dwutygodnik internetowy
16.07.2018
magazyn papierowy


Kup
egzemplarz
Magazynu
kontakt
z tym
artykułem

Moja bajka jest prawdziwa

Za każdym razem, kiedy odżegnujemy się od przyznania własnego przywileju, kiedy uznajemy go za normę, kiedy zaczynamy mówić tak, jakby nasza pozycja była wyłącznie naszą własną zasługą, tak – wtedy nasze życie powoli przestaje być prawdziwe, a zamienia się w fantazję.

ilustr.: Anna Gwiazda

ilustr.: Anna Imianowska

Post Elizy Michalik zaczyna się intrygująco – nie mówcie mi, że moje życie nie jest prawdziwe; że skoro mieszkam w Warszawie i stać mnie na fryzjera, to nie znam prawdziwego życia; że jedyną prawdą jest ubóstwo, uzależnienie, trudna sytuacja, a jak ktoś ma łatwo, to nic nie rozumie. Przecież każde życie jest prawdziwe, niezależenie od tego, kim się jest!

Pełna zgoda! Każdy człowiek ma godność i prawo do elementarnego szacunku – nie można powątpiewać w status ontologiczny czyjegoś życia (chyba że mamy do czynienia z sytuacją w cyberprzestrzeni, a czytam ten post na Facebooku, więc skądinąd zasadne byłoby pytanie, czy Eliza Michalik faktycznie istnieje… – ale to oczywiście na żartobliwym marginesie), a zarazem wartościować go tylko przez to, że jest inne niż nasze. Mądre słowa.

Akapit niżej czytam jednak o „wydumanej pogardzie elit dla prostych ludzi”, której autorka nie widzi, bo zna „wielu ludzi z «elit» którzy działają społecznie, pomagają biedniejszym od siebie, takim, których spotkało nieszczęście, choroba, czy wreszcie tym, co dostali od losu na starcie mniej szans” (pisownia tu i w dalszych cytatach oryginalna) i jednocześnie zna „wielu mieszkańców owych wsi i małych miasteczek, którzy mają wszystko w nosie, biorą zasiłki , bo im się nie chce, oddają się piciu na umór lub zaleganiu całymi dniami przed głupimi serialami”.

Tak, serio-serio, na poparcie swojej tezy o nieistniejącej pogardzie „elit” dla „prostych ludzi” Eliza Michalik zestawia dwa przykłady: liczną grupę swoich altruistycznych znajomych z wyższych sfer oraz znanych jej nierobów, pijaków i odmóżdżających się przez telewizorem przedstawicieli „prostych ludzi”. Ktoś mówił o nieistniejącej pogardzie?

Oczywiście, zaraz paść mogą argumenty o czytaniu ze zrozumieniem, bo przecież dziennikarka nie mówi, że w tych dwóch grupach są SAME takie osoby (później pisze nawet o „zadowolonych z życia, mądrych dobrych ludzi[ach] ze wsi i małych miasteczek”), a podaje jedynie takie ot przykłady. Fakt – ale samo zestawienie takich dwóch przykładów jest już tendencyjne, tworzy generalizację, jest zabiegiem erystycznym, z którego zresztą za chwilę korzysta autorka. I tu właśnie zaczyna się Nieprawdziwe Życie Elizy Michalik i Spółki.

Kolejny akapit brzmi bowiem: „I nikt mi nie będzie mówił, że to ich życie jest prawdziwe, a nie moje, nasze. Bo to jest dopiero chamstwo, to jest dopiero pogarda!”. A więc teraz „oni”, wcześniej zróżnicowana grupa społeczna, po prostu „prości ludzie” (chociaż niejasne jest, co to właściwie znaczy, ale zakładam, że ludzie bez wyższego wykształcenia, mieszkający w mniejszych miejscowościach i wsiach?), zamieniają się mimochodem w tych leżących brzuchem do góry, chlejących na umór i oglądających głupie seriale (bo, jak wiadomo, warszawscy dziennikarze oglądają tylko seriale mądre – to znów na marginesie). Spróbujmy więc nadążyć za wywodem: każde życie jest prawdziwe, ale jeśli ktoś oglądający głupie seriale miałby mieć prawdziwsze życie ode mnie, to to jest DOPIERO POGARDA. Hm.

Idźmy dalej, bo tu robi się naprawdę ciekawie. Eliza Michalik pisze: „To nie elita [już bez cudzysłowu! sic!] gardzi zwykłym człowiekiem, ale zwykły człowiek gardzi elitą, nie szanuje jej, mówiąc «Ty nie znasz prawdziwego życia»”. Ha! Czyli jednak pojawia się podział na tych „zwykłych” i na „niezwykłych” („elitę”). Za nim nie idzie jednak przyznanie przez Elizę Michalik, że znajduje się w grupie „niezwykłej”, czyli odbiegającej od NORMY – inaczej: uprzywilejowanej, mniejszościowej.

