dwutygodnik internetowy
27.02.2017
magazyn papierowy


Kup
egzemplarz
Magazynu
kontakt
z tym
artykułem

Mem nasz powszedni

Coraz częściej, także na lewicy, słychać postulaty odcięcia się od kultury Internetu – zdaniem krytyków toksycznej i bezwartościowej. Jest to jednak jej fałszywy, niepełny obraz. Lepsze zrozumienie internetowych kodów kulturowych jest konieczne dla zrozumienia posługujących się nimi ludzi i dostrzeżenia poważnych możliwości, jakie dają „śmieszne obrazki”.

inna memetyka

Opublikowany niedawno na łamach „Nowego Obywatela” manifest Michała Maleszki i Mateusza Trzeciaka głosi konieczność odrzucenia przez lewicę „pozycji negatywno-ironicznej”, odejścia od krytyki lekceważącej wszelką powagę i zaniedbującej konstruktywne zaangażowanie. Proces ten najlepiej ilustruje, zdaniem autorów, „zaangażowanie widocznej części lewicy w internetową kulturę dank memes”. To właśnie ta część manifestu spotkała się z największą polemiką. Autorzy na przykładzie internetowych subkultur, na przykład społeczności 4chana, pokazać chcą toksyczność sieciowego folkloru i slangu oraz pewnych form przekazu, które wiążą ze społeczną pogardą, hejtem czy też rozwojem technokracji.

Warto jednak rozgraniczyć dwa zjawiska. O ile postawa sarkastyczna, ironiczna i antagonistyczna faktycznie stanowić może zagrożenie dla kondycji (czy choćby wizerunku) społecznej lewicy, o tyle krytyka zaangażowania w internetowe formy komunikacji wydaje się chybiona. Nie stanowi ona sedna tekstu Maleszki i Trzeciaka, chciałbym jednak wyrazić parę uwag na jego marginesie. Polityczne znaczenie wytwarzanych przez sieć kodów kulturowych jest dziś bowiem – w świetle doświadczeń kampanii Sandersa i Trumpa czy powstania ruchu alt-right – sprawą niezwykle ważną. Odcięcie się od skomplikowanego, często kontrowersyjnego świata memów i sieciowego folkloru wydawać się może rozsądnym, eleganckim czy też etycznie słusznym posunięciem. Tak naprawdę jednak oznacza ono zamknięcie się na codzienność tysięcy osób, ich rzeczywistość – cyfrową, lecz nie mniej przez to realną. A na to społeczna lewica nie może sobie pozwolić.

Mem jaki jest, każdy widzi

Zarówno potoczna, jak i naukowa definicja memów pozostają przedmiotem sporów. Pojęciowy chaos powiększają też publicyści tworzący definicje pod obraną akurat tezę. Na potrzeby tego tekstu proponuję ograniczenie licznych znaczeń słowa mem do dwóch, powstałych na bazie koncepcji Michele Knobel i Colina Lanksheara – wczesnych badaczy internetowych memów (zaproponowane przez nich pojęcia to high fidelity static memes i remixed memes). Znaczenie pierwsze zbliżone jest do definicji z internetowego słownika języka polskiego PWN: „Chwytliwa porcja informacji, zwykle w formie krótkiego filmu, obrazka lub zdjęcia, na którym umieszczono jakiś tekst, rozpowszechniana w Internecie”. Memy takie określić możemy mianem memów-nośników. Duża część z nich jest statyczna, niepodatna na remiksowanie, przetwarzanie, rekontekstualizację, rozprzestrzeniana przeważnie w niezmienionej formie. O sile tego prostego rozumienia wyrazu „mem” świadczyć może to, że często zastępuje on bardziej adekwatne nazwy gatunkowe różnych form twórczości. Grafiki Marty Frej, image macros autorstwa Nowoczesnego Maoizmu i obrazki z „charakterystyczną ramką” partii .Nowoczesna teoretycznie łączy bardzo niewiele. Mimo to wszystkie nazywane są memami. Większość z nich, krążąc po sieci, nie zmienia wcale swojej formy, ich obieg nie różni się od obiegu zdigitalizowanego malarstwa czy muzyki, rozprzestrzenianych w jak najbardziej zbliżonej do oryginału formie.

