dwutygodnik internetowy
12.11.2013
magazyn papierowy


Kup
egzemplarz
Magazynu
kontakt
z tym
artykułem

Mała apokalipsa Świetlików

  Świetliki powróciły po ośmiu latach przerwy z potężnym, bo aż trójpłytowym albumem. Chociaż wielu podkreśla, że Marcin Świetlicki wszedł w wiek abrahamowy, to nadal sobie melorecytuje, pije na mieście i jest dość ironiczny. Ale również zaskakująco poważny. Świetlicki bowiem oskarża świat, w którym wszystkie wartości poszły się jeb….   Trudno w Sromocie szukać śladów […]


 
Świetliki powróciły po ośmiu latach przerwy z potężnym, bo aż trójpłytowym albumem. Chociaż wielu podkreśla, że Marcin Świetlicki wszedł w wiek abrahamowy, to nadal sobie melorecytuje, pije na mieście i jest dość ironiczny. Ale również zaskakująco poważny. Świetlicki bowiem oskarża świat, w którym wszystkie wartości poszły się jeb….
 
Trudno w Sromocie szukać śladów niepokojącego Upiora czy bitnicko zdystansowanego Oplutego. Wyszliśmy z ogrodu koncentracyjnego i okazało się, że dookoła nas znajdują się zgliszcza. Poeta już nie prowokuje rozmarzoną agresją, porzucając ją na rzecz dramatycznego opisu pustki. Jak w Gotham, w którym Świetlicki staje się Batmanem zawieszającym na kołku swój strój, czy Bałwanie, który na wiosnę odsłania trupa w środku. Bo już nie ma po co bronić miasta, skoro jego mieszkańców w pełni zadowala całodobowy monitoring, pozbawiający ich jakiejkolwiek podmiotowości. Świetlicki mówi o świecie ludzi martwych za życia, skupionych na zaspokajaniu najbardziej podstawowych potrzeb. Ludziach pozbawionych tożsamości, którą zostawili za sobą, uciekając w rzeczywistość szybkiego efektu, życia Heideggerowskim się, gdzie wszystko się po prostu zdarza, a my nawet nie dostrzegamy, że przestaliśmy nad tym panować. Ster świata wypadł nam z rąk i na własne życzenie pozostajemy opuszczonymi przez Boga cieniami dawnych ludzi. Zabsolutyzowaliśmy niezależność do tego stopnia, że umknęła nam chwila, w której stała się ona samotną niewolą. I jak w Pierwszym dniu średniowiecza wszystko dzieje się przez pół – bo póki nie wyjdziesz poza ciasny indywidualizm, nie pozyskasz całego siebie.
 
W tym apokaliptycznym pejzażu nie zauważamy jednej, zupełnie podstawowej rzeczy: przestało nam być za siebie wstyd. Podobny ton znajdziemy u Adama Leszkiewicza, który pisze o podobnych ludziach bez torsów: (…) uwierzyli w to, że nie mają nic do ukrycia; (…) sądząc, że wstyd jest śmieszny – a jak wiadomo niczego nie lękamy się bardziej niż śmieszności – traktują siebie z ostateczną powagą, przez co są jeszcze bardziej śmieszni i godni politowania, choć nie potrafią już tego dostrzec. Za takich ludzi wstydzi się Marcin Świetlicki w Sromocie. Nieprzypadkowo cały album zaczyna fragment prawdopodobnie najbardziej dramatycznej postaci z Wesela Wyspiańskiego – Stańczyka:
 
Byś serce moje rozkroił,
nic w nim nie znajdziesz inszego,
jako te niepokoje:
sromota, sromota, wstyd,
palący wstyd

 
I tak Świetlicki, wieczny kpiarz, zakłada szaty błazna, które w tajemniczy sposób przemieniają się w kapłańskie. Tyle że to nie koturnowe kapłaństwo przednowoczesne, silące się na tanie, reaktywne moralizatorstwo. To kapłaństwo po kryzysie, z całym obciążeniem wewnętrznego pokruszenia współczesności, której jedynym głosem jest chichot.
 
Jałową ziemię, na której stoi krytyczny poeta, może przeorać tylko relacja z drugim człowiekiem. Pustkę, która nas otacza, możemy wypełnić tylko wtedy, gdy bezbronnie otworzymy się na tego, kto znajduje się poza nami samymi. Dokładnie to ma miejsce w Sromocie, która w gruncie rzeczy dotyczy bezinteresownej miłości: uczucia, które stanowi jedyną drogę ucieczki z małej apokalipsy Świetlików; wyzwolenia, które uwalnia nas od ciasnoty ja poprzez naturalne rodzenie prawdziwie wiążących relacji. I jak wierzymy, to właśnie w niej leży istota chrześcijaństwa.