dwutygodnik internetowy
06.04.2015
magazyn papierowy


Muzyka w służbie Bogu

Niedziela, godzina osiemnasta, jedna z warszawskich parafii po prawej stronie Wisły. Kościół raczej wypełniony. Przez prezbiterium przemyka siostra zakonna z zawieszoną na szyi gitarą. Za balaskami, po lewej stronie przygotowane mikrofony. Podłączony keyboard. Wygląda na to, że kilka dziewcząt za przewodem i przy gitarowym akompaniamencie siostry zakonnej postanowiło wystąpić i „umilić” liturgię. Czuję bezradność. Kolejny raz będę zmuszony słuchać czegoś, co najzwyczajniej w świecie uniemożliwia mi jakiekolwiek skupienie. Czegoś, czego słuchać nie chcę. Niestety, chcąc uczestniczyć w niedzielnej mszy, muszę wysłuchać także występu. Uświadamiam sobie, że stałem się zakładnikiem.

ilust. Kuba Mazurkiewicz

ilust. Kuba Mazurkiewicz

 

Dostrzegam gigantyczny rozziew między misterium Najświętszej Ofiary a tym, co dzieje się w zakresie muzyki mu towarzyszącej, a o czym nie można powiedzieć nawet tego, że jest ładne. Zestawienie wręcz groteskowe. Lud milczy. Gdzieniegdzie tylko pojedyncze kobiety około czterdziestki nucą półgłosem wraz z zespołem. Celebrans sprawia wrażenie znudzonego. Zastanawiam się, dla kogo to wszystko się dzieje. Może organista zachorował, a ktoś inny uznał, że „coś musi grać”? Najbardziej usatysfakcjonowane wydają się dziewczęta (na czele z siostrą prowadzącą). Pewnie gdyby zapytać starsze osoby wychodzące z kościoła o „oprawę”, byłyby zachwycone, że młodzież tak pięknie te młodzieżowe piosenki śpiewa dla młodzieży, bo to takie ważne, żeby przyciągnąć młodzież. Rozejrzałem się wokół: w większości ludzie starsi, tu i ówdzie paru studentów i parę osób około czterdziestki.

A naprawdę potrzeba nader wielka, aby wierni, nie jako obcy, i niemi widzowie, lecz przejęci na wskroś pięknością liturgii, taki brali udział w świętych obrzędach […], żeby na przemian wedle ustalonych przepisów głos swój po głosach kapłanów albo chóru podnosili. Jeśli się to pomyślnie rozwinie, nie zajdzie ta anomalia, żeby lud albo wcale, albo słabym jakimś i przyciszonym pomrukiem zaledwie odpowiadał (Pius XI, „Divini cultus”, punkt 9).

Odwrócone proporcje

„Boga można sławić całym życiem, więc nie ma sensu dzielenie przestrzeni, sztuki, muzyki na sakralną i świecką. Kategorie sacrum i profanum są synonimem opresyjności prawa, charakterystycznym dla Starego Testamentu. Trzeba dążyć do tego, aby całe życie stało się sacrum, w przeciwnym wypadku za progiem kościoła wierny stanie się hipokrytą”. Powyższy wywód, którego różnorakie wersje można często usłyszeć w dyskusjach o Kościele, w tym także o muzyce liturgicznej, stanowi zupełne pomieszanie pojęć i ich porządków. Sacrum i profanum to podstawowe kategorie antropologiczne określające tożsamość człowieka. Nie ma rozmowy o religii bez odniesienia do nich. Ważne, żeby tych pojęć nie postrzegać jako przeciwstawnych (na zasadzie: dobro-zło), ale jako komplementarne. Podobnie jak dni świąteczne i powszednie. Jaki sens miałyby jedne bez drugich? Czy któreś są lepsze? Gdyby wszystkie stały się świąteczne, świąteczność stałaby się wszak powszedniością.

Ars celebrandi winno sprzyjać rozwijaniu zmysłu sacrum i posługiwaniu się takimi zewnętrznymi formami, które ten zmysł wychowują, jak na przykład harmonia obrzędu, szat liturgicznych, sprzętów i miejsc świętych (Benedykt XVI, „Sacramentum caritatis”, punkt 40).

