dwutygodnik internetowy
22.05.2017
magazyn papierowy


Kup
egzemplarz
Magazynu
kontakt
z tym
artykułem

Na lewo we Francji. Ale jak?

Tezę przedstawioną przez Jana Zygmuntowskiego można podsumować tak: Francja to kraj rządzony przez kastę bogatych i uprzywilejowanych urzędników, której ucieleśnieniem jest nowy prezydent Emanuel Macron. Kajetan Rościszewski polemizuje z naszą wyborczą relacją sprzed dwóch tygodni.

ilustr.: Zuzia Wojda

ilustr.: Zuzia Wojda

Chciałem bardzo podziękować moim przyjaciołom Tadeuszowi Kolasińskiemu oraz Magdalenie Petrow-Ganew za pomoc w przygotowaniu tego artykułu.

Zdecydowałem się napisać ten artykuł, żeby sprostować wiele nieścisłości, które pojawiły się w artykule Jana Zygmuntowskiego „A wybory przegrywa Francja”. Po pierwsze dlatego, że wprowadzają one w błąd czytelnika nieobytego z polityką francuską. Po drugie dlatego, że artykuł prezentuje radykalny punkt widzenia, którego obecność w mainstreamie debaty publicznej jest dla mnie głęboko niepokojąca.

Tezę przedstawioną przez autora można podsumować tak: Francja to kraj rządzony przez kastę bogatych i uprzywilejowanych urzędników, której ucieleśnieniem jest nowy prezydent Emmanuel Macron. Co więcej, według autora „dla wielu obywateli rozsądną opcją był Jean-Luc Mélenchon”, który przedstawiany jest w samych superlatywach.

Źródłem wniosków Jana Zygmuntowskiego są bez wątpienia jego poglądy ekonomiczne. W mojej analizie nie będę wchodził w dyskusję dogmatyczną. Jestem zdania, że bogactwo ludzi i państw bierze się z pracy, a nie redystrybucji i jednostronnie definiowanej „sprawiedliwości społecznej”. Ta fundamentalna różnica sprawia, że nie ma sensu w tak krótkim tekście debatować o rzeczach podstawowych. Zamiast tego ograniczę się jedynie do sprostowania zakrzywionego obrazu Francji oraz do wykazania, że Jean Luc Mélenchon to żaden wizjoner i humanista, tylko raczej czerwony brat bliźniak brunatnej Marine Le Pen.

Błędna wizja „systemu elit”

Na początku trzeba wyjaśnić, czym jest owa mityczna, rzekomo najbogatsza „kasta urzędniczych mandarynów” rządząca Francją zza kulis i wykształcona na SciencesPo i ENA. Mam przyjemność studiować w fabryce rzeczonej „kasty”, czyli Paryskim Instytucie Nauk Politycznych (SciencesPo), alma mater większości prezydentów, premierów i ministrów V Republiki. Wbrew temu, w co chciałby wierzyć Zygmuntowski, system francuskiej merytokracji jest wszystkim, o czym marzy zwolennik równych szans od kołyski.

Mówienie o „kaście” i niedostępności jest zakłamaniem rzeczywistości i brakiem wiedzy. Na SciencesPo ponad 37 procent studentów otrzymuje stypendium socjalne, podczas gdy pozostali płacą czesne dostosowane wysokością do dochodów rodziny. W dodatku do tego, rzekomo ekskluzywnego grona istnieje specjalnie ułatwiona ścieżka wstępu dla uczniów z tak zwanych „obszarów wrażliwych” (fr: ZEP). W efekcie problemy, o których pisze Jan Zygmuntowski, zostały przez Francuzów rozwiązane dokładnie szesnaście lat temu, a i wcześniej uczelnia ta kształciła w większości dzieci klasy średniej z mniejszych miast.

Francuski system produkcji elit formatuje ten narybek poprzez naukę metodologii, aby zapewnić jednolite formułowanie myśli i spójność przyszłych elit. W wyniku tej przemyślanej polityki formacyjno-edukacyjnej powstaje dość jednorodna warstwa członków „kasty”, mająca zapewnić sprawne funkcjonowanie Republiki. Roczniki studentów na ENA, na której to uczelni studia są nieodpłatne, składają się w 82 procentach ze studentów po SciencesPo. Tu krytyk elitaryzmu może słuszne zauważyć to, czego nie zauważył Zygmuntowski – całe przyszłe elity przechodzą dokładnie taką samą ścieżkę edukacyjną. Uwaga ta byłaby słuszna, gdyby nie jasne od początku dla wszystkich zasady dostępu do tych instytucji, które nie wymagają niczego poza ciężką pracą w publicznym i darmowym systemie edukacji podstawowej.

