wszystko powinno być zapięte na ostatni guzik, począwszy od pięknej muzyki i porządnego ubioru. To wszystko jest umowne, ale potrzebne człowiekowi, żeby mógł odetchnąć czymś innym.

 

Jak się w to wpisuje garnitur przy ołtarzu, który ksiądz dopuszcza?

Jeśli znajdzie się taka grupa, której cała oprawa będzie obojętna, to dlaczego mają się dusić tym kadzidłem, zmagać się z albami, ornatami itd. Jeśli to wszystko jest im zbędne, to niech siadają przy stole, jak to było w pierwszych wiekach i niech odprawiają mszę, tak jak ona pierwotnie wyglądała.

 

Jak wybrać tę grupę? Jedni wolą księdza w garniturze, bo razi ich przepych, a drugim jest on potrzebny, aby się skupić.

Potrzebna jest zupełnie inna budowa i struktura parafii. Powinno się tworzyć parafie, które byłyby wspólnotami wspólnot. Rozwiązaniem jest pluralizm, począwszy od teologii, przez różne duchowości, a skończywszy na różnych obrządkach.

Jak to osiągnąć? Nie wiem. Kiedyś myślałem, że można wiele zdziałać zarządzeniami i sympozjami, a teraz skłonny jestem przyznać rację Marksowi, że to „byt kształtuje świadomość”. Muszą zajść pewne procesy, jak w społeczeństwie, tak i w Kościele. Dojdziemy do takiego momentu, kiedy albo pójdziemy drogą ewolucyjną i uznamy daleko posuniętą różnorodność za przejaw żywotności Kościoła, albo nastąpi jego nowe rozbicie, nowa reformacja, czy schizma. Nie mam pojęcia, jak się to potoczy. Wiem natomiast jedno: dana jest nam niebywała szansa, nam współczesnym – pomagać Chrystusowi w reformowaniu jego Kościoła. Po to przecież jest – jeśli jest – kryzys. Eccelesia semper reformanda – cytuję po łacinie dla podkreślenia, że takie podejście do Kościoła to dawny wynalazek.

 

  • ath

    „Kapłan, który wiernie sprawuje Mszę św. według norm liturgicznych, oraz
    wspólnota, która się do nich dostosowuje, ukazują w sposób dyskretny,
    lecz wymowny swą miłość do Kościoła” (Jan Paweł II, Ecclesia de Eucharistia, p.56).

    Tyle w temacie mszy sprawowanych w garniturze.

    • ignacy

      Nie rozumiem argumentu. Przecież ojciec Oszajca nie namawia, by odmawiać Mszę w garniturze, łamiąc obowiązujące normy liturgiczne, i sam tego nie robi. Namawia tylko do zastanowienia się nad tym i, być może, zmiany owych norm.

      • Lerkuz

         Samo zastanawianie się i publiczne o tym pisanie budzi zamęt i dopuszcza w głowach wiernych myśli zupełnie sprzeczne z nauczaniem Kościoła w tych kwestiach. Kapłan powinien nauczać jednomyślnie z magisterium a nie szerzyć własne, sprzeczne z normami Kościoła poglądy. Jeśli ma ów kapłan propozycję zmian dotyczących celebrowania liturgii to niech prześle je do Kongregacji Kultu Bożego i Dyscypliny Sakramentów.

        • Ekan13

          To ja też przestanę nosić obrączkę bo to ustawia od razu rozmówcę (oczywiście płci męskiej) względem mojej osoby….co za banał. Takich wypocin już dawno nie czytałam…

  • Lerkuz

    Sobór
    Watykański II i tak usunął tony szat, symboli i gestów, jeśli będziemy dalej
    szli tą drogą to niebawem zatracimy swoje własne korzenie. Radzę wsłuchać się w
    myśli liturgiczna Benedykta XVI a nie popadać w herezje archeologizmu (msze w
    garniturze przy stołach) – to droga do nikąd, co najwyżej do protestantyzmu i
    zatracenia świętości obrzędów.