Drugie rozumienie słowa mem idzie tropem oryginalnego pojęcia stworzonego przez Richarda Dawkinsa w książce „Samolubny gen” i dotyczy nie pojedynczych utworów, lecz idei rozprzestrzenianej drogą remiksowania, transformowania czy adaptacji (tu dodatkowo: idei wyrażonej w formie cyfrowej). Przykładami iteracji tak rozumianych memów są zarówno całe grafiki, filmy, piosenki oraz ich fragmenty, jak i szablony, układy elementów, warstwa formalna utworów. Istotne jest to, że są one poddawane przekształceniom, że stały się przedmiotem remiksów, parodii, przeróbek. Memy-idee są nośnikami szerzej identyfikowalnej myśli czy elementu ikonograficznego, który jednocześnie funkcjonuje w oderwaniu od konkretnego utworu. Relację między powyższymi znaczeniami pokazać można na przykładzie obrazków publikowanych na fanpejdżu partii Razem. Większość z nich to memy-nośniki – a tak naprawdę image macros czy infografiki. Niektóre grafiki czy nawet ich elementy – jak hasło „Podobno niemożliwe” lub barwa karminu alizarynowego – stały się, dzięki aktywności internautów, memami-ideami.

O wartości, etykę i skuteczność śmiesznych obrazków

Powróćmy do analizy zarzutów, jakie czynią memom – a konkretnie zjawisku dank memes – Maleszka i Trzeciak. Dla nich pojęcie to oznacza kategorię „wciąż bardziej hermetycznych i autotelicznych grafik, intencjonalnie brzydkich, pozbawionych sensu i wartości dla wszystkich, którzy nie są na bieżąco z forami w rodzaju 4chan i innych internetowych śmietnisk”. Taka definicja nie oddaje różnorodności zjawiska. Dank memes, memy samoświadome, intertekstualne, nasycone znaczeniami, były w czasie zeszłorocznej kampanii prezydenckiej w USA specjalnością wyborców Berniego Sandersa, wykorzystujących ich język w celu dotarcia do digital natives, pokolenia internetowych tubylców. Do kategorii dank memes przynależą również tak zwane memy pełnowartościowe (wholesome memes) – tworzy je istniejący od paru miesięcy ruch, który chce rozsiewać po sieci pozytywne wartości, optymizm i urocze zwierzęta. Wreszcie nie dalej jak parę miesięcy temu memowa popularność piosenki „We are number one” pomogła jej głównemu wykonawcy Stefanowi Karlowi w zebraniu funduszy na walkę z nowotworem. To tyle, jeśli chodzi o brak sensu, wartości oraz śmietniskowe pochodzenie wszystkich (post)ironicznych memów.

Nie do obronienia jest jednak także przeciwnie skrajne podejście – memowa apologetyka. Ogromne ilości brzydkich, głupich, brutalnych czy wulgarnych utworów, które nie tylko zalegają w odmętach sieci, lecz także utrzymują się na jej powierzchni, stanowić mogłyby dla Maleszki i Trzeciaka skuteczną amunicję w wojnie na przykłady. Pojemność pojęcia „mem” czyni je łatwym celem ataków. Selektywny dobór przykładów to jednak prosta droga do zakwalifikowania memów jako broni i znaku rozpoznawczego środowisk skrajnych, na przykład alt-rightu, czy też załamywania rąk nad upadkiem kultury i triumfem głupoty, brzydoty, prostactwa. Szersza perspektywa daje o wiele mniej ponury obraz internetowego folkloru.

Od memocji do memancypacji

Krytyka statycznych memów-nośników, pojedynczych, niezmieniających się w czasie cyrkulacji po sieci utworów, pozostaje formą krytyki artystycznej. Odrębną kwestią jest krytyka memów jako nośników idei, metody komunikacji i przekazu kulturowego stanowiąca dalszą część manifestu Maleszki i Trzeciaka. Po raz kolejny jednak zaproponowana przez nich charakterystyka środowisk tworzących memy i schematów ich tworzenia, przetwarzania i rozprzestrzeniania jest zbyt ogólna. Na przykład skupienie na portalu 4chan i przedstawianie go jako głównego źródła sieciowej twórczości to krzywdząca stereotypizacja, topografia sieci jest bowiem niezwykle złożona. Wielość nadawców przekazu pozostaje cechą charakterystyczną nowych mediów, nawet pomimo procesów skupiania się aktywności w Internecie w portalach społecznościowych. Zresztą w ich obrębie także istnieją grupy (często ukryte, ekskluzywne) o kontrkulturowym charakterze, skupiające prosumentów i niezależnych twórców. Choć tezy Henry’ego Jenkinsa o emancypacyjnej sile Internetu i narodzinach „fotoszopowej demokracji” zostały zweryfikowane nawet przez samego autora, to nietrudno znaleźć przykłady wykorzystania nowych mediów przez marginalizowane grupy w walce o uznanie. Dobrym przykładem jest tak zwany „czarny twitter” – nieformalna sieć młodych czarnoskórych aktywistów, artystów, komediantów czy po prostu zwykłych użytkowników. Wielokrotnie pokazywała ona swoją siłę, jednocząc się wokół różnych wydarzeń, nagłaśniając problemy czarnoskórej społeczności, konfrontując białą większość z charakterystycznym dla swojej zbiorowości punktem widzenia. Dla tej grupy memy stanowią bardzo istotne narzędzie nadawania komunikatów, służą wyrażaniu emocji czy opisywaniu codzienności w sposób pozwalający na dotarcie do szerokiego kręgu odbiorców i zaangażowanie ich w dyskusję.

