dwutygodnik internetowy
23.11.2015
magazyn papierowy


Kup
egzemplarz
Magazynu
kontakt
z tym
artykułem

Janyst: Ekonomia od nowa

Przekładamy narzędzia mikroekonomii na masę różnych innych sfer. Dlatego, że to jest dziedzina ekonomii najbliższa ciału, dotyczy konkretnej jednostki. Bardzo często ośrodki związane ze szkołą neoklasyczną podają, wydawałoby się, zdroworozsądkowe przykłady. Na przykład na uzasadnienie polityki oszczędzania w ramach Unii Europejskiej: jeśli człowiek chciałby mieć kiedyś więcej pieniędzy na inwestowanie, powinien zacząć oszczędzać. Tylko problem jest taki, że przełożenie doświadczeń jednostki na doświadczenia makroekonomiczne, na doświadczenia całego społeczeństwa czy całej gospodarki nie działa.

ilustr.: Antek SIeczkowski

ilustr.: Antek SIeczkowski

SZYMON RĘBOWSKI: Czym jest Fundacja Kaleckiego?

TOMASZ JANYST*: Fundacja Kaleckiego jest think-tankiem, który stawia sobie za cel rozwijanie dyskursu o gospodarce w Polsce. Chcemy stać się platformą, która zbiera różne głosy dotyczące polityki gospodarczej, pokazuje różne sposoby myślenia, które niekoniecznie mieszczą się w głównym nurcie debaty publicznej.

Najważniejszym bodźcem do założenia fundacji była jednowymiarowość dyskusji o gospodarce w Polsce?

Od początku transformacji gospodarczej większość dyskusji, pomysłów, teorii związanych z gospodarką nawiązywała bezpośrednio do reform Balcerowicza i jego liberalnych następców. Cała dyskusja toczyła się właściwie w jednym kręgu. Mimo że pojawiały się już wówczas dosyć mocne, krytyczne głosy, chociażby profesora Tadeusza Kowalika, który zwracał uwagę na błędy transformacji, były one marginalizowane. Obecnie, po kryzysie gospodarczym, następuje otwarcie na inne prądy, nie mieszczące się stricte w neoklasycznej ekonomii – i te rozmaite trendy dosięgają też Polski. Szczególnie że znajdujemy się teraz w dosyć wyjątkowym momencie, w którym musimy zmienić nasz sposób patrzenia na politykę gospodarczą. Obecny model gospodarczy oparty o niskie płace i liberalizację, który był fundamentem transformacji, dochodzi do kresu i już niebawem nie będzie przynosił nam szybkiego rozwoju gospodarczego. Teraz jest czas na szukanie nowych odpowiedzi i także stawianie nowych pytań. Fundacja Kaleckiego stawia sobie właśnie za cel to, żeby zadawać te pytania i szukać nowych odpowiedzi poza dominującym przez ostatnie dwadzieścia pięć, dwadzieścia sześć lat paradygmatem neoklasycznym.

Dotknęliśmy już bardzo wielu wątków, ale chciałbym najpierw, żebyśmy porozmawiali jeszcze o samej fundacji. Kto ją tworzy, kim jesteście?

Jesteśmy grupą młodych badaczy zajmujących się naukami społecznymi, w tym ekonomią, prawem i socjologią. Wśród nas są osoby z bogatymi doświadczeniami wyniesionymi z pracy w innych think-tankach w Polsce i za granicą, współpracujące z podmiotami międzynarodowymi, takimi jak: OECD, Bank Światowy, Parlament Europejski, doświadczeniem pracy w administracji publicznej, NGO-sach, osoby pracujące przy projektach naukowych kilku ośrodków akademickich, absolwenci i stypendyści uczelni zagranicznych. Są to także osoby, które do fundacji wnoszą wiedzę i umiejętności zdobyte w pracy w sektorze prywatnym. Stawiamy na interdyscyplinarne podejście do badania polityki gospodarczej i społecznej, co, mam wrażenie, odróżnia nas w dużym stopniu od innych organizacji, które zajmują się problemami ekonomicznymi w Polsce. Dzięki temu, że sięgamy do badań empirycznych, jesteśmy w stanie skonfrontować z rzeczywistością teoretyczne modele. Szerokie spojrzenie oparte o wiele dyscyplin, w połączeniu z różnorodnością doświadczeń naukowych i zawodowych analityków fundacji, jest na pewno wyróżnikiem naszego zespołu.

Skąd pomysł na wybór Michała Kaleckiego na patrona?

Michał Kalecki był jednym z najwybitniejszych polskich ekonomistów, który niesłusznie został zapomniany. Sam z jego dziełami spotkałem się po raz pierwszy za granicą i duże zdziwienie wywołało u mnie to, że na polskich uczelniach jego teorie są dość rzadko omawiane. To tym bardziej zaskakujące, że nieraz można spotkać się z opinią teoretyków ekonomii, że gdyby Kalecki pisał po angielsku, to dziś jeden z głównych nurtów ekonomicznych nazywalibyśmy „kaleckianizmem”, nie zaś „keynesimem”. Jego teorie w czasie światowej recesji znajdują szczególne zastosowanie. Kalecki stworzył przed Keynesem podstawowe założenia teorii efektywnego popytu. Pokazywał, jak szukanie oszczędności (co jest obecnie głównym programem walki ze skutkami kryzysu wprowadzanym przez instytucje europejskie) może wręcz negatywnie wpływać na gospodarkę. Jego zdaniem nie dzięki oszczędnościom, ale dzięki pobudzaniu inwestycji prywatnych i publicznych, możemy powrócić na poprzednie tory rozwoju gospodarczego i przyspieszyć wzrost. Natomiast nadmierne oszczędności mogą doprowadzić do zmniejszenia globalnego popytu i w efekcie nakręcić jeszcze bardziej spiralę kryzysu. Problemy, którymi zajmował się Kalecki po wielkim kryzysie lat 30., są bardzo zbliżone do problemów, które obecnie trapią polską gospodarkę.

Chodzi więc zarówno o przypomnienie samej postaci, jak i o konkretny program, który może w naszych czasach pomóc w walce ze skutkami globalnej recesji?

Dokładnie tak. Kalecki jest dla nas przede wszystkim inspiracją jako wybitny naukowiec, daleki od ortodoksji. Nie był skupiony na jednym modelu, analizował zarówno gospodarkę socjalistyczną, jak i kapitalistyczną, zajmował się krajami rozwiniętymi i rozwijającymi się, przedstawiał różne sposoby rozwiązania problemów gospodarczych. Nie przez przypadek jeden z jego najbardziej znanych artykułów to „Trzy drogi do pełnego zatrudnienia”. Był niezwykle otwartym umysłem i to szerokie spojrzenie na ekonomię jest dziś na pewno bardzo potrzebnym elementem w dyskusjach nad kształtem i perspektywami rozwoju polskiej polityki gospodarczej. Można powiedzieć, że zajmował się ekonomią polityczną. Żył w czasach, w których ekonomiści starali się aplikować swoje teorie do konkretnej sytuacji. Ten element polityczności ekonomii, tego, że skuteczność określonych rozwiązań zależy od zastanego stanu społeczeństwa, gospodarki i…

Instytucji.

Dokładnie. Nie można stworzyć jednego modelu, który w każdych warunkach będzie dawał identyczne rezultaty. Potrzebujemy rozwiązań szytych na miarę i Kalecki wyznawał właśnie taki sposób uprawiania nauki. Jest taka znana anegdota z jego podróży do Indii, gdzie szukano wówczas pomysłu na budowanie swojej polityki gospodarczej i zaproszono znanych ekonomistów z różnych części świata, między innymi Kaleckiego. Przed nim jednak przyleciał Milton Friedman. Już na lotnisku został zapytany o to, jakie ma rady dla rządu indyjskiego. Jego radą było oczywiście ograniczenie deficytu i zwiększanie oszczędności, wycofywanie się państwa. Kiedy następnym samolotem przyleciał Kalecki i zadano mu to samo pytanie, odpowiedział: „Czy wy zwariowaliście? Ja muszę wpierw przeprowadzić analizę waszego budżetu, zobaczyć, jak działają tutejsze instytucje. Nie jestem w stanie udzielić wam prostych odpowiedzi”. I to jest to podejście, którego potrzebujemy.

Jakie działania prowadzicie poza badaniami? Jakie są najważniejsze projekty waszej fundacji?

Działamy w dwóch sferach: pierwsza to typowe działania think-tankowe oparte o analizy, przygotowywanie raportów, a druga sfera to popularyzacja wyników naszych własnych analiz, ale też prac innych badaczy. Publikujemy krótkie komentarze i infografiki, w których przedstawiamy główne wnioski wynikające z naszych raportów. Największym projektem Fundacji Kaleckiego w pierwszej połowie 2015 roku był „Kapitał w Polsce w XXI wieku”, w ramach którego staraliśmy się przenieść spostrzeżenia Thomasa Piketty’ego na polskie realia. Sprawdzaliśmy, jak zidentyfikowane przez niego problemy: rosnące nierówności społeczne, które w efekcie mogą przekładać się na niższy wzrost gospodarczy, destabilizację systemu, wyglądają w Polsce. A więc: jaka jest nasza skala nierówności, jak wygląda nasz rynek pracy, jak opodatkowujemy pracę, kapitał i jaka jest akceptacja społeczna dla obecnego modelu gospodarczego. Tymi problemami zajmowaliśmy się podczas serii trzech spotkań dotyczących: kapitału zagranicznego w Polsce, społecznej akceptacji kapitalizmu i regulacji kapitału i pracy. Zorganizowaliśmy też debaty o TTIP oraz w ramach serii „prywatne/publiczne” debaty o dobrach publicznych oraz tym, jak z obywateli staliśmy się konsumentami.

W planach mamy zorganizowanie konferencji „Przemyśleć ekonomię: poza nurtem neoklasycznym”, która będzie jedną z pierwszych platform konstruktywnej krytyki wobec dominującego liberalnego gospodarczo nurtu.

Przejdźmy do teorii ekonomii. Kilka razy w czasie naszej rozmowy padało już sformułowanie, że właściwie przez ostatnie dwadzieścia pięć czy trzydzieści lat na świecie panowało podejście neoklasyczne. Jakie są jego najważniejsze założenia?

Najważniejsze założenia, na których oparta jest teoria neoklasyczna, to przede wszystkim doskonała konkurencyjność, przyjęcie dostępu do pełnej informacji i pełnej racjonalności jednostek działających w celu maksymalizacji swojej użyteczności i zysku. Zakładano w tych teoriach, że jednostki dobrze identyfikują to, co jest dla nich użyteczne. Dodatkowo założono, że rynkowy system gospodarczy dąży do równowagi. Dzieje się tak dzięki temu, że jednostki są w stanie zweryfikować swoje błędy, potem podjąć właściwe działania, a mechanizmy popytu i podaży sprawiają, że system powraca do równowagi. Z tego punktu widzenia wszelka interwencja państwa – czy to w formie regulacji dotyczących rynku pracy, czy interwencji publicznej, inwestycji publicznych – zaburza funkcjonowanie tych mechanizmów i przynosi rezultaty gorsze, niż gdyby rynek pozostawiono bez żadnych interwencji. Te wszystkie założenia w zetknięciu z danymi empirycznymi, spojrzeniem na to, jak gospodarka rzeczywiście funkcjonuje, okazały się bardzo dalekie od rzeczywistości. Budowaliśmy zamki na piasku. Kryzys gospodarczy w 2008 roku był wydarzeniem, który pokazał, że te modele nie potrafiły nam zapewnić właściwych wniosków i potrzeba nowego otwarcia, szukania innych dróg, które nie będą bazowały na podobnych założeniach, jak ekonomia neoklasyczna.

Można powiedzieć, że jednym z grzechów tego podejścia do ekonomii było patrzenie na ludzi jako na zbiór bardzo podobnych, wręcz identycznych jednostek. Mamy zdefiniowane preferencje, wszyscy myślimy racjonalnie, a skoro tak, to w podobnych okolicznościach wszyscy szukamy podobnych rozwiązań, w podobnym stopniu dopasowujemy się do tego, co się dzieje, w związku z tym łatwo jest dążyć do równowagi. Natomiast w zetknięciu z rzeczywistością okazuje się, że jedni ludzie radzą sobie w pewnym stanie o wiele lepiej, inni o wiele gorzej, a przede wszystkim reagują na różne bodźce zupełnie inaczej.

Wszelkie kryzysy gospodarcze są przykładem masowego działania w stronę inną niż ta, która byłaby oczekiwana. Keynes ukuł na zobrazowanie tego fenomenu termin „zwierzęce instynkty”, którym pokazywał, że bardzo wiele działań i sposób funkcjonowania gospodarki zależy od nastrojów panujących na rynkach. To był element mocno niedoceniany w ekonomii neoklasycznej, choć był rozwijany przez ekonomię behawioralną. Sposób nauczania ekonomii bazujący właśnie na tych neoklasycznych fundamentach doprowadził do tego, że część osób uwierzyła, że ekonomia jest nauką ścisłą. Wydawało się, że możemy wszystko skwantyfikować i precyzyjnie obliczyć rezultat. Ta pewność siebie ekonomistów została bardzo boleśnie zweryfikowana podczas kryzysu gospodarczego, który nie był też niczym wyjątkowym – różnił się od wcześniejszych jedynie skalą. Kryzysy zdarzają się regularnie i są bardzo namacalnym dowodem na to, że jednak gospodarka nie dąży do równowagi, co było podstawowym założeniem dużej części modeli, którymi się posługiwano.

Ta odpowiedź wyprzedza trochę moje kolejne pytanie. Czy ekonomia nie za bardzo zbliżyła się do matematyki i nie za bardzo odeszła od filozofii, czyli dziedziny, z której wyrosła? Ojciec ekonomii klasycznej, Adam Smith, był filozofem. Jego drugim najważniejszym dziełem obok „Bogactwa narodów” jest „Teoria uczuć moralnych”, on rozpatrywał problemy ekonomiczne od strony filozoficznej. Czy w związku z tym nie zwracamy za bardzo uwagi na wyliczenia w ramach samych modeli, za mało zastanawiając się nad założeniami, które stanowią ich podstawy? Z naszej rozmowy wynika przecież, że tym, co najbardziej zawiodło w ekonomii neoklasycznej, były właśnie błędne założenia.

Rzeczywiście ekonomia znacznie odeszła czy to od filozofii, czy od innych nauk, w zbyt małym stopniu, moim zdaniem, korzysta chociażby z elementów socjologicznych czy z analizy historycznej. Na przykład jedną z wielkich zalet książki Thomasa Pikietty’ego jest analiza danych historycznych z kilkuset lat, która rzeczywiście pokazuje, jak realnie procesy, które on opisuje, się zmieniały. W coraz większym stopniu korzysta się z tego typu metod.

Same modele są oczywiście potrzebne w ekonomii, bez nich nie bylibyśmy w stanie oszacowywać zmian, które mogą nastąpić w gospodarce. Pewnym ograniczeniem modeli jest jednak oczywiście to, że na podstawie teraźniejszych danych i zależności wnioskujemy o przyszłości.

Czy nie brakuje nam szerszego, bardziej przemyślanego stawiania celów? Niewidzialna ręka rynku, o której pisał Adam Smith, podobała mu się dlatego, że widział w niej szanse na największe dobro dla ogółu, nie system sam dla siebie.

Niewątpliwie bardzo zabrakło nam stawiania sobie określonych celów polityki gospodarczej. Swego czasu minister Tadeusz Syryjczyk powiedział, że najlepszą polityką gospodarczą jest brak polityki gospodarczej. Analogicznie odnosząc to do ekonomii, możemy powiedzieć, że największą wartością w ekonomii jest brak wartości, z którą to tezą niestety nie mogę się zgodzić. Tą wartością stała się użyteczność. Problemem jest to, że posługiwanie się kategorią użyteczności w analizach wymaga przyjęcia typowych założeń: zakładamy, na przykład, że konsument zawsze potrafi porównać ze sobą dwa koszyki dóbr, że nasze preferencje są stałe w czasie (przynajmniej w jakimś okresie), racjonalne, przechodnie. Te założenia nie zawsze odpowiadają rzeczywistości. Nawet jeśli dzisiejsza mikroekonomia potrafi poradzić sobie ze zróżnicowaniem preferencji między jednostkami, to wciąż najczęściej nie uwzględnia się różnorodności użyteczności. Mimo że kryterium wyboru nie muszą być wartości materialne, to najczęściej abstrahuje się od innych. Ekonomia zna zjawiska efektów zewnętrznych, wartości pozaużytkowej, ale ze względu na trudności w analizie, często się je pomija. W tle zawsze pozostaje wiara w to, że wszystko można zmierzyć.

Nie mówiąc o tym, że jednostkowa użyteczność jest tak naprawdę pojęciem należącym do mikroekonomii. Czyli w rzeczywistości to podejście mikroekonomiczne zdominowało całe nasze spojrzenie na gospodarkę.

Nawiązał pan do bardzo ciekawego wątku, dominacji narracji związanej z mikroekonomią. Przekładamy narzędzia mikroekonomii na masę różnych innych sfer. Między innymi dlatego, że to jest dziedzina ekonomii najbliższa ciału, dotyczy konkretnej jednostki. I bardzo często te związane głównie ze szkołą neoklasyczną ośrodki podają, wydawałoby się, zdroworozsądkowe przykłady. Na przykład na uzasadnienie polityki oszczędzania w ramach Unii Europejskiej: jeśli człowiek chciałby mieć kiedyś więcej pieniędzy na inwestowanie, powinien zacząć oszczędzać. Tylko problem jest taki, że przełożenie doświadczeń jednostki na doświadczenia makroekonomiczne, na doświadczenia całego społeczeństwa czy całej gospodarki nie działa. Coś, co dotyczy jednej osoby, nie będzie w analogiczny sposób dotyczyło stu. Michał Kalecki mawiał, że paradoksalnie przedsiębiorcy zarabiają tyle, ile wydają, nawiązując do tego, że wydatek jednego przedsiębiorcy jest zyskiem drugiego. Pozostali zaś odwrotnie, wydają co do zasady tyle, ile zarabiają. Jeśli przyjmiemy perspektywę jednostkową, nie widzimy tej sieci zależności. Brakowało nam szerszego spojrzenia, stawiania sobie bardziej konkretnych celów, związanych chociażby z redukcją bezrobocia, poprawą stopy życiowej.

Mam też takie wrażenie, że nawet próbując abstrahować od innych nauk, na przykład filozofii, ekonomia wcale tego nie robi. Podejście mikroekonomiczne związane z jednostkową użytecznością jest tak naprawdę realizacją światopoglądu utylitarystycznego w bardzo podstawowej formie. Niesamowite jest to, że nawet aplikując jakąś szerszą refleksję nad światem do rzeczywistości, ta nauka zupełnie o tym przestała myśleć i zdawać sobie z tego sprawę.

To ciekawy paradoks, że nawet brak polityki, czy to, że zrezygnujemy z wszelkich kategorii wartościujących w ekonomii, też jest pewnym projektem. Wolny rynek też jest w znacznej mierze konstrukcją fantazyjną, nigdy nie funkcjonuje w stu procentach i nie może funkcjonować. Aby w określonym sektorze rzeczywiście funkcjonował „wolny rynek”, potrzebujemy państwa, które zapewni instytucje, sądy, które będą egzekwowały kontrakty zawarte pomiędzy instytucjami, rząd, który będzie dbał o bezpieczeństwo. Wolny rynek, brak regulacji, brak interwencji jest swego rodzaju projektem pozytywnym, ingerującym. Spójrzmy chociażby na umowy o wolnym handlu. Gdyby te umowy były rzeczywiście porozumieniami o wolnym handlu, to miałyby bardzo prostą formę, można by całą umowę streścić w jednym paragrafie – znosi się wszelkie ograniczenia handlu. Tylko że jakimś dziwnym trafem takiej formy nie mają, tylko wprowadzają cały szereg mechanizmów zapewniających prawa inwestorów, są dyskusje między poszczególnymi sektorami, w których przyznawane są mniejsze lub większe monopole czy szerszy dostęp do rynku, czy różne inne zabezpieczenia, które służą po prostu różnym grupom interesów. Takie kategorie, jak wolny handel czy wolny rynek, nie są niezależne od konkretnych projektów, od pewnych założeń czy pewnych instytucji, które im sprzyjają – to po prostu inne spojrzenie i innego rodzaju interwencja.

Czy założenia o pełnej racjonalności jednostek ludzkich nie wychodzą zdecydowanie poza ramy ekonomii? Czy model neoklasyczny nie sprawia, że zasady rynkowe przenosimy na resztę relacji międzyludzkich? W debacie publicznej pojawiają się opinie, że zamiast gospodarki rynkowej zaczęliśmy mieć społeczeństwo rynkowe.

Rzeczywiście, daje się zauważyć postępujący proces komodyfikacji (utowarowienia – przyp. red.) poszczególnych sfer, które wcześniej nie były zawłaszczane przez rynek. Widzimy to na wielu różnych sferach, coraz bardziej komodyfikowana jest chociażby nauka. Podobnie patrzy się na siłę roboczą, kapitał ludzki, a przecież nie jest to zwykłe dobro wyceniane przez siły rynkowe i nie można traktować go jak na przykład samochodu choćby z tej przyczyny, że samochód nie będzie potem konsumentem, uczestnikiem rynku, natomiast pracownicy są.

Skąd wziął się pomysł, aby analizą ekonomiczną objąć wszystkie sfery naszego życia?

Główną osobą, która działała właśnie w takim nurcie, był ekonomista szkoły chicagowskiej Gary Becker. Bardziej popularnym spojrzeniem w tym nurcie są książki typu freakonomics, a Gary Becker zajmował się na przykład działaniami przestępców, wskazując na to, że przestępcy przed dokonaniem przestępstwa dokonują pewnej racjonalizacji zysków, które mogą odnieść z danego czynu, i potencjalnego ryzyka, następnie dokonują działania, które w ich ocenie zwiększy maksymalną użyteczność. W podobny sposób próbował na przykład badać użyteczność samobójstw. Na każdą z możliwych sfer starał się nakładać spojrzenie maksymalizacji użyteczności, co wydaje mi się niesamowicie ograniczającą perspektywą, która wręcz może mieć w szerszym kontekście bardzo negatywne konsekwencje.

Dlaczego?

Aby uznać użyteczność za najważniejszą wartość, musimy znaleźć jakieś kryteria, wedle których będziemy mogli ją mierzyć i porównywać. Często będzie to jedynie kryterium finansowe. W nauce kryterium będzie na przykład ilość cytowań. W każdym razie efektem takiego podejścia jest postępująca parametryzacja wielu dziedzin. Próba uchwycenia bardzo złożonych procesów za pomocą kilku mierzalnych parametrów wypacza obraz rzeczywistości i może być bardzo szkodliwa. Podam kilka przykładów. Pewnemu profesorowi zwrócono uwagę na to, że jego liczba cytowań jest zbyt niska. Aby zwiększyć liczbę cytowań, specjalnie zrobił błąd w artykule naukowym. Był to błąd na tyle widoczny, że inne osoby – doktoranci, młodzi doktorzy – szybko go wychwycili i napisali kolejne artykuły nawiązujące do tego błędu, w wyniku czego dany profesor szybko podbił sobie licznik cytowań. W służbie zdrowia ta postępująca parametryzacja, wydzielanie określonych kwot na określone zabiegi, sprawiła, że lekarze stali się w znacznej mierze biznesmenami, którzy zarządzają określonymi kwotami, przyznanymi na określone operacje, mają pewne założenia, ile tych operacji przeprowadzić, pacjent staje się w wyniku tych procesów wyłącznie klientem.

To wydaje mi się większym niebezpieczeństwem. Samo badanie pewnych zjawisk w jakiś sposób możemy ocenić jako mniej lub bardziej ciekawe. Natomiast w momencie, w którym zaczynamy operować nowym sposobem myślenia w dziedzinach, w których wcześniej nim nie operowaliśmy, musimy być gotowi na daleko idące konsekwencje. Jeżeli w służbie zdrowia zamiast maksymalizować długość ludzkiego życia, maksymalizujemy zysk ekonomiczny z wykonywanych operacji na poziomie jednostki w szpitalu czy samego szpitala, mamy do czynienia z nową hierarchią wartości.

W Polsce widać to bardzo wyraźnie z tego względu, że sfera prywatna służby zdrowia się poszerza, jednak wciąż mamy bardzo istotny sektor publiczny i zetknięcie tych dwóch sposobów działania służby zdrowia pozwala poznać część mechanizmów, które żądzą każdym z nich. Znane jest wiele przypadków osób, którym właśnie w sektorze prywatnym w ramach posiadanych przez nich ubezpieczeń nie przeprowadzano bardziej ryzykownych, droższych operacji z tego względu, że one się nie opłacały, a ten sektor jest nastawiony na proste, dochodowe, powtarzalne czynności. Te najbardziej kosztowne były i będą i tak przerzucane na sektor publiczny. Faktycznie jeden sektor funkcjonuje bardziej w ramach maksymalizacji zysku, drugi zaś „maksymalizacji życia”, chociaż to pewnie nie jest jedyne kryterium. Na tym przykładzie widać mocno ograniczenia związane z pełnym urynkowieniem pewnych sfer. Podobnie może być, już może na mniej dramatycznych przykładach, chociażby z dostarczeniem poczty czy siecią dróg, sieciami przesyłowymi. Do pewnych miejsc to się po prostu nie opłaca, koszty dostarczenia przesyłki czy koszty dostarczenia energii są bardzo wysokie i jeśli byśmy się kierowali tylko zwiększaniem użyteczności, rozumianej jako zysk finansowy, odcięlibyśmy olbrzymie rzesze społeczeństwa od usług, czego konsekwencje mogłyby być tragiczne.

***

Rozmowa z Tomaszem Janystem okazała się na tyle treściwa, że zdecydowaliśmy się podzielić ją na dwie części. Druga, dotycząca polskiej gospodarki, ukaże się na łamach dwutygodnika 21 grudnia. Zachęcamy do Lektury!

 

TOMASZ JANYST – Prezes Zarządu Fundacji Kaleckiego, prawnik i bankowiec, doktorant na Wydziale Prawa i Administracji UW, absolwent prawa i sinologii w ramach Międzywydziałowych Indywidualnych Studiów Humanistycznych UW, studium bankowości w Szkole Głównej Handlowej oraz Collegium Invisibile, kilkukrotny stypendysta Ministerstwa Nauki i Szkolnictwa Wyższego, stypendysta Uniwersytetu Pekińskiego. Zainteresowania: regulacje rynków finansowych, polityka gospodarcza