    Przytoczę tutaj kilka wypowiedzi Benedykta XVII:

    „Dzisiaj
    najważniejsze jest, abyśmy znów poczuli szacunek dla liturgii, którą nikt nie
    ma prawa manipulować. Abyśmy znów nauczyli się ją widzieć jako żywo rosnący
    twór i jako dar, poprzez który uczestniczymy w liturgii niebiańskiej. Abyśmy w
    liturgii nie szukali naszej samorealizacji, lecz należącego do nas daru. Po
    pierwsze, musi zniknąć to osobliwe czy samowolne konstruowanie, musi się
    przebudzić wewnętrzny zmysł sacrum. Gdy to nastąpi, w drugim etapie można
    będzie dostrzec, gdzie, tak to ujmijmy, zbyt wiele zostało wykreślone – tym
    sposobem związek z całą historią Kościoła na powrót stanie się bardziej wyraźny
    i żywy. Sam mówiłem w tym sensie o reformie reformy. W moim przekonaniu,
    najpierw miałby to być przede wszystkim proces wychowawczy, który położy kres
    zachwaszczaniu liturgii własnymi pomysłami. (…) Powiedziałbym, że tak jak
    ruch liturgiczny, który doprowadził do Soboru Watykańskiego Drugiego, narastał
    powoli – a potem szybko stał się nawałnicą – tak również tutaj ważne jest, by
    impuls wyszedł od wierzących i celebrujących. By istniały wzorowe miejsca,
    gdzie liturgia jest właściwie celebrowana, gdzie można ją wspólnie przeżywać.
    Gdy swego rodzaju ruch zrodzi się z potrzeby wewnętrznej, a nie jako coś
    narzuconego odgórnie, będzie mógł nadejść ten drugi etap. Myślę, że nowe
    pokolenie tu i ówdzie wyrusza już w tym kierunku.”

    Kard. Ratzinger w
    książce „Bóg i Świat”.

     

    „Bezsprzecznie
    ostatnie dwudziestolecie było dla Kościoła Katolickiego niefortunne. Skutki
    tego, co nastąpiło po soborze są przeciwne oczekiwaniom wszystkich, także
    oczekiwaniom papieży Jana XXIII i Pawła VI. Chrześcijanie na nowo są w
    mniejszości i to bardziej jeszcze niż byli u schyłku starożytności. Papieże i
    Ojcowie Soborowi oczekiwali nowego zjednoczenia katolików a tymczasem nastąpiła
    taka niezgoda, że wydaje się - używając słów Pawła VI – iż autokrytyka
    przerodziła się w autodestrukcję. Oczekiwano skoku w przód, a tymczasem
    nastąpiła dekadencja spod znaku rzekomego «ducha soboru», natomiast jego
    prawdziwy duch został w ten sposób zdyskredytowany. Kardynał Julius Dopfner
    powiedział, że Kościół po soborze przypomina wielki plac budowy. Ktoś złośliwie
    dodał – tak, ale na tym placu zgubiono projekt budowy i każdy teraz ją
    kontynuuje wedle swego upodobania.”

    Kard. Ratzinger w
    swojej książce „Raport o stanie
    wiary”

     

    „Jestem przekonany,
    że kryzys wiary, który przeżywamy obecnie, jest spowodowany upadkiem liturgii.
    (…) Wspólnota, która ogłasza nagle jako ściśle zabronione to, co dotąd było
    dla niej czymś najświętszym i najwznioślejszym, oraz której przedstawia się
    jako coś niestosownego żal, odczuwany przez nią z tego powodu, sama stawia się
    pod znakiem zapytania. Jak można jej jeszcze wierzyć? Czy jutro nie zakaże ona
    tego, co dzisiaj nakazuje? (…) Dalsze życie Kościoła dramatycznie wymaga
    uczynienia liturgicznego rachunku sumienia, liturgicznego pojednania, które
    przywróci jedność zerwaniu w historii liturgii.”