Popularność i moc oddziaływania memów nie zależą jednak wyłącznie od miejsca ich powstania. Owszem, pewne portale, społeczności, środowiska cechują się większą kreatywnością, rozumieniem trendów czy innymi kapitałami, które ułatwiają promowanie twórczości. Jednak siła memów leży w ich cechach konstytutywnych, takich jak łatwość opanowania, niski próg wejścia, zdolność do adaptacji, dostępność, łatwość przenoszenia. Dzięki nim memy, za sprawą nieskoordynowanej pracy licznych internautów, są w stanie szybko kolonizować rożne części Internetu, zdobywać i utrzymywać masową uwagę przez dłuższy czas. Mówienie o memach jako o twórczości „generowanej na platformach typu 4chan” jest więc nie tylko błędnym przedstawieniem procesów ich powstawania, ale także stwierdzeniem krzywdzącym dla licznych środowisk, które budują swoją tożsamość między innymi za pomocą języka dank memes.

Kiedy wejdziesz między internautów

Cytując klasyka, granice języka oznaczają granice świata. Memowa afazja lewicy byłaby więc odgrodzeniem się murem od dużej części społeczeństwa, przede wszystkim od ludzi młodych. Zamknięcie się na sieciowe kody kulturowe to zamknięcie się na osoby, dla których stanowią one istotną metodę komunikacji. Ocena tego zjawiska jest tu kwestią drugorzędną. Można utyskiwać na to, jak przemówienia Zbigniewa Stonogi, youtuberzy czy czanmowa kształtują słownik, a w konsekwencji także schematy myślenia przeciętnego polskiego nastolatka czy studenta. Nie ma wątpliwości, że spora część przyswajanych przez nich pojęć i obrazów nasycona jest seksizmem, pogardą czy nawet nienawiścią. Walka z nimi jest jednak niemożliwa bez umiejętności dekodowania języka sieci, znajomości historii memów, subkultur, wydarzeń, które kształtują kulturę Internetu. Brak tych kompetencji wśród liberalnych elit i mediów był i wciąż jest jedną z przyczyn rosnącej popularności ruchów zbiorczo nazywanych alt-rightem. Rubieże sieci, teren działania „tego hackera 4chana”, traktowano pobłażliwie, z mieszanką pogardy, strachu i obrzydzenia. Nikt nie chciał się tam zapuszczać, gdyż „tu są lwy” – czy też raczej trolle. Aż nadeszli stamtąd „najnowsi barbarzyńcy”.

Być może to właśnie konieczność zachowania czujności, wejścia między ludzi, nawet tych kryjących się za maskami Guya Fawkesa, stanowi najistotniejszy argument za memową edukacją. Jest ona warunkiem skutecznego nadawania własnych treści, wykorzystywania bieżących trendów i kanałów komunikacji w celu prezentowania własnych poglądów, wartości, opowiadania o swojej tożsamości i tak dalej. Nie jest to jednak łatwe zadanie. Forsowanie memów, ich odgórne powoływanie do życia, jest aktywnością piętnowaną. Popularność zdobywają te, które zachowują przynajmniej pozory organiczności, nie mają jasnego celu i pochodzenia. Dlatego między innymi w ikonosferze alt-rightu i środowisku zwolenników Berniego Sandersa przewijały się te same, klasyczne motywy, ukazywane jednak w zupełnie innych kontekstach. Jedni i drudzy tworzyli nowe iteracje żaby Pepe, Wojaka czy filmów w estetyce MLG. To właśnie trafne odwołania do wspólnego dziedzictwa kulturowego Internetu są najłatwiejszym sposobem zdobycia uwagi w sieci.

Inna memetyka jest możliwa

Zaproponowany przez Piotra Siudę i Tomasza Żaglewskiego w odniesieniu do prosumpcji postulat poszukiwań „trzeciej drogi” odnieść można także do badania memów. Prowadzić ma ona między dwoma skrajnymi podejściami: apokaliptycznym a emancypującym. Dziś oba uwikłane są w logikę późnego kapitalizmu.

