dwutygodnik internetowy
24.04.2017
magazyn papierowy


Kup
egzemplarz
Magazynu
kontakt
z tym
artykułem

Jak Łukaszenka stracił swoją popularność

Tak wielka fala protestów po raz ostatni zaistniała w białoruskich regionach i peryferiach na początku lat 90. W tym roku w lutym i marcu protesty maszerowały przez całą Białoruś: akcje odbyły się w dwunastu miastach, a udział w nich wzięło ponad dwadzieścia tysięcy ludzi.

ilustr.: Anna Gwiazda

ilustr.: Anna Gwiazda

Protesty w regionach białoruskich jeszcze nie są końcem epoki Aleksandra Łukaszenki, ale pokazują, że prezydent–populista już utracił kontakt z własnym społeczeństwem. Na Białorusi już od ponad roku nie istnieje żaden ośrodek niezależnych badań socjologicznych, które by mierzyły rzeczywistą popularność Aleksandra Łukaszenki. Ale żeby się dowiedzieć, na ile przestał być lubiany przywódca białoruski, warto po prostu posłuchać, co mówią ludzie: ten, który był określany jako „Baćka”, opiekujący się swoim narodem jak własnymi dziećmi, u wielu z tych „dzieci” już od kilku lat nie wywołuje żadnych pozytywnych emocji.

Tę popularność pogrzebał pogarszający się stan gospodarki. Według oficjalnych danych liczba miejsc pracy od 2010 roku zmniejszyła się o trzysta tysięcy, od kilku lat wzrost PKB jest ujemny, a średnia płaca wynosi około 350 dolarów. Ale nawet ta kwota jest zawyżona dzięki większym pensjom w Mińsku – w wielu regionach otrzymywanie nawet dwustu dolarów miesięcznie jest niebywałym szczęściem.

Dlaczego protestują regiony

Chociaż niezadowolenie władzami jako takimi istnieje od dłuższego czasu, ostatnie protesty społeczne na Białorusi wywołał dekret o podatku nałożonym na „darmozjadów”. Według jego zapisów osoby bezrobotne miały zapłacić podatek w wysokości mniej więcej 180 dolarów. Ta absurdalna ustawa nie jest niedorzeczna dla władz białoruskich i dobrze pokazuje ich podejście do kryzysu: przełożyć problemy ekonomiczne (czyli własne błędy i źle podjęte decyzje) na społeczeństwo i nie robić nic dla reformowania gospodarki.

Tak wielka fala protestów, którą wywołał podatek od „darmozjadów”, po raz ostatni zaistniała w białoruskich regionach i peryferiach na początku lat 90. W tym roku w lutym i marcu protesty maszerowały przez całą Białoruś: akcje odbyły się w dwunastu miastach, a udział w nich wzięło ponad dwadzieścia tysięcy ludzi. Oburzeni wychodzili na ulice, by walczyć o godną pensję i anulowanie dekretu. Wśród nich wielu było emerytami, bezrobotnymi, studentami – czyli przedstawicielami grup, które mają jakiś dochód, stanowczo jednak zbyt niski, by godnie żyć zamiast walczyć o przetrwanie. I być może dla postronnego obserwatora liczba dwudziestu tysięcy protestujących brzmi dość skromnie – dla Białorusi jednak jest to coś, co do tej pory było niewyobrażalne.

Tak jak niewyobrażalny do tej pory był sukces opozycji. Działacze opozycyjni otrzymali szansę, żeby udowodnić, że nie są oni oderwani od narodu, że mogą stać się ich głosem sprzeciwu wobec władzy. Chociaż protesty miały podłoże ekonomiczne, opozycji udało się im nadać wymiar polityczny, robiąc to jednocześnie w sposób dość naturalny i nieagresywny. Kiedy Paweł Siewiaryniec, jeden z liderów opozycji, musiał wracać do Mińska z Orszy, gdzie odbywała się akcja protestu, to kilkadziesiąt osób odprowadzało go do samochodu, żeby nie został zatrzymany przez milicjantów. Naprawdę wydaje się, że tak dobrej oceny i wsparcia od ludzi opozycyjni demokraci białoruscy nie otrzymywali już od dawna. Sam Siewiaryniec zresztą został jednak później zatrzymany i wsadzony do aresztu na piętnaście dni.

