dwutygodnik internetowy
3.12.2018
magazyn papierowy


Kup
egzemplarz
Magazynu
kontakt
z tym
artykułem

Między końcem miesiąca a końcem świata: Rewolucja?

„Żółte kamizelki” na ulicach, rondach i placach, w chmurach gazu łzawiącego, który unosi się co sobotę nad francuskimi miastami, krzyczą o społeczną sprawiedliwość. Przenikające do mediów obrazy przemocy fizycznej są lustrzanym odbiciem zinstytucjonalizowanej, systemowej przemocy, którą debata publiczna zbyt długo ignorowała.

ilustr.: Hubert Walczyński

ilustr.: Hubert Walczyński

Przez długi czas zarówno francuskie, jak i zagraniczne media starały się przedstawić mobilizację „żółtych kamizelek” (les gilets jaunes) jako ruch antyekologiczny lub antyfiskalny, następnie jako ruch o tendencjach nacjonalistycznych i rasistowskich, w końcu jako anarchistyczny i skłonny do bezrefleksyjnej przemocy. Szukając kolejnych etykietek delegitymizujących masowe protesty, okazaliśmy się ślepi na ich prawdziwy, socjalny charakter. Nie mając oficjalnych reprezentantów, listy żądań ani programu, ruch protestu zrzesza dziś wyborców wszystkich partii politycznych: od lewicowej La France Insoumise, przez skruszonych wyborców Macrona, po Zgromadzenie Narodowe (dawny Front Narodowy) oraz tych, którzy nigdy w życiu nie głosowali. „Żółte kamizelki” to prawdopodobnie najszerszy i najbardziej społecznie zróżnicowany front kontestacyjny w historii Piątej Republiki. Każdy obserwator znajdzie tam więc to, co zechce znaleźć, z antyekologią, antyfiskalizmem i rasizmem włącznie, jeżeli tylko będzie szukać wystarczająco dokładnie. Nie da się jednak w tych szufladkach zamknąć zwyczajnego społecznego gniewu, a właśnie on łączy dziś protestujących w całej Francji. Oczywiście, można nazwać ich wszystkich radykałami, ale trzeba wówczas uznać, że „radykalne” są trzy czwarte społeczeństwa francuskiego (bo taka część zgodnie z badaniami popiera protesty). Na ulicach, rondach i placach, w chmurach gazu łzawiącego, który unosi się co sobotę nad francuskimi miastami, „żółte kamizelki” krzyczą o społeczną sprawiedliwość.

Społeczeństwo w temperaturze wrzenia

Każdy ruch musi się od czegoś zacząć. Ten, niezbyt zresztą oryginalnie, zaczął się od podatku. Planowana od stycznia 2019 roku podwyżka cen oleju napędowego (o 5%) i benzyny (o 3%) miała być ceną, którą społeczeństwo musi zapłacić za transformację ekologiczną. Zapowiedź ta wywołała falę kontestacji ze strony Francuzów, którzy na co dzień korzystają z samochodów, by dojechać do pracy, lub jak ujął to rzecznik rządu i jeden z założycieli La Republique en Marche, Benjamin Griveaux: „facetów palących szlugi i jeżdżących na dieslu”. Łatwo więc było zdyskredytować manifestujących jako antyekologicznych, a ich rewindykacje określić jako antyfiskalne, co zresztą świetnie wpisałoby się w strategię neoliberalnego rządu. Od początku jesieni, kiedy protesty zaczęły nabierać niebagatelnych rozmiarów, wiele się jednak zmieniło. W ciągu ostatniego miesiąca na ulice wyszło niemal trzysta tysięcy Francuzów w dużych i mniejszych miastach, a przede wszystkim na pozostającej dotychczas na obrzeżach polityki „prowincji”. Włożyli „żółte kamizelki”, postawili barykady na rondach, zablokowali stacje benzynowe i bramki na autostradach, niekiedy dostawy do większych hipermarketów. Ale blokada nie należy do najbardziej dynamicznych form masowego sprzeciwu. Po kilku godzinach skandowania haseł i rozłożeniu namiotów usiedli, ktoś przyniósł croissanty, ktoś zrobił kawę i zaczęli rozmawiać. W tym momencie skończyła się antyfiskalna historia ruchu.

