dwutygodnik internetowy
19.09.2016
magazyn papierowy


Nasz i wasz „gwiezdny czas”

Wielu ludzi KOR-u wspomina czas działania w nim jako bardzo trudny, ale najlepszy okres w swoim życiu. Jest tylko jeden powód, dla którego tak się dzieje. I jest nim właśnie to, że prawda i solidarność były przez nas stosowane w działaniu, były prawdziwym priorytetem, któremu było podporządkowane wszystko inne.

logo ze strony www.komitetobronyrobotnikow.pl

logo ze strony www.komitetobronyrobotnikow.pl

Kiedy mówimy o ideałach i wartościach, które przyświecały nam przy tworzeniu Komitetu Obrony Robotników, natychmiast pojawiają się dwa słowa: prawda i solidarność.

Dlaczego prawda? Bo najważniejszą, najgroźniejszą dla władzy rzeczą w przypadku KOR-u było ujawnienie prawdy o tym, że opozycjoniści bronią walczących o swoje prawa robotników przed robotniczym państwem. A przecież jedyną legitymacją władzy był jej robotniczy charakter. Próbowała przekonywać, że – czegokolwiek by nie zrobiła – jest dobra dla ludu, przede wszystkim dla robotników, że jest władzą sprawiedliwości społecznej.

Właśnie dlatego władza starała się narzucić swoją interpretację wydarzeń z czerwca ‘76. Nie mówiła o robotniczych strajkach, ale o „dzikiej anarchii i bandytyzmie”, robotników nazywając „warchołami i chuliganami”. Redaktorzy, komentatorzy telewizyjni, ludzie spędzani na krzywdzące wobec represjonowanych manifestacje – oni wszyscy wiedzieli, jaka jest prawda. Ale niekiedy z przekonania, a najczęściej ze strachu, głosili, oklaskiwali i popierali fałszywy obraz rzeczywistości.

Właśnie dlatego jednym z najgroźniejszych ciosów, jakie można zadać autorytarnej władzy, jest to, żeby nie kłamać. Bo „nie kłamać” znaczy „nie podporządkować się”.

Dlaczego solidarność? Siłą autorytarnego państwa jest atomizacja społeczna. Jeżeli reakcją na represje dotyczące poszczególnych ludzi czy grup społecznych jest motywowane strachem odsuwanie się od represjonowanego – żeby i mnie represja nie dotknęła – to władza będzie trzymać się mocno. Jedna z robotnic z Ursusa opowiadała, że kiedy zwykle szła do pracy, towarzyszył jej tupot nóg innych osób spieszących do tej samej bramy zakładu. Kiedy spotkały ją represje, szła sama – bo wszyscy się od niej odsuwali.

A właśnie wtedy, kiedy zamiast strachu pojawia się odwaga udzielenia solidarnej pomocy, dla autorytarnej władzy rodzi się śmiertelne niebezpieczeństwo.

Siła prawdy, siła solidarności

Wielu ludzi KOR-u wspomina czas działania w nim jako bardzo trudny, ale najlepszy okres w swoim życiu. Tak mówią także ci, którzy również później dokonywali rzeczy niezwykłych, osiągali najwyższe stanowiska państwowe, tworzyli wielką gazetę lub fantastyczny zakład pracy. Jest tylko jeden powód, dla którego tak się dzieje. I jest nim właśnie to, że prawda i solidarność były przez nas stosowane w działaniu, były prawdziwym priorytetem, któremu było podporządkowane wszystko inne.

Siłę tych dwóch prostych słów: prawda i solidarność, najlepiej pokazują przykłady. Eugeniusz Smolar, współpracownik KOR-u i dziennikarz BBC, opowiadał o tym, jak otrzymał informację o zaginięciu ważnego robotniczego działacza Komitetu. To mogło oznaczać wszystko, co najgorsze. Następnego dnia jednak zawstydzeni KOR-owcy poinformowali Smolara, że zaginiony współpracownik się znalazł – zapił i leżał przed domem. Ku naszemu zdumieniu ta informacja, która – jak się wydawało – mogła nas pogrążyć, przyniosła odwrotny skutek. BBC – widząc, że mówimy prawdę, jaka by ona nie była – nadała informacjom od nas najwyższy stopień wiarygodności, uznając, że nie potrzebują one potwierdzenia z drugiego źródła.

