dwutygodnik internetowy
12.11.2012
magazyn papierowy


Kup
egzemplarz
Magazynu
kontakt
z tym
artykułem

“Mistrz” i jego uczeń

„Mistrz” to nie jest prosta, pokazana tylko z jednej strony opowieść o sekcie. Oczywiście, doskonale wiemy, że wszystko, co wygaduje Lancaster Dodd, jest wymysłem jego wyobraźni, dzięki czemu zyskuje kontrolę nad swoimi podopiecznymi, w czym wielką rolę odgrywa także jego niewątpliwa charyzma.

Paul Thomas Anderson to jeden z moich ulubionych reżyserów. Dlatego, gdy dowiedziałem się, że po pięciu latach przerwy nakręcił kolejny film, z niecierpliwością czekałem na moment, kiedy zasiądę w kinowym fotelu, by znowu przekonać się, że w dzisiejszych czasach wciąż możliwe jest wielkie kino.

 

Jest to historia Freddiego Quella (Joaquin Phoenix), który po powrocie z wojny nie może się odnaleźć: ma zszarganą psychikę i w żadnej z kolejnych prac nie umie dłużej wytrwać. Przez przypadek spotyka na swej drodze Lancastera Dodda (Philip Seymour Hoffman), guru sekty religijnej, w której Freddie początkowo znajduje ukojenie i cel życia. W tym miejscu można wspomnieć, że postać Dodda jest luźno inspirowana osobą L. Rona Hubbarda, który założył kościół scjentologiczny. Podobno scjentologom film się mocno nie spodobał.

 

Wielką zaletą filmów Andersona zawsze było to, że żadnych odpowiedzi nie daje na tacy. Jego filmy zawsze trzeba oglądać w pełnym skupieniu i jeszcze długo po projekcji widz zastanawia się nad tym, co zobaczył. Tak jest i tym razem. „Mistrz” to nie jest prosta, pokazana tylko z jednej strony opowieść o sekcie. Oczywiście, doskonale wiemy, że wszystko, co wygaduje Lancaster Dodd, jest wymysłem jego wyobraźni, dzięki czemu zyskuje kontrolę nad swoimi podopiecznymi, w czym wielką rolę odgrywa także jego niewątpliwa charyzma. Z drugiej strony, Freddiemu po wojnie nikt nie zaproponował żadnej pomocy, co Anderson pokazuje w kilku scenach, między innymi komicznej (w moim odczuciu) rozmowie z psychologiem stosującym test Rorschacha. Społeczność, do której trafia Freddie, staje się jego nową rodziną – znajduje w niej poczucie bezpieczeństwa, akceptacji i coś, w co wierzy oraz za co jest gotów walczyć. Ciężko mieć do niego pretensje, że dał się omamić wizjom Dodda – będąc zagubionym i pozbawionym innych możliwości, chwycił się tego, co było łatwe. Nie on jeden zresztą. Wystarczy posłuchać syna Dodda, który doskonale zdaje sobie sprawę z tego, że jego ojciec tworzy kolejne „prawdy” na poczekaniu, co nie przeszkadza brać mu w tym udziału – ma w końcu zapewnione dostatnie życie.

 

Najważniejsi dla historii są oczywiście dwaj główni bohaterowie. Freddie w ciągu całego filmu przechodzi przemianę, jego psychika ewoluuje. Ciężko nie czuć do niego sympatii, połączonej ze współczuciem. Tym bardziej, że w końcu Freddie zrozumie, że jego miejsce jest gdzie indziej. Symboliczna jest scena na pustyni, kiedy Dodd robi zawody – kto szybciej dojedzie do wybranego przez siebie punktu, wygrywa. Ciężko nie zrozumieć tej scenerii jako metafory poglądów Dodda, które są równie puste i miałkie, zaś Freddie ostatecznie z tej pustyni ucieka i zostawia mistrza za sobą. Lancaster Dodd też nie jest postacią jednoznaczną. Z jednej strony tworzy kolejne idee, w które zresztą sam zdaje się wierzyć, a gdy ktoś próbuje z nim dyskutować, czy to spoza Sprawy (jak nazywa się jego organizacja), czy też członkini tejże, reaguje gniewem i oburzeniem (nieprzypadkowo najlepiej funkcjonuje mu się podczas rejsów łodzią, gdzie nikt mu nie przeszkadza. Woda zresztą symbolizuje też jego myśli, które ciągle płyną, zmieniają się i nie do końca wiadomo dokąd zmierzają). Z drugiej strony dba o rodzinę i swoich podopiecznych najlepiej jak umie i mimo wszystko rzeczywiście stara się pomagać innym ludziom. Warto przyjrzeć się dokładnie relacji między Freddiem i Lancasterem. Jest w niej trochę i ze stosunków mistrz-uczeń i ojciec-syn, jak również ma ona charakter przyjacielski, a kto wie, czy nie dałoby się doszukać minimalnego podtekstu homoseksualnego (ale to już zostawiam do oceny widzom).

 

Również zakończenie filmu nie jest jednoznaczne. Freddie, któremu udało się wyzwolić spod władzy Lancastera, chociaż wydaje się w końcu rozumieć, że stracił spory kawałek życia i przegapił swoje szanse (jak potencjalną miłość i związek z przyjaciółką z dzieciństwa), to jednak próbuje stosować metody mistrza na innych ludziach. Wygląda, że nie do końca znalazł sens i ukojenie w życiu.

 

Chociaż tyle o nim piszę, scenariusz nie jest jedyną mocną stroną filmu Andersona. Podkreślić trzeba, że jest on znakomicie zagrany. Zarówno Hoffman, jak Phoenix są rewelacyjni i myślę, że mają w kieszeni co najmniej nominacje do wszelkich możliwych nagród. Także dzięki ich wspaniałym kreacjom film można interpretować na wiele sposobów. Amy Adams, w roli żony Lancastera też zresztą świetnie sobie radzi. Warto przyjrzeć się jej postaci i wpływowi, jaki ma na swojego męża. „Mistrz” jest także świetnie zrobiony pod względem warsztatowym. Reżyseria, zdjęcia, montaż, muzyka – wszystko stoi na najwyższym poziomie.

 

Po pięciu latach przerwy Paul Thomas Anderson wrócił w wielkim stylu. „Mistrz” udowadnia, że w dzisiejszych czasach wciąż można robić wielkie kino, które zmusi widza do myślenia. Dlatego z czystym sumieniem polecam wszystkim wycieczkę do kina i zapraszam do ewentualnej dyskusji.

 

Przeczytaj inne teksty tego Autora.