Okazało się, że odczuwana coraz silniej z roku na rok prekaryzacja stosunków na rynku pracy, spadek siły nabywczej pieniądza, a czasem po prostu ubóstwo nie są znakami osobistej porażki, lecz doświadczeniem powszechnym. Narracji „końca świata” (czyli zagrożeniu katastrofą ekologiczną, która miałaby uzasadniać podatek na paliwa) przeciwstawiona została narracja „końca miesiąca” zmagających się z ubóstwem setek tysięcy obywateli. Właśnie ten kontekst społeczny zmienił spojrzenie na kontrowersyjny podatek. Dlaczego dotyczyć ma on tylko samochodów, na które skazani są głównie ubodzy zamieszkujący źle skomunikowane z centrum obrzeża dużych miast, a nie samolotów, którymi podróżują bogaci, również odpowiedzialnych za znaczącą część emisji gazów cieplarnianych? I jak uzasadnić wprowadzenie tego podatku na kilka miesięcy po likwidacji podatku solidarnościowego od fortuny? (L’ISF, czyli tak zwany francuski wyjątek w europejskim systemie podatkowym, dotyczył majątków powyżej 1,3 miliona euro. Zgodnie z zapowiedziami wyborczymi Macrona w styczniu 2018 roku zastąpiony został przez podatek od fortuny w nieruchomościach, co znacznie ograniczyło zakres jego płatników).

W taki sposób do żądania zniesienia podwyżki akcyzy dołączyły kolejne: przywrócenia podatku od wielkich fortun, podwyżki płacy minimalnej, odwrotu od reformy liberalizującej kolej (będącej zresztą implementacją europejskiej dyrektywy)nowych linii kolejowych na prowincji, wprowadzenia ordynacji proporcjonalnej, referendum dotyczącego głównych linii polityki społecznej, zwołania „fiskalnych Stanów Generalnych”, a w końcu padło hasło „ani jednego bezdomnego na ulicy!”.

Do wspólnego frontu walki przyłączają się coraz to nowe grupy społeczne, co dodatkowo utrudnia zgodę na jakąkolwiek formę reprezentacji. Odrzucono zarówno postulat wewnętrznych wyborów, jak też oferty partii, które i z prawej, i z lewej strony sceny politycznej robią, co mogą, aby podpiąć się pod ruch protestu. W międzyczasie do „żółtych kamizelek” dołączyli uczniowie okupujący licea w ramach sprzeciwu wobec selekcji na uczelnie wyższe, którą wprowadzono pod koniec zeszłego roku akademickiego; studenci okupujący uniwersytety w odpowiedzi na wprowadzenie dodatkowych opłat za naukę dla obcokrajowców; w końcu rolnicy z postulatami protekcjonistycznymi oraz ekolodzy w ramach organizowanego 8 grudnia wielkiego marszu dla klimatu. Żółte i zielone kamizelki krzyczały wspólnie: „Nie wybierajmy między końcem miesiąca i końcem świata. Zmieńmy system”. Do strajku nawołuje od kilku dni nawet jeden ze związków zawodowych policji. Jedynym postulatem, z którym zgadzają się mniej więcej wszyscy, jest żądanie dymisji Macrona.

Temu ostatniemu umknęła najwidoczniej powyższa lista, gdyż po tygodniach zdecydowanej odmowy najmniejszych ustępstw ogłosił sześciomiesięczne zawieszenie podatku. Zdziwiony, że propozycja ta nie spotkała się ze szczególnym entuzjazmem ze strony protestujących, rząd w końcu podatek wycofał, dorzucając podwyżkę płacy minimalnej o 3%, co dosyć jednomyślnie uznano za reakcję spóźnioną i niewystarczającą.

O co więc tak naprawdę chodzi „żółtym kamizelkom”, skoro jak już wiemy, nie chodzi im o podatek od paliw? Bardziej niż z analizy postulatów (o których realnym poparciu trudno cokolwiek stwierdzić) można się tego dowiedzieć, przyglądając się symbolicznemu repertuarowi manifestacji. W Paryżu po raz pierwszy odbywają się one poza tradycyjnymi trasami wytyczonymi między placem Republiki, Bastylią, Nation, Place d’Italie. „Żółte kamizelki” świetnie zidentyfikowały miejsca, w których zlokalizowana jest władza. Defilują więc od Pałacu Królewskiego, przez Pola Elizejskie, do placu Etoile, za cel obierając sobie symbole władzy państwowej (Łuk Triumfalny), finansowej (Giełda, siedziby banków) oraz kulturowej (luksusowe sklepy ósmej i szesnastej dzielnicy).