Siłę solidarności najlepiej oddaje sformułowanie, którego używam, kiedy muszę w jednym zdaniu opisać, o co chodziło w KOR-ze. Brzmi ono: „KOR przychodzi”. Do mnie przyszedł w postaci Antka Macierewicza, który powiedział mi o pierwszym procesie ursuskim, o rodzinach represjonowanych i o tym, że tę elementarną pomoc powinni im okazać ludzie związani z „Czarną Jedynką”, czyli drużyną harcerską działającą przy Liceum im. Reytana. Postawił mnie przed dramatycznym wyborem: albo zachowam się przyzwoicie i zorganizuję pomoc, co oznaczać będzie, że będę musiał pożegnać się z pracą, być może mnie zamkną i w ogóle będę miał trudne życie, albo nie będę mógł spojrzeć w lustro, stracę całkowicie szacunek do siebie, zaprzeczę wszystkim wartościom, które głosiłem. W podobny sposób KOR przychodził do wielu ludzi.

Solidarność zawsze ma cenę. Ale kiedy ryzykujesz w imię wartości, nie tracisz godności, ale ją umacniasz, odzyskujesz, budujesz. To był fundament opozycji.

Nie dać się podzielić

Warto dodać, że praca, którą wykonywaliśmy, była nie tylko mrówcza i mordercza, ale także możliwa do wykonania przez każdego. Akcja pomocy zaczęła się od jeżdżenia do Ursusa faceta, który ma dwie lewe ręce – czyli mnie. Byłem ostatnią ofermą, ale jednocześnie byłem najlepszy na świecie, bo inni, lepsi ode mnie, tam nie jeździli.

To ważne przesłanie: nie bój się tego, że jesteś marny. Jesteś najlepszy na świecie, bo jesteś w tym momencie jedynym albo jednym z nielicznych, którzy coś robią. Nie mów, że nie potrafisz. Potrafisz lepiej od tego, który jest znakomity, ale nic nie robi. Trzeba robić i szukać dróg. Winston Churchill mówił, że najważniejsze w życiu to nieść swój krzyż, w tym także „krzyż myśli” – z uporem drążyć sprawę, szukać rozwiązania, nie poddawać się, dopóki się go nie znajdzie.

Tak było w kwestii naszej współpracy z robotnikami. Bardzo chcieliśmy nie dać się podzielić. Sprawić, by już nigdy studenci nie zostawali sami z represjami, by już nigdy robotnicy nie byli opuszczeni, gdy władza z nimi walczy, byśmy się wstawiali jedni za drugich. Tyle tylko, że środowisko robotników i inteligencji było w czasach PRL dramatycznie od siebie odległe. Szukaliśmy rozwiązań, próbowaliśmy, ale nic nie wychodziło.

A przecież rozwiązania uczono nas na polskim, historii, na rosyjskim! Opowiadano nam ciągle o młodym działaczu robotniczym, Leninie, który za pomocą pisma o nazwie „Iskra” zorganizował niezorganizowanych wcześniej robotników wielkich, petersburskich zakładów pracy. Ta czytanka nosiła tytuł „Iskra zmieni świat”. Tak powstał „Robotnik”, którego rozwój wymagał tytanicznej pracy. Pierwsze numery pisma były na kompromitującym poziomie pod względem formy i treści. Ale olbrzymim wysiłkiem udało się znaleźć rozwiązanie. I ostatnie numery „Robotnika” to jest kompletnie inna jakość. Wiele też rzeczy wydarzyło się po drodze za jego przyczyną.

Historyczna konieczność KOR-u

KOR w istocie był czymś, co Magdalena Czoch nazwała „hipotezą zamienioną w historyczną konieczność”. Czoch pisała o Giedroyciu, o jego idei pojednania i współpracy z Ukrainą. To, co głosił Giedroyc, to były fantasmagorie. Niedługo po Wołyniu i po przesunięciu granic przekonywać, że głównym sojusznikiem Polski jest Ukraina i że choć dzieli nas przeszłość, to nie ma ważniejszej sprawy od pojednania z nią? To była utopia. Ale jego hipoteza zamieniła się w historyczną konieczność – dziś wszyscy wiemy, że miał rację.

