dwutygodnik internetowy
26.03.2014
magazyn papierowy


Kup
egzemplarz
Magazynu
kontakt
z tym
artykułem

Najgorsze filmy świata

Czym te amatorskie produkcje, niebroniące się niczym od strony technicznej, będące za to nieudaną kalką znanych przebojów kinowych, przyciągają widzów? W dobie efektów specjalnych, filmów realizatorsko świetnych, produkcje sprzed sześćdziesięciu lat zaskakują nas swoją egzotyką, a tandetą rozbawiają do łez.

W latach 50. Hollywood starało się zwalczyć telewizję. Kina wabiły widzów podwójnymi seansami filmowymi. Projekcja pierwsza przedstawiała zwykle filmy „z wyższej półki“, natomiast druga znacznie gorsze materiały – te produkcje nazwano „kinem klasy B“. Obecnie, jak to można zaobserwować na comiesięcznych wtorkowych pokazach w kinie Muranów, nie potrzeba już „wabika“ w postaci filmów klasy A. Publiczność tłoczy się, przepycha przed wejściem do sali kinowej, by za wszelką cenę zdobyć miejsce siedzące, odstawszy uprzednio w długiej kolejce po bilety. A wszystko po to, by móc podziwiać na ekranie zmutowane zwierzęta, wilkołaki w gumowych maskach oraz inne filmowe perełki kiczu z lat 50. i 60.

 

Czym te amatorskie produkcje, niebroniące się niczym od strony technicznej, będące za to nieudaną kalką znanych przebojów kinowych, przyciągają widzów? W dobie efektów specjalnych, filmów realizatorsko świetnych, produkcje sprzed sześćdziesięciu lat zaskakują nas swoją egzotyką, a tandetą rozbawiają do łez. Począwszy już od samych tytułów, obok których trudno jest przejść obojętnie, takich jak „Szybciej koteczku! Zabij! Zabij!“ (1965), „Człowiek, który się niewiarygodnie zmniejszył” (1957) lub „Atak kobiety olbrzyma“ (1958). Oprócz absurdalnych tytułów, do przyznania miana „najgorszego filmu świata“ przyczynia się też całkowicie amatorski montaż, banalna fabuła, fatalna gra aktorska i prymitywne efekty specjalne często kręcone na strychu. Jednak filmom tym, przy całym ich dyletanctwie, nie można odmówić swego rodzaju wyjątkowości.

 

Film „Doctor of Doom“ z 1963 roku, dzieło meksykańskiego reżysera René Cardona („Las luchadoras contra el médico asesino”), jest przykładem kuriozalnego amatorstwa. To opowieść o kobietach zapaśniczkach – luchadorkach. Chociaż nieustannie walczą na ringu, ich makijaż pozostaje nienaganny i ani razu nie psuje im się fryzura. Muszą rozwikłać zagadkę, kim jest szalony Doktor, który porywa ludzi, przeszczepia ich mózgi, chcąc w ten sposób opanować świat. Choć ten skrywa się pod maską, już po 10 minutach filmu dla widzów przestaje być tajemnicą, kim jest ów szaleniec. Akcja toczy się niewiarygodnie wolno, nawet, gdy trzeba uciekać z płonącego laboratorium. Ujęcia trwające po kilka minut, w których widać tylko stopy rozmówców, nie należą do rzadkości.

 

„Trudno mi mówić o tym filmie, bo jestem trochę zażenowany tym, co zobaczymy dziś na ekranie. Co gorsza, reżyserka też była zażenowana“ – takie słowa można było usłyszeć na prelekcji filmu „Nagie na Księżycu“ (1961). Doris Wishman ze wstydu wobec reakcji ludzi i w obawie przed krytyką za zbyt szowinistyczny film, nakręciła film pod męskim pseudonimem Raymond Phelan. Ta produkcja to połączenie soft porno z science fiction. Opowiada historię dwóch amerykańskich naukowców, którzy marzą o wyprawie na Księżyc. Wylatują rakietą ze środka lasu, lądują na planecie, która w wyglądzie niczym nie różni się od Ziemi. Spotykają tam rasę nagich kobiet, które – jak to mieszkanki innej planety – nie mówią, lecz porozumiewają się dzięki czułkom zrobionym z drucików przyczepionych do plastikowych opasek. Brak komunikacji oczywiście nie przeszkadza, by młodszy uczestnik wyprawy zakochał się w królowej plemienia. Niestety cenzura zakazuje im pocałować się w finalnej scenie, dlatego kończy się jedynie uściskiem.