W definicjach słownikowych przewijają się dwie składowe religii: wiara i kult. Kult to nic innego jak liturgia. Celem kultu nie jest on sam ani współuczestniczący w kulcie, lecz oddanie czci Podmiotowi kultu. I podobnie: celem liturgii nie jest ona sama ani współuczestnicy, lecz oddanie należnej czci Bogu. Jeśli obserwuje się msze odprawiane w wielu spośród naszych kościołów, widać wyraźnie, że hierarchia podstawowych założeń uległa wywróceniu.

Spójrzmy na proporcje. Jeśliby wnosić po nich – najważniejsze okażą się kazanie, komentarze i ogłoszenia. Zdarza się – wcale nierzadko – że ze względu na przedłużające się kazanie trzeba się śpieszyć z resztą liturgii, aby zdążyć przed rozpoczęciem kolejnej mszy. Presja czasu prowadzi do podenerwowania, niedbałości, skracania pieśni, eliminowania sacrum silentium. Utrwala się traktowanie liturgii jako rutynowego przedstawienia.

Ani podkład, ani ozdoba

Usystematyzujmy. Muzyka sakralna to pojęcie najszersze. Dodajmy, że religia jest pojęciem wtórnym wobec sacrum. „Sto lat”, jako pieśń odnosząca się do pierwotnego sacrum – narodzin i śmierci – w ścisłym sensie jest śpiewem sakralnym. Zwyczajowo używamy jednak tego określenia w religijnym kontekście, jako zamiennika dla pojęcia muzyki kościelnej.

Muzyka religijna to każda muzyka zawierająca treści religijne, zatem także muzyka o rodowodzie rozrywkowym. Zjawiskiem nieco węższym jest muzyka kościelna, czyli ta odpowiednia do wykonywania w kościele. Tutaj zmysł sacrum podpowie nam, że chrześcijański rock bądź jazz w kościele pojawia się gościnnie. Tej muzyki – skądinąd często na bardzo dobrym poziomie – nie nazwiemy „muzyką kościelną”, ponieważ w treści muzycznej jest ona obca konkretnej przestrzeni sakralnej. Nie oznacza to oczywiście, że jest niedobra czy że nie można za jej pomocą głosić Dobrej Nowiny. Po prostu jej właściwości i funkcje są inne.

W ocenie właściwości utworu treść muzyczna zawsze ma pierwszeństwo przed treścią werbalną. Muzyka rozrywkowa o pobożnym tekście będzie odczuwalnie mniej sakralna od muzyki wzniosłej o tekście niepobożnym (żadna z nich nie jest muzyką kościelną). Koronnym przykładem wzniosłej muzyki o świeckim, a miejscami frywolnym tekście jest kantata „Carmina Burana” Carla Orffa. Dlaczego muzyka ma pierwszeństwo? Dzieje się tak ze względu na uniwersalność przekazu muzycznego i ograniczoność przekazu tekstowego (słowa bywają niezrozumiałe, czasem muzyka je przysłania, występuje bariera językowa, muzykę można śledzić z różnych perspektyw). Można podać wiele przykładów muzyki o pobożnym tekście i estradowo-biesiadnej treści muzycznej („Zbawienie przyszło przez krzyż”, „Barka”, „Czarna Madonna”). Te piosenki pouczają, wzruszają, ale nie mają nic wspólnego z liturgią. Zdarza się, że w podobnym duchu śpiewane są części stałe mszy, wprowadza się także dodatkowe elementy (piosenka „Podaj rękę swemu bratu” śpiewana podczas przekazywania znaku pokoju jest skrajnym, choć wziętym z życia przykładem). O żadnej misteryjności nie może być tutaj mowy.

Pojęciem najwęższym jest „muzyka liturgiczna”. To muzyka sakralna, religijna, kościelna, a przede wszystkim służebna wobec liturgii. Nie jest ani oprawą, ani podkładem, ani też zewnętrznym elementem ozdobnym.