    Kard. Ratzinger w
    swojej książce „Autobiografia”

     

    „Kryzys Kościoła, w
    którym znajdujemy się dzisiaj jest w ogromnej części spowodowany zapaścią
    liturgiczną, której charakter dobrze określają słowa etsi Deus non daretur
    [tak, jakby Bóg nie istniał], tak jakby zagadnienie istnienia Boga, to czy
    mówimy, czy słuchamy – nie miały żadnego znaczenia. Jeśli liturgia nie jest już
    komunią Wiary, nie jednoczy Kościoła powszechnego z jego historią, nie jest
    tajemnicą żyjącego Chrystusa, gdzie wtedy można odnaleźć duchową substancję
    tegoż Kościoła? Nietrwałość wspólnoty, której już nie jednoczy Wiara,
    nieuchronnie prowadzi do rozpadu Kościoła na koterie różnych rodzajów, do rozdzierania
    Kościoła na będące w opozycji do siebie liczne formacje.

    Kard. Ratzinger w
    swojej książce „Autobiografia”.

     

    Zamiast więc produkować
    swoje opinie i robić zamęt, wsłuchajmy się w głos Kościoła i realizujmy go wspólnie z
    miłością i posłuszeństwem.
    Ojcu Wacławowi  polecam  do wnikliwej
    analizy instrukcję „Redemtionis Sacramentum” gdzie przeczyta i znajdzie
    odpowiedzi na swoje uwagi i pytania, np:

     

    „11. Tajemnica
    Eucharystii jest zbyt wielka, „ażeby ktoś mógł pozwolić sobie na traktowanie
    jej wedle własnej oceny, która nie szanowałaby jej świętego charakteru i jej
    wymiaru powszechnego”. Przeciwnie, kto tak postępuje, pobłażając swojemu
    sposobowi myślenia, szkodzi, chociażby był kapłanem, prawdziwej jedności
    obrządku rzymskiego, która winna być gorliwie zachowywana, oraz podejmuje czynności,
    które w żaden sposób nie odpowiadają na głód i pragnienie Boga żywego, jakich
    doświadczają ludzie naszych czasów; nie służy też autentycznemu zaangażowaniu
    duszpasterskiemu ani słusznej odnowie liturgicznej, lecz raczej pozbawia
    wiernych ich dziedzictwa i tradycji ojców. Samowolne bowiem działania nie
    wspierają prawdziwej odnowy, lecz szkodzą słusznemu prawu wiernych do czynności
    liturgicznej zgodnej z tą tradycją i dyscypliną, która jest wyrazem życia
    Kościoła. Wprowadzają wreszcie pewne deformacje i niezgodności do samej
    celebracji Eucharystii, która doskonale i ze swojej natury prowadzi do tego,
    aby objawiała się i w cudowny sposób realizowała wspólnota Boskiego życia i
    jedność ludu Bożego. Stąd pojawiają się w następstwie: niepewność co do nauki Kościoła,
    wątpliwość i zgorszenie ludu Bożego oraz, w sposób prawie nieunikniony,
    gwałtowne sprzeciwy, a wszystko to, w naszych czasach, gdzie często życie
    chrześcijańskie również z powodu naporu „sekularyzacji” staje się niezwykle
    trudne, zasmuca i wprowadza duże zamieszanie wśród wielu wiernych.”

    „12. Wszyscy wierni
    mają prawo do prawdziwej liturgii, a w sposób szczególny do celebracji Mszy
    św., która winna być taka, jaką chciał i ustanowił Kościół, tak jak określają
    przepisy w księgach liturgicznych oraz w innych normach i aktach prawnych.
    Podobnie lud katolicki ma prawo, aby Ofiara Mszy św. była celebrowana w sposób
    niezmieniony, zgodny z całym nauczaniem Magisterium Kościoła. Wspólnota
    katolicka ma wreszcie prawo do celebracji dla niej Ofiary Mszy św. w taki
    sposób, aby prawdziwie ukazywała sakrament jedności, czyli z wykluczeniem
    uchybień i wszelkich gestów, które mogłyby zrodzić w Kościele podziały i
    stronnictwa.”

     

    „7. Przyczyna
    nadużyć nierzadko tkwi w fałszywym poczuciu wolności. Bóg jednak udziela nam w
    Chrystusie nie tej pozornej wolności, abyśmy przy jej użyciu czynili to, co
    chcemy, lecz wolności, dzięki której możemy czynić to, co jest godne i
    sprawiedliwe. Odnosi się to bowiem nie tylko
    do przykazań pochodzących bezpośrednio od Boga, lecz również, po stosownej
    ocenie wewnętrznej wartości każdej normy, do przepisów ogłoszonych przez
    Kościół. Dlatego wszyscy powinni dostosować się do rozporządzeń ustanowionych
    przez prawowitą władzę kościelną.”

