dwutygodnik internetowy
13.01.2014
magazyn papierowy


Kup
egzemplarz
Magazynu
kontakt
z tym
artykułem

Nic tylko się upić. Pod Mocnym Aniołem

Najnowszy film Wojciecha Smarzowskiego jest nijaki, nie wzbudza w odbiorcy żadnych emocji. Ani nie bawi, ani nie wstrząsa, ani nie przeraża. Przykro patrzeć na tak duże potknięcie twórcy „Wesela”, „Drogówki” i „Róży.

Gdyby to był debiutancki film Wojciecha Smarzowskiego, mówilibyśmy o wielkim sukcesie. Dobrze jednak wiadomo, że jest to twórca bardzo już doświadczony i szanowany za wszystkie dotychczasowe filmy. Mam podejrzenie, że mogło to nieco wpłynąć na pracę przy „Pod mocnym aniołem”. Momentami trudno pozbyć się wrażenia, że zdaniem reżysera publiczność „kupi” wszystko co zrobi. Niestety nie będzie tak łatwo.

 

Czytając książkę Jerzego Pilcha miałem nadzieję, że film Smarzowskiego uderzy mnie bardziej niż lektura. W końcu wyobrażenie a wizualizacja to dwie zupełnie różne rzeczy. Historia Jerzego, alkoholika spisującego swoje przeżycia, uczucia i przemyślenia miała wszelkie zadatki na to, by zrobić mocny, wstrząsający film.

 

Sam Smarzowski mówił: „Chciałbym, żeby przez pierwszą część filmu widz się świetnie bawił (kto z nas się nie śmiał z pijaka?), przez następną czuł narastające zażenowanie, a na koniec, żeby przerażony milczał”. I z tym jest chyba największy problem. Bo raz, że w „Pod mocnym aniołem” nie da się wyczuć jakiejkolwiek zmiany tonacji. Samo w sobie nie jest to niczym złym, postawienie na jedną z powyższych konwencji niczego filmowi by nie ujęło. Tyle tylko, że nic z tego nie działa. „Pod mocnym aniołem” jest po prostu nijakie, nie wzbudza w odbiorcy żadnych emocji. Ani nie bawi, ani nie wstrząsa, ani nie przeraża. Bardzo łatwo jest „odkleić” się od ekranu, Smarzowski nie chwyta za gardło i nie sprawia, że człowiek po seansie musi długo dochodzić do siebie.

 

Film jest po prostu banalny. Ani to ciekawe studium problemu alkoholizmu, ani sensowny komentarz na temat jego specyfiki i częstej obecności w naszym kraju. Twórcy ograniczają się do prostych i oczywistych wniosków. Widoczne było to już w „Drogówce”, którą też ciężko nazwać odkrywczą, ale tam przynajmniej reżyser pewną ręką potrafił stworzyć brudny i odpychający klimat.

 

W „Pod mocnym aniołem” zdolności i intuicja Smarzowskiego zaskakująco często go zawodzą. Nie wiadomo czemu ma służyć użycie różnych kamer. W „Drogówce” było to nie tylko dobrze wytłumaczone, ale mogło też być odczytywane jako dodatkowy komentarz rzeczywistości, w której żyjemy. Tutaj używa ich, bo najwyraźniej tak lubi. Problem jest także z aktorami. Już nie chodzi nawet o to, że wybory obsadowe są po raz kolejny oczywiste, część gra swoje standardowe postacie z wcześniejszych filmów Smarzowskiego. Nie chodzi też o to, że nie wiadomo po co na ekranie pojawiają się na ledwie minutę Agata Kulesza i Bartłomiej Topa. Najgorsze, że momentami twórca nie panuje nad swoimi aktorami. Jednym z przykładów jest Andrzej Grabowski, który wypada bardzo średnio, ale jeszcze lepiej obrazującym to momentem jest scena konfrontacji historii dwóch podopiecznych ośrodka dla uzależnionych od alkoholu. Jest ona grana tak manierycznie i irytująco, że po prostu nie da się w nią wciągnąć. Większość postaci jest papierowa, nie sposób w nie uwierzyć, a tym samym współczuć, czy być zażenowanym ich postępowaniem. Do minusów trzeba też doliczyć denerwująco trzęsącą się kamerę oraz często nadęte, deklamowane dialogi. I to nawet wtedy, gdy zostały zaczerpnięte wprost z książki Pilcha. Najwyraźniej to co sprawdza się na kartach powieści, nie zawsze ma zastosowanie w filmie.

 

Czas jednak napisać też coś o zaletach filmu. Na pewno trzeba do nich zaliczyć grającego główną rolę Roberta Więckiewicza. W zasadzie nie ma sensu po raz kolejny wychwalać go pod niebiosa. Nie od wczoraj wiadomo, że to obecnie najlepszy polski aktor. Więckiewicz „robi” ten film i sprawia, że ogląda się go ze znacznie mniejszym bólem. Zaletą jest też brak narracyjnej ciągłości. Nie sprawia to, że można się zgubić w tym co dzieje się na ekranie, a doskonale pasuje to do opowieści alkoholika, który przecież często nie pamięta, co dokładnie się działo. Podoba mi się też inne od książki, otwarte zakończenie, zostawiające bohatera z różnymi możliwościami.

 

Te, nieliczne niestety, pozytywy nie sprawiają, że „Pod mocnym aniołem” jest świetnym filmem. Ba, nie jest nawet dobrym. Po twórcy tej rangi co Wojciech Smarzowski wszyscy oczekujemy zdecydowanie więcej. Naprawdę przykro jest patrzeć na tak duże potknięcie twórcy „Wesela”, „Drogówki” i, przede wszystkim, „Róży”. Nic tylko iść i się upić.