Krytycy takich pojęć jak „sharing economy” czy „crowdsourcingprzekonują, że są to po prostu eufemizmy określające sytuację, w której posiadacze kapitału zapewniają sobie dostęp do darmowej siły roboczej. Oderwane od autorów memy zostają prędzej czy później utowarowione, choćby w postaci galerii w portalach informacyjnych, zarabiających na wyświetleniach i reklamach. Prowadząc memowe fanpejdże, konta na twitterze czy też jako odbiorcy karmiąc takowe lajkami, serduszkami i szerując ich zawartość znajomym, nie pracujemy na własny zysk. Jako prosumenci wyalienowani jesteśmy zarówno od środków produkcji, jak i własnej twórczości, a w społecznościach stawiających na anonimowość, rywalizację, indywidualizm – także od siebie nawzajem. Co gorsza na naszej aktywności, będącej wyrazem zainteresowań czy emocji, żerują algorytmy. Zostawiając wirtualne ślady, dokładamy kolejne elementy do układanki, która ukazać ma portalom nas samych – nasze zwyczaje, problemy, pasje, frustracje. Kultura memów, jako element szerszego zjawiska prosumpcji, jest w tej apokaliptycznej wizji narzędziem wyzysku „mas lajkujących”, skłonieniu go do oddania własnego czasu, informacji o sobie oraz uwagi. Zwolennicy koncepcji ekonomii uwagi to tę ostatnią uważają za szczególnie cenną. Zgodnie z tą teorią społeczeństwo informacyjne doprowadziło do przesytu treści, swoistej inflacji informacji, przez co przestała ona być najcenniejszą walutą. Jej miejsce zajęła uwaga, stale rozproszona przez medialny chaos i będąca w niedoborze. To o nią toczy się dziś walka, a bronią w niej są między innymi interesujące, proste, rozpoznawalne i życiowe memy.

Skrajną alternatywą dla tak sceptycznego podejścia bywa mniej lub bardziej celowe niedostrzeganie problemów – z prywatnością, umacnianiem struktur władzy, prawem własności – ze względu na wiarę w zalety prosumpcji. Tymczasem nawet przy świadomości zagrożeń końcowy rachunek może być dodatni. Płacona portalom społecznościowym i medialnym korporacjom cena za uznanie, uzyskanie przestrzeni do wyrażania własnego zdania i zdobycie narzędzi docierania do licznych odbiorców dla marginalizowanych grup, pozbawionych pozasieciowych alternatyw, nie jest aż tak wygórowana. Skomercjalizowane części Internetu charakteryzują się ponadto większym bezpieczeństwem, istnieniem mechanizmów eliminujących niechciane treści, regulujących komunikację (choć sceptycy dodadzą, że jest to dodatkowa władza dla właścicieli danych platform czy portali, której łatwo mogą nadużywać). Wreszcie prosumpcja memów bywa najwygodniejszym sposobem zdobywania wiedzy, będącej remedium na informacyjny smog. Zbieranie choćby i strzępów informacji przy okazji przeglądania, remiksowania czy udostępniania memów jest dla sieciowych tubylców naturalne, przyjemne, wygodne i wydajne. Odwracanie się plecami od takich praktyk, wyśmiewanie ich intelektualnej płycizny, odbieranie „śmiesznym obrazkom” jakiejkolwiek wartości to droga donikąd. Z kolei tolerancja, zrozumienie i wykorzystanie nowych form społecznej i politycznej komunikacji pozwalają uwolnić potencjał drzemiący w zaangażowanych w obrazkową kulturę internautach.

Budowanie kapitału politycznego wyłącznie na kulturze Internetu czy też oparcie sieciowej bytności jedynie na łasce i niełasce portali społecznościowych byłoby nierozsądne. Nierozsądne jest jednak również odcinanie się od nich, czy – co gorsza – pogarda dla wirtualnej rzeczywistości. Trzecia droga musi więc zdawać sobie sprawę z uwikłania w struktury władzy i kapitału większości aktywności w sieci – niezależnie od tego, czy mają one cel emancypujący, akademicki, czy rozrywkowy – ale jednocześnie się go nie obawiać. Umiejętne wykorzystywanie wyżłobionych przez memy kanałów komunikacji, znajomość języka Internetu, świadomość szans i zagrożeń prosumpcji to klucze do skutecznej aktywności w Internecie. Inna memetyka jest możliwa.

  • Tomasz Szymanek

    Teraz już nie ma “dank memes” tylko “spicy memes”. “Dank memes” mówią tylko normiki.