    „9. Nadużycia
    wreszcie częściej wynikają z ignorancji, ponieważ zazwyczaj odrzuca się to,
    czego głębszy sens bardzo mało się pojmuje i nie rozpoznaje
    historyczności.”

    INSTRUKCJA REDEMPTIONIS
    SACRAMENTUM

    Kongregacji ds. Kultu Bożego
    i Dyscypliny Sakramentów

    O tym, co należy zachowywać,
    a czego unikać w związku z Najświętszą Eucharystią

    Rzym 2002, za pontyfikatu
    Jana Pawła II

     

    • http://www.facebook.com/people/Paweł-Cywiński/790263085 Paweł Cywiński

      „ Watykański II i tak usunął tony szat, symboli i gestów, jeśli będziemy dalej
      szli tą drogą to niebawem zatracimy swoje własne korzenie”

      O jak głębokie korzenie chodzi? O ile wiem w czasie wieczornika Jezus nie miał na sobie koloratki.
      W tym kontekście, pozwolę przytoczyć sobie fragment z ostatnich rozważań nad Pismem Świętym:
       
      „Toteż rzeczywistym przedmiotem czci oddawanej Kościołowi może być tylko obecność Boga w nim. Wszystko inne jest antropocentryzmem i pogaństwem.”Może czasem warto skupić się na samym korzeniu, a nie na bombkach choinkowych

      • Lerkuz

         Sola scriptura – to już było, wyszedł z tego protestantyzm. Przypomnę, że zarówno Objawienie jak i  Tradycja stanowią źródło wiary. Duch święty kierujący Kościołem czuwa nad Jego organicznym rozwojem. Cofanie się do form zewnętrznych wieczernika to czysta herezja archeologizmu, potępiona przez Sługę Bożego Piusa XIIw encyklice ,,Mediator Dei”. Ja radzę słuchać Kościoła a nie „skupiać się” na tym co „mi się wydaje”.

        • Misza Tomaszewski

          Nie chodzi o lekceważenie Tradycji, która stanowi fundament naszego rozumienia Objawienia, tylko o niebezpieczeństwo jej fetyszyzowania. Jeśli zagraża nam archeologizm, to zagraża nam również prezentyzm. Wolno i warto myśleć np. o tym, jak zmieniać liturgię, tak aby była ona zrozumiała dla chrześcijan naszych czasów. Czynienie zbyt prostej opozycji pomiędzy „słuchaniem Kościoła” (to my nie jesteśmy jego częścią? nie istnieje coś takiego jak sensus fidei?) a indywidualnymi spekulacjami stanowi istotne uproszczenie problemu. Nie wolno traktować chrześcijanina jak żołnierza, który albo słucha rozkazów, albo dezerteruje. Chrześcijanin ma prawo do poszukiwań, należy go jednak wyposażyć w odpowiednie narzędzia do ich prowadzenia. Problem naszych (i nie tylko naszych) czasów polega na tym, że jedni odmawiają mu tego prawa do poszukiwań, inni zaś – obowiązku posiadania narzędzi.

          • Lerkuz

            „warto myśleć np. o tym, jak zmieniać liturgię, tak aby była ona zrozumiała dla chrześcijan” – przecież na soborze dokonano radykalnej zmiany, więc po wspomnianym „prezentyźmie” nie ma już śladu, wręcz przeciwnie, dzisiaj dostrzega się potrzebę dosakralizowania liturgii, która odeszła nadto od założeń soboru. Poza tym czynienie liturgii zrozumiałej nie polega na ciągłym jej upraszczaniu lecz na wyjaśnianiu i katechezie. Takie tez były założenia ruchu liturgicznego na przełomie XIX/XX wieku! Nie zmieniać lecz wyjaśniać! w przeciwnym razie jak wspomina papież, odcinamy korzenie i zatracamy tożsamość. Inna sprawa, że percepcja liturgii odbywa się na dwóch płaszczyznach: participatio actuosa i participatio activa, samo więc literalne rozumienie nie stanowi i nigdy nie stanowiło istotny przeżywanego misterium. Oczywiście chwalebnym jest czynić katechezę liturgiczną, wręczać mszaliki i objaśniać obrzędy ale tylka tą droga! nie drogą nieustannych zmian i reform, wtedy zatracamy fundament i stabilny punkt odniesienia. Jak napisał papież Benedykt: „Wspólnota, która ogłasza nagle jako ściśle zabronione to, co dotąd było
            dla niej czymś najświętszym i najwznioślejszym, oraz której przedstawia się
            jako coś niestosownego żal, odczuwany przez nią z tego powodu, sama stawia się
            pod znakiem zapytania. Jak można jej jeszcze wierzyć? Czy jutro nie zakaże ona
            tego, co dzisiaj nakazuje?”

