dwutygodnik internetowy
12.08.2013
magazyn papierowy


Kup
egzemplarz
Magazynu
kontakt
z tym
artykułem

Miasto w rozsypce

W 2008 roku w aktywności okołokawiarnianej chodziło o coś więcej niż tylko o przyciągnięcie jak największej liczby klientów. Dziś po raz pierwszy słyszę, jak pada w tych miejscach słowo „konkurencja”. Kiedyś tego nie było.   Stało się. Ruchy miejskie i miejski aktywizm zostały dostrzeżone przez media i skatalogowano je jako jeden z polskich fenomenów społecznych […]

Ilustr.: Antek Sieczkowski

W 2008 roku w aktywności okołokawiarnianej chodziło o coś więcej niż tylko o przyciągnięcie jak największej liczby klientów. Dziś po raz pierwszy słyszę, jak pada w tych miejscach słowo „konkurencja”. Kiedyś tego nie było.

 

Stało się. Ruchy miejskie i miejski aktywizm zostały dostrzeżone przez media i skatalogowano je jako jeden z polskich fenomenów społecznych XXI wieku. Doczekały się też swoich instytucji. Najważniejszą, bo ogólnopolską, jest niewątpliwie „Kongres Ruchów Miejskich”, każde jednak polskie miasto ma swoje pomniejsze „think tanki” miejskie, cykliczne debaty, na których zbiera się lokalne środowisko aktywistów, czy wręcz instytuty badawcze. Ruchy miejskie doczekały się także swojego magazynu („Miasta”), powstał nawet „miejski” kierunek studiów („Miasta i metropolie. Jak działać w przestrzeni publicznej”, organizowany przez Instytut Badań nad Przestrzenią Publiczną). Można zatem powiedzieć, że przez kilka ostatnich lat sporo się wydarzyło wokół miejskiego aktywizmu.

 

A jednak, wśród zalewu entuzjastycznych komentarzy, pojawił się także głos sceptyczny – i to ze strony osoby, która przynajmniej przez moment widziała ruchach miejskich jakiś potencjał. W maju tego roku, niedługo po tym, jak dokonał się rozłam w poznańskim ruchu „My-Poznaniacy” (uznawanym dotychczas za modelowy ruch miejski), architekt i urbanista Krzysztof Nawratek napisał tekst, w którym dowodził, że polskie ruchy miejskie skończyły się, zanim tak naprawdę urosły w siłę. Głos ten wywołał pewne poruszenie w środowisku, całkiem zresztą zrozumiałe, jednak pamiętać należy, że nie o koniec ruchów miejskich Nawratkowi chodziło, a o ich wielowymiarową słabość. Jednym z wymiarów owej słabości jest chociażby ich jałowość intelektualna. Polskie ruchy społeczne nie zaprezentowały bowiem żadnej nowej wizji miasta, żadnego nowego rozwiązania w zakresie myślenia o mieście, które gdzieś wcześniej by nie powstało. Swoje aktywistyczne paliwo zużywały przede wszystkim na wdrażanie na rodzimym gruncie rozwiązań wprowadzonych gdzieś indziej.

 

Niezależnie od tego, czy się z Nawratkiem zgadzamy, czy nie, chyba wszyscy, jako aktywiści, dostrzegliśmy ten problem w swoich środowiskach. Nie mieliśmy jakiejś jednej wizji miasta, wszyscy mniej lub bardziej sympatyzowaliśmy z prądami intelektualnymi, takimi jak „zrównoważony rozwój” albo „nowy urbanizm”, i skupialiśmy się na swoich małych potrzebach. Ktoś chciał więcej ścieżek rowerowych, ktoś inny mieszkań komunalnych, a ktoś jeszcze inny – barów mlecznych. W tej mnogości i różnorodności ruchów miejskich dostrzegano tajemną siłę, która co jakiś czas potrafiła punktowo skruszyć zaskorupiałą strukturę samorządową. Na co dzień jednak wyzierała z niej, niestety, słabość pokawałkowanego środowiska.