Tradycja muzyczna całego Kościoła stanowi skarbiec nieocenionej wartości, wybijający się ponad inne sztuki, przede wszystkim przez to, że śpiew kościelny związany ze słowami jest nieodzowną oraz integralną częścią uroczystej liturgii (Vaticanum II, „Sacrosanctum concilium”, rozdział VI, 112).

ilust. Kuba Mazurkiewicz

ilust. Kuba Mazurkiewicz

 

Pytanie o wiarę

Pytając o muzykę liturgiczną, w rzeczywistości pytamy o stosunek do Kościoła. Jeśli Kościół jest tylko instytucją pożytku publicznego z rozbudowaną obrzędowością, miejscem świadczenia usług religijnych, tradycyjnym elementem kultury narodowej – wówczas muzyka również powinna być traktowana uznaniowo; odpowiadać przede wszystkim na potrzeby narracji: dobrego samopoczucia, wywoływania emocji, patriotycznych wzruszeń. Czy jednak nie jest wtedy zwykłym narzędziem manipulacji? Jeżeli Kościół odnosi się przede wszystkim do Boga, a my widzimy różnicę między liturgią (kultem) a pobożnościowym przedstawieniem, to czy muzyka nie powinna należeć do sfery sacrum bez żadnych wątpliwości?

Ma być święta: nie może zawierać ani w swej treści, ani w sposobie jej wykonania nic światowego (Pius XII, „Musicae sacrae disciplina”, III).

To pytanie o wiarę Kościoła i – znów – o sacrum. Człowiek o przeciętnej świadomości muzycznej (i nieco wyższej świadomości religijnej) dzięki pierwotnej wrażliwości sakralnej jest w stanie ocenić liturgiczność danej muzyki, ale tylko wtedy, gdy nie jest pod presją sytuacji i innych osób, czyli kiedy nie stawia w centrum doraźnych potrzeb (o co dziś trudno). Sam tekst nie może być usprawiedliwieniem dla wprowadzania do liturgii muzyki właściwej przy ognisku, w klubie czy na koncercie. Takie działania są budowaniem nieautentyczności. Równie dobrze można by przekupywać wiernych cukierkami. Tylko po co?

Zmysł sacrum

Pierwotna wrażliwość sakralna pozornie jest dziś zagłuszona. Wyobraźmy sobie, że na pogrzebie (śmierć – sytuacja pierwotnie sakralna) ktoś zaśpiewałby: „Niech mu gwiazdka pomyślności”… Tekst nie jest sprzeczny z sytuacją, a jednak najpewniej zostałby odczytany jako wybryk – przekroczenie sacrum. Zasłyszany lżejszy przykład: nie sposób wyobrazić sobie, żeby na urodzinach nobliwego stryja nie zaśpiewać, a wyrecytować „Sto lat”. Nawet jeśli recytacja byłaby bardzo kunsztowna, mogłaby odnieść odwrotny skutek (także dlatego, że mowa jest czymś powszednim, a śpiew – uroczystym). Rocznica urodzin odnosi się znów do pierwotnego sacrum – narodzin właśnie. Te przykłady dowodzą, że odpowiedniość związana z sacrum nie zależy od arbitralnych decyzji. Zresztą nie dotyczy to tylko sacrum. Pieśni Chopina w pubie także przekraczają wypracowany w naszej kulturze kanon, w tym przypadku związany z profanum. Ktoś powie, że konwencje się zmieniają – owszem, ale skoro nieodpowiedniość pieśni Chopina w pubie nie jest kwestią czyjejś decyzji, musi wynikać z czegoś innego.

Kluczem tutaj są właściwości danej muzyki i związane z nimi funkcje. Po prostu: pieśni te nie posiadają właściwości ambientowo-transowych, zatem nie są odpowiednie w klubie, który takiej muzyki ze swej istoty wymaga. Nie chodzi tu bynajmniej o apoteozę konwencji, idzie o rzeczywisty efekt, nad którym – niezależnie od przywiązania do tradycji – nie panujemy: nobliwy stryj może się obrazić, a pub – w bardzo szybkim tempie opustoszeć. Posłuchajmy w tym kontekście przestrogi Platona, który w „Prawach” ustami Ateńczyka wypowiada takie oto słowa: „Muzyka była podzielona u nas na różne rodzaje i style […]. Z czasem poeci pierwsi wyłamywać się zaczęli spod praw obowiązujących w muzyce […]. Porwani jakby szałem, w swej nieprzytomnej pogoni za uciechą mieszali treny z hymnami, peany z dytyrambami […] i gdy tak łączyli wszystko ze wszystkim, stwarzali przez tę swoją głupotę bodaj bezwiednie fałszywy pogląd, że nie ma w muzyce niczego, co by rozstrzygało istotnie o jej wartości, lecz że najsłuszniej jest oceniać ją na podstawie przyjemności, jaką sprawia słuchaczom, niezależnie od stopnia ich kultury. […] Ale nie skończyło się na muzyce. Z tych poglądów wzięło u nas początek urojenie, że wszyscy znają się na wszystkim, i łamanie wszelkich praw, a w ślad za tym idzie swawola. […] Gdy ludzie daleko zajdą na tej drodze, usiłują wyłamywać się spod praw, a gdy są przy jej końcu, nie zważają na swe przysięgi i zobowiązania i bogów w ogóle mają już za nic”. Idąc za Platonem, w rozważaniach dotyczących muzyki warto spojrzeć na szerszy kontekst kulturowy. Przede wszystkim jednak niezbędne jest określenie obiektywnych właściwości, które decydują o funkcji.

Lud Boży zebrany na celebracji śpiewa chwałę Bogu […]. Naprawdę w liturgii nie możemy powiedzieć, że jeden śpiew jest równy innemu. Należy przy tym unikać ogólnej improwizacji lub wprowadzania takich gatunków muzycznych, które nie szanują zmysłu liturgii. Śpiew, jako element liturgiczny, winien być włączony we właściwą formę celebracji. W konsekwencji wszystko – tekst śpiewu, melodia i wykonanie – powinno odpowiadać znaczeniu celebrowanej tajemnicy (Benedykt XVI, „Sacramentum caritatis”, punkt 42).

ilust. Kuba Mazurkiewicz

ilust. Kuba Mazurkiewicz

 

Nie z tego świata

Kościół z założenia działa i powinien działać wbrew logice światowej. Widać jednak, że wiele problemów właśnie z tej logiki wynika. Grzmiące z ambon statystyki uczestnictwa we mszach, choć interesujące socjologicznie, religijnie są bez znaczenia. Nie mogą przecież w żaden sposób wpływać na wiarę i liturgię, chociaż powinny na duszpasterstwo. To trzeba wyraźnie podkreślić, ponieważ muzykę liturgiczną najczęściej niszczy się i „zaśmieca”, tłumacząc się właśnie względami duszpasterskimi. Nie chodzi o to, żeby deprecjonować rolę duszpasterstwa. Ważne, żeby pamiętać, że duszpasterstwo ma wynikać z wiary i kultu, a nie wiarę i kult (liturgię) sobie podporządkowywać, w istocie stawiając się ponad religią.

Wątek przyciągania młodzieży w dyskusji o muzyce w liturgii podnoszony jest niezmiennie od niemal pół wieku. Nawet jeśli uznamy, że efekt duszpasterski jest nadrzędnym celem, to czy młodzież można w ogóle tak po prostu przyciągnąć czymś do Kościoła, zwłaszcza zaś tymi samymi środkami co kilkadziesiąt lat temu? Przez ten czas świat uległ zasadniczym przemianom. Dawniej Polacy szczelnie wypełniali kościoły także z pobudek patriotycznych i antysystemowych. Dziś liczba uczestniczących w liturgii spadła. Nie ma w tym niczego nadzwyczajnego. Jednak w wielu aktywistach Kościoła tamtej doby, przyzwyczajonych do spektakularnych religijno-patriotycznych zgromadzeń, pojawiło się poczucie pustki.

Duszpasterze zdają się nie zauważać, że dziś rozmawiają już z inną młodzieżą. Wiele razy nadużycia liturgiczne wynikają ze złych przyzwyczajeń wyniesionych z tamtego specyficznego czasu i niemal magicznego wyobrażenia, że jeśli „zrobi się wszystko tak samo”, kościoły będą znowu pełne. Ale tak naprawdę czy o to właśnie chodzi? O pełny kościół? Kościół nie jest już oazą wolności w totalitarnym kraju. Trudno dziś wyobrazić sobie, że ktoś przyjdzie na mszę tylko dlatego, że grupa gitarzystów postanowiła zaśpiewać parę piosenek. To już nie jest atrakcja. Tym bardziej, że muzyka, którą aktualnie prezentują na mszach rozmaite grupy, w porównaniu z muzyką popularną wśród młodzieży jest dramatycznie anachroniczna. Gdy tymczasem chorał gregoriański jest zaskakująco świeży i… niezmiennie zgodny z duchem liturgii.

Kościół uznaje śpiew gregoriański za własny śpiew liturgii rzymskiej. Dlatego w liturgii powinien on zajmować pierwsze miejsce wśród innych równorzędnych rodzajów śpiewu (Vaticanum II, „Sacrosantum concilium”, punkt 116).

Od mszy dla dzieci do mszy cichych

Sporo dzisiejszych dwudziesto- czy trzydziestolatków w okresie dzieciństwa zostało skutecznie zniechęconych do „mszy dla dzieci”, a w okresie szkolnym – do „mszy dla młodzieży”. Ze względu na często nachalną aktywizację i pewien nacisk na uczestniczenie właśnie w tych mszach, osiągnięto skutek odwrotny do zamierzonego. Dziecko, które zaczyna rozumieć, że krzyczenie na mszy („– Jadłyście dziś śniadanie? – Tak! – Ale coś słabo was słychać, jak gdybyście nie jadły! – Tak! – A kochacie Pana Jezusa? – TAK!”) nie jest elementem religii (przynajmniej katolickiej), zaczyna się wycofywać. Czuje się nieswojo, nie ma ochoty wychodzić z ławki, wymachiwać rękami ani udawać zwierząt. Czuje, że jest traktowane w jakiś sposób niepoważnie i najzwyczajniej chce z tego wyrosnąć. Niedobrze, kiedy en bloc zaczyna tak myśleć o Kościele. Na etapie szkolnym młody człowiek może trafić na przykład do środowiska muzycznych animatorów, grających piosenki na mszy. Tam, załóżmy, odnajduje swoje miejsce w grupie, a w tego rodzaju aktywności upatruje sensu życia religijnego. Z tych grup wywodzi się duża część dzisiejszego duchowieństwa. Nic dziwnego, że przestrzeganie przepisów dotyczących muzyki liturgicznej stało się w naszych kościołach synonimem rygoryzmu. W innym przypadku taka piosenkowa aktywność liturgiczna straciłaby przecież rację bytu.

Zwykle młodzież nie ma alternatywy w postaci scholi gregoriańskiej lub stricte liturgicznego zespołu w parafii. Dlaczego? „Bo to niepopularne, nikt nie przyjdzie, nie ma potrzeby, bo są animatorzy piosenkowi”… Owszem, nikt nie przyjdzie – bo nie ma takich zespołów. Trzeba pamiętać, że wskazania Kościoła wyrastają z wrażliwości sakralnej (zmysłu sacrum), niepodlegającej doraźnym kaprysom. Wróćmy jednak do młodego katolika. Jeśli nie trafia do zespołu, pozostaje obserwatorem, a podczas szkolnych mszy, rekolekcji lub bierzmowania (sic!) zmuszany jest do uczestnictwa w pokazywaniu, „jak pięknie śpiewa młodzież naszej parafii”, szczególnie w obecności księdza biskupa. Młody człowiek, który ma już pewną wizję świata, bardzo łatwo dostrzega przejawy wszelkiej nieautentyczności, do których należy także upodabnianie się duszpasterzy do młodzieży, celebransów do konferansjerów, a liturgii do spotkań towarzyskich.

Narracja ta kieruje wielu młodych w stronę myślenia: nic mnie to nie obchodzi, ale „wezmę” na wszelki wypadek, bo potem będą robić problemy ze ślubem kościelnym, który – analogicznie – bywa uroczystym przedstawieniem dla mamy lub babci, a przy okazji także i dla kościelnych miłośników statystyk. W muzyce naszych kościołów tę fasadowość widać jak na dłoni! Wielu mówi sobie „dość” i albo odchodzi na stałe, albo chce być w Kościele „inaczej”. Coraz popularniejszy jest tak zwany churching, przez wielu krytykowany, ale mimo wszystko będący przejawem świadomości religijnej. Potrzebna jest refleksja nad tym, czy zawsze trzeba identyfikować się ze wspólnotą administracyjną. Wydaje się logiczne, że każdy ma prawo wybrać kościół, w którym nie ma liturgicznych nadużyć, liturgia jest harmonijna i nie jest się zachęcanym do słuchania określonej rozgłośni.

Warto też może w tym kontekście wspomnieć o coraz popularniejszych mszach cichych, bez kazania lub z kazaniem bardzo krótkim. Wysoka frekwencja podczas mszy cichych, „niezagadywanych”, nie zawsze wynika z chęci uczestniczenia w jak najkrótszej mszy. Może to raczej odrzucenie niepotrzebnego balastu? Współczesny człowiek chętnie zagłusza myśli, odrzuca refleksje, celebruje konsumpcję. Jeśli jednak trafia do kościoła, to czy powinien zobaczyć pośpiech, rutynę, muzyczną „taniochę”, nieautentyczność? W muzyce wszystko skupia się jak w soczewce. Czy naprawdę potrzebne nam udawane profanum w miejscu sacrum?

 

Kamil Staszowski – jest absolwentem Wydziału Dyrygentury, Kompozycji i Teorii Muzyki, kompozytorem, pianistą i organistą.

 

  • Jannaj

    Bardzo to wszystko ciekawe, ale strasznie pomieszane – jako czytelnik upraszam o jaśniejsze i zwięźlejsze wyrażanie myśli!
    Autorowi dziękuję za garść trafnych uwag i temat do przemyśleń.
    Dla mnie – przyznam – w takim samy, stopniu co infantylne “gitarzenie” na Mszy, przeszkadza oprawa organistów-amatorów. Ci mają tendencję do grania pieśni powyciąganych z najgłębszych czeluści szuflad kościelnego repertuaru, w których smętne pajęczyny archaicznej polszczyzny mieszają się z kurzem koszmarnych rymów. Staram się traktować jedno i drugie jako lekcje pokory i modlić w skupieniu, ale miłe byłyby zmiany w kierunku jakiejś muzycznej zmiany w kościołach.

    • Andrzejek

      ,,w których smętne pajęczyny archaicznej polszczyzny mieszają się z kurzem koszmarnych rymów.” Całkowicie się nie zgadzam, zważywszy, na fakt, że w okresie, kiedy owe pieśni powstały, poziom muzyczny był znacznie wyższy. BA!! Właśnie pieśni, z archaicznym językiem, są rzadko, jeśli w ogóle nie, śpiewane. Organiści amatorzy, właśnie takich się wystrzegają, bo się zwyczajnie boją.

  • Rafał

    Bardzo trafny artykuł. Niestety ta liturgiczna zaraza rozrasta się z parafii na parafię. Tworzą się przez to różne dziwne grupy który pod pozorem uwielbienia robią ostentacyjne tańce w Kościele. A co jest w tym wszystkim najgorsze? Kościół jest pełen.

  • Ola

    doskonały i fachowy artykuł – dziękuję!

  • o

    Beznadzieja. Również tego artykułu. Głównie z tego powodu, że zabrakło przykładu pozytywnego. Można zadedykować fraszkę: ” Krytyk i eunuch z jednej są parafii/ każdy z nich wie jak – żaden nie potrafi.” Bądź inną “Przykład do skrytykowania i dziurę w d… znajdzie każdy”. A zatem proszę o przykład pozytywny śpiewów liturgicznych którymi się zachwycasz – wyśmieję je bezlitośnie! :)