          • Misza Tomaszewski

            Również nie jestem zwolennikiem dokonywania częstych zmian w symbolicznej warstwie liturgii. I, oczywiście, zgadzam się z tym, że należy ją raczej wyjaśniać niż zmieniać. Nie chodzi przecież o to, żeby odpowiadała naszym bieżącym gustom. Rewolucje symboliczne znacząco (i negatywnie) wpływają zresztą – tak mi się wydaje – również na głębię tych symboli, na ich nawarstwione historycznie znaczenia. Problem widziałbym raczej w tym, że historycznie zmienia się również nasza percepcja czy – szerzej – światopogląd. Może się okazać, że stanowiące jego element założenia uniemożliwiają nam postrzeganie określonych symboli w zamierzony sposób. W tym sensie wydaje mi się, że nie zawsze da się wszystko wyjaśnić. Co piszę niezależnie od aprobaty bądź dezaprobaty dla propozycji sformułowanych przez o. Oszajcę. Nie czuję się kompetentny w temacie, idzie mi raczej o zasadę. Fakt, że liturgia została zreformowana pół wieku temu, nie może a priori wykluczać możliwości lub konieczności kolejnych reform, zapewne węziej zakrojonych.

  • Lerkuz

     Kardynał Wyszyński o noszeniu sutanny przez księży

    (…)
    Nie mogę odłożyć pióra, zanim nie dotknę tu jeszcze jednej sprawy,
    która ma dla wspólnoty kleru większe, niż się wydaje znaczenie, a dla
    Ludu Bożego jest społecznym wyznaniem wiary. Mam na myśli sutannę
    kapłańską. Sutanna nie jest ubiorem w szeregu innych strojów, ale jest wyznaniem wiary przed ludźmi, jest odważnym świadectwem danym Chrystusowi, jest przyznaniem się do Kościoła. Dlaczego zdjąłem znak wiary i kapłaństwa. Czy z lęku? Ze słabości? Nie! Zdjęcie stroju duchownego to to samo, co usunięcie krzyża przydrożnego, aby już nie przypominał Boga. (…)
    Kiedy raz przybrałem ten strój, muszę nie tylko pytać siebie, czy go
    noszę, ale w rachunku sumienia pytać – jeśli to miałoby się zdarzyć.
    Stefan kard. Wyszyński, List do moich kapłanów, Paryż 1969 r., tom III, s. 76–77

  • Marcin
  • http://www.facebook.com/mijaniec Michał Janiec

    Pan Oszajce farmazony plecie. Niech sobie przeczyta nauczanie Kościoła o Eucharystii zawarte w dekretach Soboru Trydenckiego. Niby taki mondry, a taki…

  • Andre

    Heretyk tak samo jak Hryniewicz ze swoją apokatastazą, wątpieniem w możliwość istnienia i poznania prawdy, podważaniem autorytetu Kościoła katolickiego i niezmienności dogmatów wiary, postrzeganiem jedności Kościoła jako wspólnoty kościołów różnych wyznań, mylną interpretacją tekstów Soboru Watykańskiego II, stawianiem interpretacji teologa w sprawach wiary nad interpretację Kościoła, dążeniem do ekumenizmu drogą ustępstw, szerokim pojmowaniem sukcesji apostolskiej… A pan Swieżawski, też mi autorytet, przyjaciel papiezy, obserwator na „największym soborze” który nie chciał pod koniec życia mieć za przyjaciela Jezusa w sakramentach św. Wybrał na ostatnie dni swego życia przebywanie w domu opieki prowadzonym przez heretyków protestantów.. Wiadomo że tam nikt z wiatykiem nie przyjdzie ani sakramentem chorych czy absolucją w godzinie śmierci w ostateczności.