To samo spotkało KOR i „Robotnika”. Wydawało się absurdem myśleć, że w kilkanaście osób, które nie mają za sobą praktycznie nic, można rzucić wyzwanie państwu i systemowi, zorganizować skuteczną obronę dla represjonowanych, doprowadzić do wypuszczenia ich z więzień i zorganizować rzeszę ludzi. Ale wiedzieliśmy, że każdy krok jest ważny. Kiedy pierwszy raz pojechałem z pieniędzmi do rodzin uwięzionych robotników, miałem wrażenie, że wszystko się zmieniło. To była euforia spowodowana tym, że to jedno miejsce wyglądało po mojej wizycie trochę lepiej. I choćby dla tego poczucia było warto.

Kluczowe jednak jest pojawienie się takich osób jak Giedroyc, które w węzłowych momentach historii umieją sformułować taką hipotezę, która potem zmieni się w historyczną konieczność. Z mojej perspektywy taką osobą dla KOR-u był Antoni Macierewicz, bo to on mnie wciągnął do Komitetu. Być może byli też inni, którzy wyczuli, że to jest ten moment, ta niepowtarzalna szansa na zbudowanie niezależnej organizacji i sojuszu z robotnikami. I że trzeba działać. Od razu. Antek wiedział to na pewno.
Dzięki jego całościowej wizji udało się sprawić, że KOR był czymś więcej niż tylko – skądinąd ważnym – odruchem solidarności. Właśnie dlatego uważam – niezależnie od tego, co sądzimy o jego dzisiejszej działalności – że gdyby należało wymienić jedną, najważniejszą osobę związaną z powstaniem KOR-u, to jest nią właśnie Antek. Oprócz niego oczywiście Jacek Kuroń, Jan Józef Lipski oraz Aniela Steinsbergowa.

Skoro możesz, to odpowiadasz

Co KOR dał uczestnikom tych wydarzeń? Dwie rzeczy: jedną, która życie ułatwia, drugą, która utrudnia.
Pierwsza to świadomość, że uczestniczyłeś w czymś dobrym i ważnym, że w kluczowym momencie dokonałeś właściwego wyboru. A przecież wielokrotnie – mając najlepsze intencje – robisz też rzeczy straszne i krzywdzące innych. Dlatego tak ważne jest, żeby nie zmarnować okazji do zrobienia czegoś naprawdę ważnego – być może zdarza się ona raz w życiu.

Druga to uzmysłowienie sobie, że możesz. KOR był dla nas gigantyczną lekcją tego, ile możemy zrobić, jeśli zaczniemy działać. Że pojedynczy ludzie, ofermy, mogą wiele zmienić. Ceną takiego myślenia jest świadomość tego, że – czego nauczył mnie Kuroń – „odpowiadasz za wszystko, na co masz wpływ”. Jacek przez całe życie odpowiadał za wszystko, na co miał wpływ. Często biegł bez sensu, ale zawsze z dobrą intencją i cały czas się ucząc. I dlatego to Jacek doprowadził nas tam, gdzie było trzeba.

Doświadczenie KOR-u sprowadza się do tych dwóch wniosków. Po pierwsze: możesz. Po drugie: skoro możesz, to odpowiadasz.

Uchodźcy mogą nam pomóc

Ta świadomość sprawia, że żyje się w beznadziejnym poczuciu winy w związku z tymi wszystkimi chwilami, kiedy się nie stanęło na wysokości zadania, kiedy się nie odkryło hipotez albo nie umiało się ich zamienić w historyczną konieczność. Począwszy od zostawienia po ’89 roku samym sobie tych, którzy nie dawali sobie rady, przez nieudzielanie odpowiedniego wsparcia Ukrainie w procesie przeobrażania swojego kraju, aż po dzisiejszy dzień i egzamin, który właśnie zdajemy w związku z uchodźcami.
Wyzwanie, przed jakim stoi Europa w związku z kryzysem uchodźczym, jest najważniejszym zagadnieniem ze wszystkich. Jeśli staniemy na wysokości zadania, to damy sobie radę ze wszystkim innym. Jeśli nie zdamy tego egzaminu, to Europa się rozpadnie i przestanie być Europą. Procesy, o których mówimy, a których przyczyn należy szukać nie tylko w wojnach, ale też w zmianach demograficznych i klimatycznych, są nie do zatrzymania. Ale mamy wpływ na to, czy te procesy będą przebiegać w sposób cywilizowany, czy nie.