Zamiast tego pada pytanie: „Bo ja jestem utkana z innej materii, taka nieprawdziwa,a oni – o… oni to innego, znają prawdziwe życie?”. Otóż tak, większość z nas (bo sama się do tej grupy zaliczam) jest utkana z NIEZWYKŁEJ substancji zwanej PRZYWILEJEM. Takie tam XXI-wieczne supermoce: może wychowanie w dużym mieście, raczej wykształceni rodzice, pewnie pieniądze na edukację i rozwijanie swoich zainteresowań, najprawdopodobniej niemartwienie się o dach nad głową i jedzenie w brzuchu. Ale jasne: „każde życie ocenia się po tym, co ktoś z nim zrobił”.

Oczywiście, możemy mówić o dyskryminacji i powtarzać, że biedniejsi nas nie lubią, bo nam zazdroszczą, bo sami wolą brać zasiłki, bo nic im się nie chce. Tylko że nie żyjemy w świecie Iniemamocnych, w którym superbohaterowie wyjęci zostali spod prawa. Nie – to my to prawo budujemy, egzekwujemy, to my o nim mówimy i to do obrony tego właśnie prawa nie kwapią się osoby przez lata przez polski system zaniedbywane. Ale zamiast zastanowić się nad tym, jak można nierówności niwelować (bo – z całym szacunkiem – wsparcie tych licznych znajomych pani Elizy najwyraźniej nie wystarcza), my wolimy tupnąć nóżką, że „oni nas nie lubią”, a potem przenieść się do swojej piaskownicy, czy raczej baseniku wypełnionego zapewne smoothie z awokado.

Istotna jest tu także neoliberalna narracja o byciu kowalem swojego losu, która wybrzmiewa w wielu fragmentach wpisu Elizy Michalik. „Wszędzie na świecie szanuje się ludzi, którzy wbrew niesprzyjającym okolicznościom wyszli z biedy, nałogów, upadku, wyrośli ponad marne, biedne czy po prostu małe środowisko […]. W Polsce hołubi się nędzę materialną, duchową i intelektualną, a zdolnych, mądrych, bogatych się karze i nimi pogardza, mówiąc, że ich życie to jakiś żart, że nie jest prawdziwe”.

Znowu fałszywa opozycja. Owszem, zgadzamy się przecież: szanujmy tych, którym udało się pokonać przeciwności losu! Tylko pamiętajmy o tym, że ci „zdolni, mądrzy i bogaci” to najczęściej wcale nie oni, a osoby, które po prostu miały szczęście – odpowiednie urodzenie, wychowanie, fart, znajomości, często również ciężka praca, ale rzadko ona sama. Dlatego nie gardźmy tymi, którzy tego sukcesu „wbrew przeciwnościom losu” nie osiągnęli, bo niestety w PRAWDZIWYM ŻYCIU częściej się to nie udaje, choćbyśmy wypruwali sobie żyły. Ale przecież Eliza Michalik nie będzie „korzyć się przed panią czy panem bezrobotnymi, czy jakimikolwiek innymi. Bo co? Bo ich życie, za które oni są odpowiedzialni, to moja wina?”. Tak, w neoliberalnym śnie każdy jest odpowiedzialny wyłącznie za swoje życie, a uprzywilejowanie nielicznych w żaden sposób nie wpływa na uwięzienie w biedzie, nałogu czy bezrobociu innych. Ale wiara w mrzonkę pod tytułem „od pucybuta do milionera” najwyraźniej nie jest dla Elizy Michalik oznaką życia w fałszu. Jej bajka jest prawdziwa!

Także jestem przeciwna wprowadzaniu do debaty nad nierównościami kategorii prawdy, bo każde życie jest zapewne tak samo prawdziwe – wydarza się i przebiega częściowo pod wpływem działań jednostki, a częściowo nie. Też denerwuje mnie, kiedy ktoś mi mówi, że „nie znam życia”, bo nigdy nie musiałam robić tego czy tamtego – przecież żyjąc, muszę znać życie, prawda?

Tak, nasze życie jest prawdziwe, dokładnie tak samo jak tysięcy osób, które nie mają w domach łazienki, czy osób bezdomnych, dla których brakuje w Warszawie miejsc w ośrodkach. To nie nasza sytuacja życiowa czyni nasze życie prawdziwym.

A jednak za każdym razem, kiedy odżegnujemy się od przyznania własnego przywileju, kiedy uznajemy go za normę, kiedy zaczynamy mówić tak, jakby nasza uprzywilejowana pozycja była wyłącznie naszą własną zasługą, tak – wtedy nasze życie powoli przestaje być prawdziwe, a zamienia się w fantazję, w której warszawscy latee-pijcy stanowią reprezentatywną (ba: uciskaną!) grupę społeczną.

Zatem – złe wieści. To sama Eliza Michalik zamyka się w matrixie, od którego tak bardzo chce uciec.

***
Tekst jest komentarzem do wpisu Elizy Michalik