    • Misza Tomaszewski

      Ładny zestaw. „Dominus Iesus” podszyte osobistymi przekonaniami autora wpisu, świadczące – w moim przekonaniu – o (zbyt) instytucjonalnym postrzeganiu Kościoła i (zbyt) doktrynalnym postrzeganiu jego nauczania.

      1. Apokatastaza to już Orygenes. Żadna doktryna, a tylko nadzieja – ufundowana na wierze w to, że sprawiedliwość Boga nie przypomina ludzkiej sprawiedliwości, nadzieja powszechnego zbawienia. Nie jeden o. Hryniewicz ją współcześnie żywi. Dlaczego wszelkie elementy wyznawanej wiary „dogmatyzować” i „heretyzować”?

      2. Pisanie o „sceptycyzmie” i „relatywizmie” względem możliwości poznania prawdy nic, niestety, nie znaczy, dopóki nie sprecyzuje się, co właściwie ma się na myśli.  Do tego worka da się wrzucić zarówno współczesnych postmodernistów, modernistów czasów Vaticanum I i teologów negatywnych średniowiecza. Naturalne w dzisiejszej humanistyce twierdzenie, że rozum ludzki nie jest bytem uniwersalnym i abstrakcyjnym, lecz że zabarwia nasz światopogląd w sposób charakterystyczny dla kultur i czasów, nie wydaje mi się herezją. Oczekiwanie, że teologia będzie brać pod uwagę paradygmaty nauk humanistycznych również nie. Podobnie jak przekonanie, że Bóg przekracza nasze o nim wyobrażenia. 

      3. O ile mi wiadomo, dogmaty mają swoją historię, co chyba tylko w czasach Vaticanum I mogło budzić kontrowersje. Pytanie, jak rozumiemy to zdanie i co z niego wynika. O tym warto dyskutować, bo „niezmienność dogmatów” to kolejne wieloznaczne hasło.

      4. „Mylna interpretacja tekstów Soboru Watykańskiego II” – to znaczy, że która jest prawdziwa? Ta, która pozwala wypowiadać się o nim w ironicznym cudzysłowie i nazywać protestantów „heretykami”? Wątpię.

      5. Dyskusje dotyczące sposobu podejmowania decyzji w Kościele, stosunku władzy papieża do kolegium biskupów, stosunku Magisterium do teologów, granic i celu działań ekumenicznych – to wszystko jest przedmiotem interesujących debat teologicznych (ale nie w Polsce) i dobrze, że nim jest, nawej jeśli wszystko zostanie po staremu. Świadczy to o nieobojętności chrześcijan na wyznawaną przez nich wiarę. Oczywiście, można ukręcić każdemu takiemu sporowi łeb, ferując anatemami, tylko po co? Czy służy to Bogu albo wspólnocie ludzi wierzących? Podobnie, wydaje mi się, że nie służy tej wspólnocie atmosfera tropienia heretyków i przedkładania doktrynalnej czystości, w niektórych ujęciach niebezpiecznie bliskiej przynależności plemiennej, nad chrześcijańską służbę bliźniemu.

  • Krystyna Marcinek

    Świetny wywiad! Ogromna wrażliwość na Istotę, elastyczność wobec formy. Przy całej miłości do pięknej liturgii – ustanowienie Eucharystii – Ostatnia Wieczerza – to była kolacja Przyjaciół. uroczysta, świąteczna, ale kolacja Przyjaciół.

  • Master
  • wierzący

    Ogromna wrażliwość na marynarkę, spodnie i krawat. O jakże to postępowe. Panie ksiądz Oszajca. Może i nieważne jest dla Pana noszenie koloratki i sutanny ale dla wierzących jest to ważne. Bo jesteśmy ludźmi i potrzebujemy widocznych znaków przynależności do KK.