Kluczowe dziś jest to, żeby się zabrać do roboty. Jak my w czasach KOR-u. Musimy zamienić hipotezę mówiącą o tym, że „uchodźcy mogą nam pomóc pozostać Europą, a nie ją zniszczyć”, w historyczną konieczność. Potrzeba, by wszystkie wysiłki skupić na ich integracji, a pytanie o to, „jak Europa może pomóc uchodźcom”, zamienić na: „Jak ty, uchodźco, możesz pomóc Europie?”. A kiedy będziemy znać odpowiedź, trzeba będzie pomóc im w tym, by pomogli nam.

Walka o Europę

Takie chwile Jacek nazywał „gwiezdnym czasem”. To moment, kiedy przychodzi do ciebie okazja zrobienia czegoś naprawdę ważnego. Jeśli jej nie wykorzystasz, może nigdy nie wrócić. To jest ten czas. Jeżeli go nie wykorzystamy, będziemy sobie to wyrzucać do końca życia. Różnię się od ciebie doświadczeniem i świadomością tego, że naprawdę możemy. Ty masz prawo tego nie wiedzieć, ja nie. A skoro możemy, to odpowiadamy.

Bo na naszych oczach dokonuje się wybór między demokracją i nie-demokracją, prawem i bezprawiem, między Europą zjednoczoną i Europą walczących plemion. Wybór między Europą i nie-Europą.
Głównodowodzący francuskiej armii na kilka lat przed I Wojną Światową przewidział, co się stanie. Powiedział, co należy zrobić, i przez całą resztę mądrych ludzi został uznany za wariata. Ale nie należy go uważać za bohatera. Bo, jak pisze Barbara Tuchman w książce „Sierpniowe salwy”, „mieć rację i dać się przegłosować, to dla osoby na stanowisku jest zbrodnią niewybaczalną”, dodając, że generał ten „słusznie zapłacił za swoje jasnowidztwo”. Oczywiście nie jesteśmy na stanowiskach, nie jesteśmy w rządzie i w Sejmie, ale niewątpliwie jesteśmy przekonani, że to my mamy rację w sporze o przyjmowanie uchodźców. I jeżeli damy się przegłosować, jeżeli nie zrobimy wszystkiego, co tylko jest możliwe, bo uznamy, że są ważniejsze sprawy, to zasłużymy na swój los taki, jaki do nas przyjdzie.

Mogą nam dziś pomóc te same dwie wartości, które były dla nas ważne za czasów KOR-u: prawda i solidarność. Bo tak naprawdę walka toczy się o to, czy okażemy solidarność prześladowanym, i o to, czy pokażemy społeczeństwu prawdę o polskiej władzy. Wszelkie działania na rzecz uchodźców są groźne dla rządzących właśnie dlatego, że pokazują prawdę o nich. Tak, jak przed laty robotnicze państwo walczyło z robotnikami, którzy domagali się swoich praw, tak teraz „katolickie” państwo PiS-u, wspierane przez różne „katolickie” organizacje, walczy i broni nas przed tymi, o których najważniejsze osoby w Kościele – papież, prymas, hierarchowie – mówią, że należy w nich widzieć twarz Chrystusa. „Katolickie” władze bronią narodu przed Chrystusem we własnej osobie. Potrzeba o tym głośno mówić. I przede wszystkim działać.

***

Ta gotowość do niesienia „krzyża myśli”, ten rodzaj Giedroyciowskiej wyobraźni, ta chęć działania małymi krokami, nawet w nielicznej grupie, ta pamięć o tym, że możesz, a skoro możesz, to odpowiadasz, ta wierność prawdzie i solidarności – to wszystko jest nam dziś bardzo potrzebne. Nie ma nic ważniejszego. To nasz i wasz „gwiezdny czas”. Obyśmy nie zasłużyli na swój najgorszy los.

 

Wysłuchał Ignacy Dudkiewicz.