Zmienia się też język debaty publicznej. Reprezentant protestujących zaproszony na wieczorną debatę w dużej stacji telewizyjnej, ubrany w „żółtą kamizelkę”, podniesionym głosem zarzuca pogardę klasową ubranej w elegancką garsonkę dziennikarce. Niewyczerpanym źródłem manifestacyjnych sloganów są parafrazy aroganckich faux pas władzy. Tak na przykład w odpowiedzi na słowa „wystarczy, że przejdę przez ulicę, i znajdę ci pracę”, z którymi Macron zwrócił się do młodego bezrobotnego podczas jednego ze spotkań publicznych (nagranie zostało zamieszczone w sieci przez biuro prezydenckie), dziś setki osób skandują: „Macron, przejdź przez ulicę i znajdź sobie inną pracę”. Ostatecznie zdemaskowany został menadżerski język „startup nation”, wypaczający znaczenie niezależności i wolności, którym Macron zwracał się podczas kampanii prezydenckiej do Francuzów. Zrozumiano, że „uelastycznienie” stosunków pracy oznacza ich prekaryzację, zwiększenie konkurencyjności odbywa się kosztem solidarności, a nastawienie na efektywność często wymaga obniżenia standardów bezpieczeństwa socjalnego.

O dwóch rodzajach przemocy

Z głębokich przeobrażeń francuskiego dyskursu politycznego, jakie miały miejsce w ciągu ostatnich tygodni, do mediów przedostają się głównie obrazy zdemolowanych witryn ekskluzywnych butików na Polach Elizejskich, podpalanych drogich samochodów i agresywnych walk „żółtych kamizelek” z policją. Z Pałacu Elizejskiego dochodzą komunikaty o konieczności „neutralizacji elementów skrajnie niebezpiecznych” oraz wieści o radykałach, którzy przyjeżdżają z prowincji do Paryża motywowani „wolą niszczenia i zabijania”. W dniu sobotniej manifestacji na ulice stolicy wyjechały pojazdy pancerne, na dachach pojawili się snajperzy, zamknięto sklepy, muzea, instytucje kulturalne i stacje metra. Markowe butiki oraz banki zabezpieczyły rozbite witryny opancerzeniem. Faktycznie, jeżeli zastanowimy się chwilę nad oficjalnymi danymi rządowymi, trudno nie popaść w zadumę nad skalą zniszczeń. Równocześnie według tych danych 8 grudnia w Paryżu na jednego manifestanta przypadał jeden funkcjonariusz policji lub żandarmerii. Biorąc pod uwagę to, że tylko ci ostatni wyposażeni byli w granaty z gazem łzawiącym i broń, walka nie wydaje się wyrównana. Fakt, że mimo tej dysproporcji doszło do podpaleń, zniszczeń oraz poważnych okaleczeń, rzuca inne światło na kwestię odpowiedzialności za bilans wydarzeń. Nie ulega również wątpliwości, że ukazanie „żółtych kamizelek’ jako wandali zdolnych do nagiej przemocy delegitymizuje cały ruch i sprzyja rządowi.

Bez względu na to, jakiej odpowiedzi udzielimy na pytanie o odpowiedzialność za przemoc, do jakiej doszło podczas manifestacji, oraz jej polityczne zagospodarowanie, nie możemy zanegować jej istnienia. Nawet zachowując wszelką ostrożność, by nie mylić „żółtych kamizelek” z „black blocks”, którzy wykorzystują pretekst masowych protestów do nieuzasadnionych aktów wandalizmu, należy stwierdzić, że również wśród „zwyczajnych” uczestników akceptacja tego, co jeszcze miesiąc temu byłoby uznane za niedopuszczalne, wyraźnie wzrosła. Może więc ważniejsze pytanie, które należy postawić, brzmi: Na co ta przemoc jest odpowiedzią?