Francja wytworzyła bardzo specyficzny, centralnie sterowany system reprodukcji elit tak, aby wszyscy przyszli decydenci cały swój sukces zawdzięczali państwu i wartościom Republiki. Ludzie ci najczęściej zostają zawodowymi urzędnikami średniego i wyższego szczebla i są przyzwoicie (choć nie rażąco wysoko) wynagradzani przez państwo. Owszem, istnieje we Francji grupa ludzi bardzo bogatych, która dba o swoje interesy, jednak utożsamianie jej z systemem awansu społecznego poprzez państwowe elitarne uczelnie jest nieuprawnione.

Podsumowując: owszem, istnieje we Francji grupa ludzi, która odebrała podobną edukację, często zna się osobiście i zajmuje wiele eksponowanych stanowisk. Natomiast ludzie ci są świadomym produktem owego państwa, a nie dziedziczącą przywileje „kastą mandarynów”, która na nim żeruje.

Zaślepienie Mélenchonem

Mélenchon widzi Francję jako kraj z niedostateczną redystrybucją i utrudnionym dostępem do władzy. Słuszność tego poglądu pozostaje przedmiotem debaty dogmatycznej, którą podejmuje Jan Zygmuntowski. Niesłuszne jest jednak przedstawianie Mélenchona jako nadziei Francji czy francuskiej lewicy.

Podobnie jak Marine Le Pen gra on na sentymencie społecznym do Francji lat 1945–75 (fr: Trente Glorieuses), kiedy to każdy miał pracę, dom na wsi, samochód, wakacje nad morzem i wysoką emeryturę po osiągnięciu sześćdziesiątego roku życia. Nie będę wnikał w szczegóły, dlaczego wtedy było to możliwe, a dziś nie jest. Proponuję za to analizę recept proponowanych przez Mélenchona i porównanie ich z propozycjami Marine Le Pen.

Propozycją obojga jest protekcjonizm i wyjście z UE. Zdaniem obojga ma to umożliwić godną pracę i płacę każdemu Francuzowi. O tym, że protekcjonizm gospodarczy jest bronią obosieczną, a gdzieś produkowane we Francji sery, wina i Peugeoty trzeba sprzedać, Mélenchon i Le Pen nie lubią pamiętać. Tym karmi się też populizm obojga kandydatów: Le Pen krzyczącej na parkingu firmy Whirlpool, że Polacy to dranie, bo ośmielają się pracować ciężej i za mniej, oraz Mélenchona, który nie posunął się w swoich koncepcjach wiele dalej niż Robin Hood, a więc „zabrać bogatym, dać biednym”.

Jeśli ktoś postrzega tę krytykę jako powierzchowną, polecam obejrzeć debaty i wystąpienia publiczne, które odbyły się przed drugą turą. Recepty obojga łączy przede wszystkim to, że są mało konkretne, ale bardzo atrakcyjnie przedstawione w wielkich słowach. Głębsza analiza pozwoliłaby Janowi Zygmuntowskiemu zobaczyć innego lewicowego kandydata – Banoit Hamona. Jest on dużo bardziej kreatywny, świeży i obiecujący niż Mélenchon, który w swoich pomysłach jest nieuległy od dobrych trzydziestu lat. Hamon jako jedyny wniósł do debaty ciekawe i konkretne pomysły, w tym najgłośniejszy o bezwarunkowym dochodzie podstawowym. Swój program współtworzył razem z Thomasem Pikettym, wspólnie przedstawiali projekty polityk socjalnych, ekonomicznych i ekologicznych, które powinny były przemówić do ludzi lewicy.

Hamonowi przyzwoitość nie pozwalała jednak zachowywać się jak Mélenchon, a więc obrażać wszystkich, obiecywać wszystko i twierdzić, że istnieją cudowne i proste recepty na problemy Francji. To jest powód, dla którego nie przebił się on do serc porywczych, lewicowych Francuzów, a tym bardziej percepcji nieuważnego obserwatora.

Autor tekstu, z którym polemizuję, pisze o ciekawych odwołaniach Mélenchona do „nawet nie tyle wytartych ideologicznych haseł, co do wartości humanistycznych i oświeceniowych w duchu racjonalności, do szeroko pojętego les peuples, ludu”. Z polskiej perspektywy takie porównanie może rzeczywiście wydać się błyskotliwe i świeże. Podstawowa znajomość francuskiej sceny politycznej pozwala zauważyć jednak, że w owym życiu politycznym to właśnie hasła odwołujące się do oświecenia, osiągnięć rewolucji, a już najbardziej racjonalności owego „Le Peuple Français” są tymi najbardziej wytartymi. I raz jeszcze podobno broniący tych szczytnych haseł Jean-Luc Mélenchon wolał uczestniczyć w ulicznych burdach i tłumaczyć wszystkie ekscesy (włącznie ze zdemolowaniem szpitala) niezadowoleniem ludu. Było to prostsze niż wybór Hamona, który, cytując konstytucję oraz prezentując ciekawą argumentację, mozolnie tłumaczył wartości lewicy znudzonym telewidzom.

The show must go on

Upraszczając francuską scenę polityczną, pozwolę sobie na porównanie Mélenchona do polityka znanego z polskiego podwórka. Mélenchona można nazwać Korwinem au rebours. Oczywiście poglądy mają skrajnie inne, forma ich prezentacji jest jednak taka sama. Obaj obecni od dekad w życiu publicznym próbują pozbyć się etykietki szaleńca. Obaj popularni w Internecie, głośni i charakterystyczni. Korwin w muszce, która rozbudza gimnazjalne marzenia o elegancji, Mélenchon w maoistowskiej kurtce-mundurku pobudzającej wyobraźnię każdego, komu śni się rok 1968. Sny te jednak pryskają, kiedy Korwin w muszce zasypia zamiast rozsadzać UE, a Mélenchon dwa dni po wyborach zamienia mundurek na wygodny garnitur. Do tego dochodzi sowita pensja pobierana z Parlamentu Europejskiego przez obu panów połączona z mało konstruktywną krytyką UE. Symboliczne szczegóły można mnożyć, do tego dochodzi jednak cynizm i oszukiwanie ludzi.

Pragmatycznie wychodzą one na powierzchnię wtedy, gdy Mélenchon odmawia poparcia Macrona w drugiej turze, kalkulując swoje poparcie w wyborach parlamentarnych. Kalkulacja ta jest słuszna, bowiem badania pokazują bardzo znaczące przepływy elektoratu między Le Pen a Mélenchonem.

W swoim postępowaniu, cynizmie, świadomym rozgrywaniu podziałów i wzywaniu do agresji wobec „burżujów i faszystów” przy jednoczesnym krzyczeniu o wartościach i pokoju Mélenchon jest człowiekiem szkodliwym, który deklarowane wartości gotów jest wytarzać w błocie. Jak wiemy, niestety symbole i głośne hasła trafiają naiwnych wyborców i niedzielnych obserwatorów, którzy uwiedzeni paroma symbolami gotowi są zobaczyć w Mélenchonie nadzieję lewicy.

Zderzenie z realnością

Podsumowując, pozwolę sobie przypomnieć jeszcze jeden obszar, w którym Mélenchon powinien zaciekle bronić najlepszych tradycji Francji, czyli walki o wolność nie tylko swoją, ale i cudzą. Obszarem tym są stosunki międzynarodowe. Mélenchon przespał rozpad ZSRR i wciąż żywi on sentyment do naszego wschodniego sąsiada.

Stosunek do Rosji jest najlepszym papierkiem lakmusowym cynizmu tego polityka. Zaślepiony swoją nienawiścią do Stanów Zjednoczonych i kapitalizmu jest on otwarcie prorosyjski. Przy okazji świadomie zamyka oczy na prawa człowieka, indeks Giniego godny krajów trzeciego świata czy sytuację w Czeczenii (notabene dziwnym trafem Rosji nie krytykuje, tylko chwali, choć raczej nikomu nie odpuszcza najmniejszej przewiny). Mélenchon ogłosił się prorokiem globalnej wojny z kapitalizmem. W swoim populizmie gotowy jest wyrównać balans sił między Rosją a USA. Cytując jego wypowiedzi z debaty: gotowy jest zwrócić Rosji „jej strefę wpływów […] podczas konferencji pokojowej, na której należałoby przerysować granice w Europie Wschodniej”.

Spór o wybory we Francji może być dyskusją o wartościach i poglądach. Najpierw jednak trzeba uświadomić sobie, jak ten spór wygląda. Dlatego proszę was, drodzy obserwatorzy, bądźcie „Les Insoumis” przede wszystkim w stosunku do ekstremów i fałszywych proroków.