 

Filmy zwykle pokazywane na przeglądzie w kinie Muranów to takie, którym nie udało się wybić, nie zrobiły kariery. Natomiast paradoksalnie film „Byłem nastoletnim wilkołakiem“ okazał się wielkim sukcesem. To produkcja z lat 50. z nurtu Teen movies, który wtedy cieszył się ogromną popularnością. Na tej fali powstała potem seria filmów takich jak „Byłem nastoletnim zombie“ czy „Byłem nastoletnim Frankensteinem“. Oczywiście poruszały one niesłychanie ważne problemy młodego pokolenia. W filmie reżyserii Gene Fowler główny bohater, Tony, ma problem – nie umie przystosować się do życia w społeczeństwie. Jedynym logicznym wyjściem z tej sytuacji jest oddanie się w ręce doktora i zostanie wilkołakiem. Film nie tylko opowiada o rozterkach młodzieży, ale pokazuje też czasy buntu nastolatków w skórzanych kurtkach słuchających zakazanego rock&rolla.

 

Kino klasy B przeżywa obecnie swój renesans, a fascynacja nim nie gaśnie. Ma miejsce w podręcznikach do historii kinematografii i na wykładach filmoznawczych. Stąd pomysł na popularyzowanie filmów słabszej jakości z czasów, kiedy ich długość rzadko przekraczała 70 minut ze względu na bardzo mały budżet, który starano się jeszcze bardziej uszczuplić w każdy możliwy sposób. Pomysłodawca przeglądu najgorszych filmów świata, Jacek Rokosz, wykładowca w Łódzkiej Szkole Filmowej, jest wielkim fanem tego kina, poświęcił mu cały swój doktorat. Jego doskonałe prelekcje wprowadzają w klimat, rozśmieszają widownię, a także dostarczają wielu interesujących informacji. Można się na przykład dowiedzieć, że w „Tarantuli“ – filmie o gigantycznym pająku, który uciekł z laboratorium i sieje spustoszenie, debiutuje na dużym ekranie sam Clint Eastwood.

 

Naturalnie, łatwo można skrytykować pomysł na pokazywanie szerokiej publiczności filmów niemających głębszego sensu, będących szczytem kiczu. Jednak widzowie, przychodząc na seanse, nie oczekują ambitnego kina. Nie doszukują się ukrytych podtekstów, lecz idą zapoznać się z mniej znaną częścią historii kinematografii. A przy okazji świetnie się przy tym bawią. Reakcje publiczności są bardzo wyraźne, żywiołowe. Ludzie czerpią osobliwą przyjemność z oglądania na ekranie aktorów przebranych w gumowe kostiumy i udających zmutowane potwory. Klaszczą podczas trwania filmu, wybuchają śmiechem, głośno kibicują superbohaterom. Nie są to zachowania spotykane obecnie na projekcjach filmów artystycznych. Atmosferę panującą na seansach możnaby trafnie porównać do tej z czasów projekcji braci Lumière. Ludzie wrzeszczeli, cieszyli się lub nawet ze zgrozy wybiegali z kina. Przegląd „Najgorsze filmy świata“ pozwala widzom na sali na krótkie przeniesienie się w czasy dawnego kina, ale poza tym daje nowe spojrzenie na dzieje filmu, a co za tym idzie, także całej popkultury.

 

DKF w kinie Muranów ,,Najgorsze filmy świata”

Zapraszam na pokaz kwietniowy – ,,Atak krabów morderców”: