dwutygodnik internetowy
06.04.2015
magazyn papierowy


Katolik wobec wolności

Przedstawiamy fragment debaty zatytułowanej „Katolik wobec wolności – od samowoli lub ślepego posłuszeństwa do odpowiedzialności.”, która odbyła się 22 stycznia w siedzibie Warszawskiego Klubu Inteligencji Katolickiej.
W debacie wzięli udział: Kamila Hertmanowska, Zuzanna Radzik, Piotr Sikora i o. Michał Paluch OP. Spotkanie poprowadzili Radosław Skrzypczyk i Anna Rygielska.

ilustracjadebata

ilustr.: Tomek Obiński

 

Mówiąc o podejściu katolików do wolności, zacznijmy od strony rodzinnej – jak może się przejawiać lęk rodzica przed wolnością? Jak rodzic, który sam boi się wolności, wychowuje swoje dziecko?

Kamila Hertmanowska: Osoba, która nie czuje się wolna, nie jest w stanie wychować do wolności, Wolność bierze się z tego, że człowiek jest maksymalnie zintegrowany i dobrze zna samego siebie, zatem wychowanie do wolności polega na tym, aby także dziecko nabrało większej świadomości siebie. Kiedy rodzic nie zna swoich słabych i mocnych stron, boi się siebie, a wtedy w procesie wychowania może nastąpić tłumienie wolności i spontaniczności. Najczęstszym sposobem jest kształtowanie dziecka tak, żeby odpowiadało na wymogi społeczne. Dzieje się to poprzez zakazy, nakazy, karanie czy zawstydzanie, które rodzi w dziecku różne uczucia, między innymi wrogość. Dziecko albo ją tłumi, bo boi się, że rodzic jej nie przyjmie, albo kieruje przeciwko sobie bądź rzutuje na inne osoby, a nawet na Boga. Rodzi się w nim bunt, który też jakoś musi tłumić. Kiedy dziecko kieruje złość do wewnątrz, może w ten sposób rozwinąć w sobie karzące superego i poczucie bycia godnym jakiejś kary albo skłonność do samoponiżania. Często spotykamy się z tym w gabinecie podczas sesji terapeutycznych.

Rodzice często zniechęcają dzieci do ekspresji uczuć poprzez protekcjonalność. Dziecko najpierw tłumi ekspresję uczuć, a potem samo uczucie, przez co nie ma szansy poznać siebie. Może się rozwinąć „pozorne ja“ – fasada, za pomocą której dziecko stara się zadowolić rodzica. Staje się takie, jakim rodzic chciałby je widzieć, a nie takie, jakie naprawdę jest. Zaczyna przyjmować uczucia z zewnątrz jako swoje i na tej podstawie dokonuje ważnych wyborów dotyczących drogi życiowej. Człowiek próbuje podejmować pracę, ale robi to bez energii, z wewnętrznym buntem, którego nie jest świadom.

Często spotykam się również z rzutowaniem wrogości na obraz Boga. To duży problem, gdy Bóg jest uznawany za wymagającą karzącą instancję, wobec której odczuwa się lęk. To coś, co człowiek wynosi z domu.

A jak w Kościele objawia się lęk przed wolnością?

Michał Paluch OP: Od 1987 roku żyję w zakonie dominikańskim i przyznam, że nigdy nie odczułem tłamszenia wolności. Może to kwestia mojej osobowości, już w liceum byłem karany za „absolutny brak subordynacji“.

Wolność stoi w centrum chrześcijaństwa. Bóg w wolny sposób wkroczył w naszą historię, wybierając swój lud, oczekując także wolnej odpowiedzi na swoje zaproszenie. Myślenie o wolności w Kościele to między innymi rozważania nad doktryną dotyczącą Chrystusa, który jest integralnie człowiekiem, zarówno cieleśnie, jak i duchowo, ma władze, które pozwalają mu w wolny sposób z miłości do Boga powiedzieć „tak“. To wolne powiedzenie Bogu „tak“ w łączności z Chrystusem nas zbawia, a naszą wspólną celebracją tego jest Eucharystia. Jeśli przez „Kościół“ rozumiemy „Eucharystia“, to nie ma wątpliwości, że Kościół jest miejscem wolności, gdyż jest on zaproszeniem dla dwóch stron: celebransa i tych, którzy w Eucharystii uczestniczą. Do uczestnictwa w sakramentach potrzeba dojrzałego stosunku. Dojrzała postawa to dla mnie na przykład takie podejście, kiedy rozumiemy, że zarówno dobry, jak i zły ksiądz są darami Bożymi – dobry pokazuje mi coś z piękna człowieczeństwa Chrystusa, a zły ma mi przypomnieć, że nie jestem tu dla niego, ale dla Chrystusa. Odpowiedzialność związana z formowaniem się do kluczowej dla naszego przeżywania wiary Eucharystii, spoczywa nie tylko na pasterzach, ale także na rodzicach. Ważnym pytaniem jest, jak wyrobić w sobie taki dojrzały stosunek, który pozwoli nam patrzeć z dystansem na niedoskonałości, które spotykamy na naszej drodze.

Rodzi się pytanie, czy problem pewnej niedojrzałości w przeżywaniu naszych relacji, które wiążą się z przyjmowaniem autorytetów, dotyczy wyłącznie Kościoła? Myślę, że jest to problem wszystkich struktur społecznych, w których uczestniczymy. To pytanie w sposób szczególny dotyka Kościoła, ponieważ jest on instytucją hierarchiczną, gdzie władza ma charakter sakramentalny. W tej strukturze demokracja nie jest adekwatnym sposobem zarządzania. Możemy mówić jedynie o elementach demokratycznych. To sprawia, że problem stosunku do autorytetu zaczyna być do kwadratu trudny.

Piotr Sikora: Dla mnie Kościół nie jest instytucją. Owszem, wygenerował przez wieki instytucje, które są potrzebne do funkcjonowania wspólnoty. Ale jak mówię o Kościele, to myślę przede wszystkim o mojej rodzinie, w której ten Kościół się realizuje. Potem to się rozszerza do parafii, diecezji. Kwestie wolności w Kościele i w rodzinie bardzo się łączą. We współczesnej demokratycznej strukturze wszyscy mają złudzenie, że są wolni, co staje się ich największym problemem. Wolność trzeba sobie wypracować, a niezbędne do tego jest samopoznanie. Chrześcijaństwo posiada mechanizmy zdobywania wolności. Kiedyś czułem, że Boży plan wobec mnie zakłada, że muszę zostać księdzem. Cztery lata nosiłem dominikański habit i oni mi wytłumaczyli, że nie muszę. Nie jesteśmy zaprogramowani, wola Boża jest taka, żebyśmy byli artystami, którzy zrobią dzieło sztuki ze swojego życia. A to wymaga pracy i wysiłku.

Jako rodzic nie czuję się do końca wolny. Świetnie jest być uwielbianym ojcem, ale żeby dzieci wychować do wolności, nie można sobie na to całkowicie pozwolić. Żeby umiały coś robić, trzeba je do tego zmusić. Sztuką jest zrobić to w ten sposób, żeby nie stłamsić w nich poczucia wolności. Trzeba być gotowym na konflikt z dorastającym dzieckiem.

Jak wygląda walka kobiet o wolność w Kościele?

Zuzanna Radzik: Wiele kobiet zajmujących się teologią styka się z problemem, że pytania, które mają, nie zawsze można stawiać albo na nie swobodnie odpowiadać. W Międzynarodowej Komisji Teologicznej jest 5 kobiet i 25 mężczyzn. To i tak wielki postęp, bo przez ostatnie 2 kadencje były 2, a wcześniej nie było ich w ogóle, pojawiły się dopiero z końcem pontyfikatu Jana Pawła. Zatem co z komplementarnością płci? Gdzie byłyśmy przy podejmowaniu ważnych decyzji? Kobiety zaczęły uczyć teologii w latach 40., wtedy wpuszczono nas na wydziały. Dużo rozmawiam z siostrami, które określają się jako walczące feministki. Większość ich historii zaczyna się Soborem. Był to czas wielkich nadziei. Kończyły wtedy swoje doktoraty i wyobrażały sobie świat za 5-10 lat, kiedy wszystko się zmieni i będą miały państwo kobiet. Potem te ich nadzieje zderzały się z rzeczywistością. Rozwiązania historii, których słucham, są bardzo różne. Część tych kobiet formalnie jest dalej w Kościele katolickim, część tylko częściowo albo poza. Kiedy jechałam na spotkanie jednej z takich grup, byłam trochę podejrzliwa. Jednak przy swobodnej rozmowie przełamałam w sobie opór i zrozumiałam, że te kobiety też są Kościołem. Są głęboko przejęte sprawami Kościoła, zaczęły sobie zadawać pytania i w różne miejsca je to zaprowadziło. Jednak gdy Franciszek zachęca, żeby napisać nową teologię kobiet, to one pytają: a co my robimy od 35 lat? Moglibyście w końcu przeczytać? Te kobiety nie pojawią się już w Komisji Teologicznej, a z kolei pokolenie ich uczennic nie żyje już tym samym entuzjazmem. Kwestia kobiet w Kościele przestała być tematem tak aktualnym.

Żeby człowiek był wolny, musi być zintegrowany. Czy można znaleźć analogię między człowiekiem, który nie potrafi być wolny, bo jest niezintegrowany a obszarem teologii czy Kościołem?

Piotr Sikora: Dużo pytań trudnych do zintegrowania pojawia się na styku chrześcijaństwa i innych religii, a wiążą się one z tożsamością. Zarówno pojedynczy człowiek, jak i wspólnota potrzebują spójności. Człowiek nieustannie buduje tożsamość, której rozbicie jest trudne i niebezpieczne. Jeśli każdy myśli i postępuje inaczej, to czy możemy dalej być w tej samej wspólnocie? Jeśli chcemy trwać we wspólnocie Kościoła, a jednocześnie w swoim myśleniu, konieczne jest tu pewne samoograniczenie. Jeśli otrzymaliśmy pewne dary czy zdolności, to rozwijamy je nie tylko dla siebie, ale też dla wspólnoty.

Mówię to jako chrześcijanin wyznania katolickiego, lecz także jako osoba z mocnym temperamentem i awersją do wszelkiego autorytetu. Jedność jest w chrześcijaństwie bardzo ważna, dlatego w odróżnieniu od filozofa, który jest gotów zostawić wspólnotę, gdy myślenie go poza nią wyprowadza, teolog robi w tym miejscu pauzę i zastanawia się nad dobrem wspólnoty. Nie zawsze jestem wolny wobec swojego pragnienia wypowiedzenia wszystkiego. Jak mówię o niehistoryczności wydarzeń opisanych w Biblii komuś, kto do tej pory pojmował je czysto historycznie, to zrozumie mnie tak, jakbym podważał autorytet jakim jest Pismo. A ja tego nie robię.

Czy jesteśmy gotowi jako wspólnota bardziej poszukiwać prawdy niż zachowywać swoją aktualną tożsamość? Problemem w chrześcijaństwie jest poczucie, że musimy ją zachować. Nie czujemy się wolni do tego, by poszukiwać. A przecież to nie my ostatecznie zagwarantujemy spójność wspólnoty. Bóg walczy o prawdę za nas. Mogę o nią walczyć wbrew swoim dotychczasowym przekonaniom czy dogmatom Kościoła, bo i tak Pan będzie walczył za mnie. Ta ufność daje wolność.

Przyczyną zniewolenia może być sakralne umocowanie autorytetu, który powinniśmy w sobie przezwyciężyć. Jeśli ja rzeczywiście chcę spotkać Jezusa, to czy On się ze mną nie spotka? Jeśli mam przekonanie, że nie, to rzeczywiście mogę być zniewolony przez autorytet. Miałem kiedyś pomysł, żeby nie ochrzcić syna. To się wzięło stąd, że zawsze bardzo wzruszały mnie chrzty ludzi dorosłych i żal mi było, że zostało mi to odebrane. Ludzie pytali, co by było, gdyby mój syn zginął w wypadku nieochrzczony. Czy gdybym ja mojego dziecka nie ochrzcił, to Bóg by go nie zbawił? Nie wierzę w takiego Boga. Może to jest herezja, ale to właśnie daje wolność, a zarazem umożliwia odpowiedzialność. Jesteśmy niesieni przez absolutną miłość, czego byśmy nie zrobili.

Michał Paluch OP: Nie do końca jestem przekonany do rozróżnienia tożsamość – prawda. Nasza tożsamość polega na poszukiwaniu prawdy. Trzeba odważyć się myśleć o niej dynamicznie, a nie statycznie. Podzielam optykę szacunku dla potrzeb wspólnoty, ale myślę, że tu też musi chodzić o coś głębszego, co immanentnie wiąże się z poszukiwaniem prawdy.

Jeśli pamiętamy o tym, że Kościół to głównie Eucharystia, w której mieszczą się wszystkie wspólnoty, to rozumiemy, że droga, na którą zostaliśmy zaproszeni, jest szeroka, ale określona. Chrześcijaństwo jest w skandaliczny sposób określone tym, że 2000 lat temu żył człowiek, który nazywał się Jezus Chrystus, który jest wcielonym Słowem Bożym. Musimy mieć odwagę to zobaczyć i podjąć zadanie myślenia o Kościele.

Mówiąc o sakralnym umocowaniu autorytetu, sięgnijmy do Ewangelii, w której czytamy o ustanowieniu Dwunastu, a zatem o jednym z aktów ustanowienia Kościoła. Szczególna relacja do władzy, która wiąże ją z Eucharystią, to pomysł, który wychodzi od samego Jezusa. Hierarchiczna struktura Kościoła już w punkcie wyjścia wiąże się ze wspólnotowością i jest czymś pożądanym. Ustanawianie przez nakładanie rąk wiąże się z przekonaniem, że władza jest czymś otrzymanym, zastanym. Benedykt XVI mówił, że wchodząc w Kościół wchodzimy w święte źródło, które było przed nami i nas zaprasza, nie możemy go wygenerować z siebie. Uważam, że w Kościele potrzeba odważnych dyskusji i pytań, ale określone prawdy wiary są częścią naszej tożsamości.