 

Kawiarniana kontrrewolucja

Był rok 2008. W tamtym czasie Warszawa, od dwóch lat rządzona przez ekipę Hanny Gronkiewicz-Waltz, wciąż jeszcze wydawała się być miastem trudnym i mało przyjaznym. W lipcu otwarto wyremontowane Krakowskie Przedmieście, a z Placu Grzybowskiego, który niebawem miał zostać poddany „rewitalizacji”, zniknął już „Dotleniacz”. Nikt nie przeczuwał jeszcze zmian, które miały zajść w nadchodzących latach. Dziwnej świeżości powietrzu miejskiemu nadawały wówczas małe kawiarenki warszawskie, w których, oprócz kupienia kawy i niekiedy alkoholu, można było obejrzeć film, zobaczyć wystawę, wziąć udział w debacie. Zdawały się być to miejsca pochodzące z zupełnie innego świata (de facto były – w mniemaniu niektórych – kopiami podobnych lokali z Berlina czy Wiednia). Same w sobie nie komponowały się w jakąś jednoznaczna wizję rzeczywistości, dawały jedynie szansę na zrobienie „czegoś innego”. Stały w doskonałym kontraście do wciąż popularnych w tamtym czasie kawiarni sieciowych, bo dawały coś, czego nie miały żadne inne miejsca – namiastkę dużego pokoju poza mieszkaniem. Odczuć się ją dawało już po przekroczeniu progu, w ciepłej atmosferze, w otwartości napotykanych tam ludzi. Wszystko to znamy, ale warto może przypomnieć czasem nawet takie oczywistości.

 

Czas mijał i zaczynały się pojawiać coraz to nowe miejsca. Z każdym kolejnym coraz większa liczba mieszkańców przychodziła na otwarcia i ustawiała się w coraz dłuższych kolejkach. W pewnym momencie z zaledwie kilku lokali, w których starano się oddolnie tworzyć kulturę, zrobiło się ich kilkanaście. Z małej grupki osób, która uczęszczała do tych miejsc, powstało całe środowisko. Z czasem powstała też idea, żeby się jakoś zintegrować. Dotychczasowa promocja wydarzeń po zaprzyjaźnionych miejscach i pożyczanie sobie sprzętu zaowocowały inicjatywą wspólnego zaprezentowania miastu jakiejś oferty. W końcu wszyscy grali do jednej bramki. Pomysł ten wprawdzie został zrealizowany, jednak bardzo szybko upadł i obnażył podstawowy problem środowiska – było nim ono tylko z pozoru. Poszczególne osoby, owszem, znały się, czasami nawet lubiły i bywały na swoich imprezach, to jednak okazało się być zbyt mało w perspektywie całego miasta. Inicjatywa integracji środowiska kawiarni obywatelskich (powszechnie nazywanymi „klubokawiarniami”) i stworzenia na ich bazie ruchu miejskiego z prawdziwego zdarzenia zakończyła się fiaskiem. Postulaty jednak pozostały i zostały podjęte przez następców.

Dziś, gdy piszę te słowa, w Warszawie funkcjonuje blisko sto różnych miejsc, w których oddolnie tworzy się kulturę i które skupiają wokół siebie przeróżne środowiska: artystyczne, osiedlowe, dzielnicowe, te bardziej aktywne i te mniej. Moda na duże kluby z głośną muzyką przeminęła i utrzymała się w małych skansenach w okolicach ulicy Mazowieckiej. Kawiarnie obywatelskie przetrwały, ustabilizowały swoją pozycję i przeszły do dzielnic pozaśródmiejskich. Mieszkańcy Grochowa, Żoliborza czy Ochoty dobrze wiedzą, o czym piszę.