Komentując wydarzenia ostatnich tygodni, Frédéric Lordon przeciwstawił przemoc fizyczną, jakiej dopuszczają się dziś niektórzy spośród manifestujących, przemocy socjalnej i symbolicznej, której przez lata byli ofiarami. W kontekście rosnących nierówności społecznych oraz powszechnego szczególnie na prowincji poczucia bycia „przegranymi globalizacji” jest to hipoteza, którą trudno odrzucić. Przekonaliśmy się o tym już przy okazji ostatnich wyborów prezydenckich, które ujawniły podział kraju na głosującą na Macrona Francję bogatych i głosujących na Le Pen „tych, którym się nie powodzi”.

Przemoc ta jest również zwykłą reakcją na działania policji, o czym jako uczestniczka sobotnich wydarzeń miałam okazję się przekonać. Momentami trudno było się oprzeć wrażeniu, że policja prowokuje manifestantów, rozdzielając pochód, blokując ich na skrzyżowaniach i placach, nie pozostawiając żadnej drogi wyjścia i bez wyraźnych powodów używając gazu łzawiącego. Po każdej z demonstracji do sieci przenikają dziesiątki filmów ukazujących nadużycia policji (Ośmiu funkcjonariuszy maltretujących jedną osobę; gazowana w twarz emerytka; nadużywanie toksycznego gazu łzawiącego; pałowanie). Największe kontrowersje wywołało nagranie „pacyfikacji” okupowanej przez licealistów szkoły w Mantes-la-Jolie, na którym policjanci wyśmiewają upokorzonych nastolatków ustawionych w rzędach na klęczkach z rękami na głowie. Jak reaguje na to rząd? Głównie podziękowaniami kierowanymi do funkcjonariuszy za wyjątkowe starania w utrzymaniu porządku. Minister spraw wewnętrznych, Christophe Castaner, przed ostatnią mobilizacją zalecił policjantom i żandarmom bycie „bardziej aktywnymi” i „szukanie bezpośredniego kontaktu” z osobami, które mogą sprawiać zagrożenie pośród „żółtych kamizelek”.

Po manifestacjach 1 grudnia rząd ogłosił, że w związku z mobilizacją „żółtych kamizelek” rozważa ustanowienie stanu wyjątkowego. Mogłoby się to wydawać rozwiązaniem radykalnym, gdyby nie fakt, że stan wyjątkowy ostatnią reformą prezydenta został niejako wpisany do prawa powszechnego. Kontrole, obecność uzbrojonego wojska na ulicach, a także ograniczenie swobód obywatelskich od roku 2015 są dla Francuzów chlebem powszednim. Francja stała się krajem policyjnym, w którym wszechobecność uzbrojonych sił porządkowych została wpisana w codzienność. Fakt, że paryżanie zobowiązani są niekiedy czekać czterdzieści minut, by przejść kontrolę bezpieczeństwa przy wejściu do publicznej biblioteki, nie może pozostać bez wpływu na ich stosunek do kontrolujących oraz państwa. Być może mamy do czynienia z przełamaniem się dyskursu bezpieczeństwa, z buntem przeciw wszechobecnej kontroli, właśnie poprzez powrót do przemocy fizycznej, obnażającej tę drugą, zinstytucjonalizowaną, systemową przemoc codzienności.

Rewolucyjny rewanż

Trudno nie uśmiechnąć się na myśl, że książkowy manifest wyborczy napisany dwa lata temu przez Emmanuela Macrona nosi właśnie tytuł „Rewolucja”. Mogło się wtedy wydawać, że użycie tego słowa przez konserwatywnego i prawicowego polityka jest kolejnym przykładem zawłaszczenia i wypaczenia terminów potencjalnie emancypacyjnych przez dyskurs neoliberalny. Dzisiaj tytuł ten wydaje się proroczy.

Francuzi są niewątpliwie najbardziej upolitycznionym społeczeństwem w Europie. Wygląda na to, że wzięli sobie hasło swojego prezydenta do serca.

***

Polecamy także:

A wybory przegrywa Francja

Na lewo we Francji. Ale jak?

Cień Marca, mit Maja – 50 lat później