Co zrobić, żeby wychowywanie do wolności i do poszukiwania prawdy było możliwe?

Piotr Sikora: To wymaga od rodzica pokonania lęku, gdyż trzeba pozwolić dziecku nabić sobie guza. Życie jest ryzykowne, ale bez ryzyka nie będzie wolności. Musimy w tradycji odnajdywać mądrość ludzi, którzy tej wolności trochę więcej wypracowali i umieli to pokazać. Obraz Boga, który nas zawsze wyleczy, jest pomocny. Nie musimy wtedy bać się poobijać. Nie boję się pomyśleć herezji – dlatego, że jak poszukuję, to nie muszę powtarzać tego, co papież czy biskup. Nie boimy się iść za naszym głosem sumienia, nigdy nie będziemy do końca pewni, czy robimy dobrze. Nie wiedziałem, czy robię dobrze ani gdy wstępowałem, ani gdy występowałem z zakonu.

Jeśli wspólnota będzie się wspierać, to może przezwyciężać pewne zniewolenie. Są pewne struktury społeczne, które sprzyjają zniewoleniu. Niestety w Kościele, jako wspólnocie bardzo zinstytucjonalizowanej, też tak jest.

Ale gdybyśmy wybierali demokratycznie biskupów, to wcale nie byłoby lepiej. Królestwo Niebieskie już jest w nas, ale musimy nadal modlić się o jego przyjście.

Michał Paluch OP: Nie mamy odwagi do popełnienia błędu. Brakuje w nas przeświadczenia, że chrzest daje nam godność dziecka Bożego i że więcej dostać nie możemy. To nas uzdalnia do wejścia w Eucharystię. Tu jest podstawa naszej godności i ufności w to, że jako dziedzice możemy trochę poskakać po fotelach. Nie wszystko w tym domu musi być zapięte na ostatni guzik. Nie mam wrażenia, żeby naszym problemem były poważne spory teologiczne i problemy koncepcji teologicznych, które są do odrzucenia. My na tym mało funkcjonujemy. To, co wydaje mi się kluczowe, to brak mądrego wychowywania człowieka do radzenia sobie ze swoją grzesznością. Chrześcijaństwo to projekt wyczynowy. Przestrzegać samych dziesięciu przykazań już jest pewną sztuką, a jak dochodzą rady ewangeliczne i błogosławieństwa, to już wiadomo, że możemy się starać w tę stronę ruszyć, ale że będziemy upadać. Musimy nauczyć się nawzajem unosić naszą grzeszność i przestać się nią gorszyć. Dowodem na to, że nie umiemy przeżywać naszej grzeszności, jest frustracja. Duszpasterz nie umie powiedzieć, że też jest chrześcijaninem grzesznikiem. To buduję faryzejską skorupę, która sprawia, że się od siebie oddalamy. Wyobrażamy sobie, że chrześcijaństwo musimy sami zdobyć, a nie że jest nam ono darowane w punkcie wyjścia. Nieustannie mamy poczucie, że musimy sobie na nie najpierw zapracować. Zmiana tej optyki jest dla nas podstawowym wyzwaniem.

Niesłychanym wyzwaniem jest bycie mądrym wychowawcą. W czasach, w które wchodzimy, największym problemem nie jest obudzić w sobie pytania, ale z nimi wytrwać i w jakąś stronę pójść. Problemem nie jest intelekt, a wola i jej wychowanie – tak, żeby jej nie zgasić autorytetem, ale żeby być w stanie wybierać i tym wyborom być wiernym. Być może jest to problem najważniejszy, ale nie dotyczący bynajmniej wyłącznie samej wspólnoty Kościoła.

 

Kamila Hertmanowska – pedagog, mediatorka, psychoterapeutka; mężatka, matka dwójki dzieci

o. Michał Paluch OP – teolog, filozof, wykładowca Papieskiego Wydziału Teologicznego w Warszawie, wykładowca Kolegium Filozoficzno-Teologicznego Polskiej Prowincji Dominikanów

Zuzanna Radzik – teolożka, publicystka „Tygodnika Powszechnego”. Interesuje ją dialog chrześcijańsko-żydowski i teologia feministyczna. W kwietniu ukaże się jej książka „Kościół Kobiet“ (Wyd. Krytyki Politycznej)

Piotr Sikora – teolog, filozof, redaktor działu Wiara „Tygodnika Powszechnego”, wykładowca Akademii „Ignatianum“ w Krakowie; mąż i ojciec trójki nastoletnich dzieci.

 

Debata odbyła się w ramach cyklu debat Klubu „Tygodnika Powszechnego” – „Od lęku do miłości“.

spisała i opracowała Wanda Kaczor