 

Kawiarnie nadal spełniają swoje dawne funkcje – służą jako miejsca konsultacji społecznych, przyciągają mieszkańców na cykle ciekawych debat, samym wystrojem akcentują swój związek z Warszawą. Skupiają się raczej na przyciąganiu ludzi mieszkających najbliżej – przy tej samej ulicy, w tej samej dzielnicy – niż mieszkańców całego miasta. Pod tym względem zrealizowały w pewnym sensie swoją ideę założycielską – bycia knajpą na rogu, dostępną przede wszystkim dla sąsiadów. Z drugiej jednak strony, nie stanowią już one takiej awangardy, jak miało to miejsce w pierwszej dekadzie XXI wieku. Dziś zakładane są niekiedy jako zwykły biznes, dla czystego zysku, przy którym repertuar kulturalny służy za instrument do nakręcania większej publiki. Nie chcę przez to powiedzieć, że wcześniej kawiarni nie zakładano dla zysku. Wtedy jednak w aktywności okołokawiarnianej chodziło o coś więcej niż tylko o przyciągnięcie jak największej liczby klientów. Wtedy Warszawa była kulturalną pustynią, więc trzeba było współdziałać. Dziś po raz pierwszy słyszę, jak pada w tych miejscach słowo „konkurencja”. Kiedyś tego nie było.

 

Niedokończona historia

Przykład niezrealizowanego potencjału ruchu kawiarni obywatelskich bardzo dobrze obrazuje, dlaczego środowiska aktywistów miejskich w Warszawie nie stworzyły nigdy wspólnego frontu i nie wpłynęły wspólnie na miasto. Były zbyt oddalone od siebie, zbyt przywiązane do swoich własnych kwestii środowiskowych, zbyt skupione „na swoim”; pomimo nawet faktu, że wszyscy się znali, bywali na tych samych debatach, a spośród nich niektórzy nawet się przyjaźnili. Długo zastanawiało mnie, z czym ten brak zjednoczenia mógł być związany. Czy problemem było to, że – mówiąc brutalnie – nie pili oni ze sobą alkoholu i nie bawili się na tych samych imprezach? Czy też kłopotliwa okazała się skala miasta i rozlokowanie kawiarni po odległych dzielnicach?

 

Warszawskie środowisko aktywistów nie stworzyło realnej alternatywy dla miasta i wciąż mniej lub bardziej zajmuje się swoimi małymi akcjami. Tymczasem na przełomie kilku lat miasto się zmieniło i teraz działać jest o wiele łatwiej – w szczególności dzięki temu, że w tej chwili urzędnicy dają nam do zrozumienia, że to co robimy, ma jakiś sens, bo widoczne są efekty. Niedawna akcja, którą można by nazwać „Otwarciem Ratusza” (chodzi o wymianę ważnych stanowisk w Urzędzie Miejskim i zaproszenie do konkursu na te stanowiska aktywistów), jeśli nie jest tylko zgrabnym zagraniem PR-owym, podyktowanym przez widmo nadchodzącego referendum w sprawie odwołania Hanny Gronkiewicz-Waltz z fotela prezydenta miasta, to jest również sukcesem aktywistów miejskich. Można by powiedzieć, że coś się rzeczywiście zmieniło i małymi akcjami wydeptaliśmy ścieżkę w miejskiej dżungli.

 

Nie stworzyliśmy jednolitego ruchu na rzecz zmiany miasta, nie wymyśliliśmy rewolucyjnej idei przeprogramowania jego struktury, a mimo to działamy, a nasze działania, mimo że obejmujące tylko jego fragmenty, mają swój oddźwięk. Z roku na rok miasto staje się coraz bardziej przyjazne. To chyba jednak pokrzepiające, że mimo naszych wrodzonych słabości, potrafimy być stwórczy, a nasz sprzeciw przynosi czasem ze sobą jakąś pozytywność. Zresztą chyba cały czas mamy wrażenie, że jesteśmy jeszcze na początku drogi. Zobaczymy, gdzie się znajdziemy za kolejne trzy lata. Część pewnie się wykruszy, kilku najważniejszych zostanie i będzie działać w zakresie „swoich małych spraw”. Ktoś zapewne wejdzie w struktury miejskie, a kilku będzie się z boku przyglądać i próbować to opisać – czyli po części zrealizuje się każdy z trzech scenariuszy naszkicowanych przez Nawratka. Zmiana zaś przyjdzie tak czy siak, bo wszyscy na nią cierpliwie pracujemy. Najbliższy „Kongres Ruchów Miejskich” już na jesieni.

 

UWAGA! W czasie wakacji internetowa odsłona „Kontaktu” będzie ukazywać się raz na dwa tygodnie – co drugi poniedziałek. Serdecznie zapraszamy do lektury