Władze przerywają protesty

Chociaż te demonstracje dalekie były od rzeczywistego wprowadzenia realnej zmiany władzy na Białorusi, rząd nie znalazł innego sposobu na ich zahamowanie, jak silne represje i przemoc. Na fali tych protestów miała się odbyć pokojowa demonstracja 25 marca z okazji rocznicy stworzenia Białoruskiej Republiki Ludowej (w roku 1918). Jest to dzień uznawany przez niezależne ośrodki za dzień niepodległości Białorusi. Jednakże na parę dni przed demonstracją wielu działaczy opozycyjnych zostało wsadzonych do więźniarki lub tak zwanej „Amerykanki” (więzienie KGB), żeby nie mogli zjednoczyć tych, którzy mieli tego dnia przyjść. Podczas demonstracji, do której de facto właściwie nie doszło, brutalnie zostało zatrzymanych około siedmiuset osób. Większość wypuszczono tego samego dnia, ale więcej niż sto z nich zostało skazanych albo na karę grzywny, albo na kilkanaście dni aresztu.

W ten sposób represjonowani są nie tylko działacze społeczni, ale również dziennikarze i publicyści. Dzisiaj jedną z dziennikarek telewizji Biełsat straszą odebraniem dziecka z powodu dużej ilości kar administracyjnych – za współpracę z niezarejestrowaną organizacją, którą jest na Białorusi nadawany z Warszawy Biełsat, oraz za wytwarzanie i rozpowszechnianie niedozwolonej produkcji. Niechęć władzy do dziennikarzy wynika z tego, że wszystkie te protesty były transmitowane na żywo przez niezależne media, co unaoczniło kłamstwo propagandy państwowej. Ta po prostu nie była w stanie forsować swojej wersji protestów, które w ich mniemaniu należałoby oczywiście oceniać negatywnie, bo ludzie mieli możliwość oglądać protesty w tym samym czasie, w którym one się odbywały.

Wciąż jeszcze kraj Łukaszenki

Bez względu na popularność i skalę protestów wygląda na to, że Łukaszenka przez pewien czas jeszcze będzie prezydentem. System represyjny działa aż zbyt sprawnie – nawet można powiedzieć, że bezrefleksyjnie, bo 25 marca milicja zatrzymała dwóch prorosyjskich aktywistów, którzy po prostu przyszli obejrzeć akcję z okazji Dnia Woli. Po dwóch dniach sąd skazał ich na dziesięć dni aresztu wraz z prozachodnimi aktywistami, również zatrzymanymi podczas demonstracji.

Zachód, który ostatnie dwa dziesięciolecia spędził na przeciwstawianiu się wobec białoruskiego reżimu autorytarnego, nie widzi innego wyjścia prócz tego, by wciąż rozmawiać i negocjować z władzami. Wszystkie apele państw Unii Europejskiej po fali represji na Białorusi były dość powściągliwe, a wicepremier Belgii, który przyjechał do Mińska w trakcie odbywających się protestów, nie tylko nie potępił agresywnych działań władzy, ale nawet stwierdził, że „areszty administracyjne za udział w demonstracjach zdarzają się również i w Unii Europejskiej”.

Chociaż Aliaksandr Łukaszenka może liczyć na lojalność urzędników wewnątrz państwa, a Zachód jest zajęty własnymi sprawami i swoimi palącymi problemami, to jednak te protesty pokazały, że prezydent Białorusi stracił coś bardzo ważnego – poparcie narodu. Nawet gdy fałszował wyniki wyborów, to zawsze mógł liczyć na poparcie przynajmniej połowy ludności białoruskiej. To już się zmieniło – nieodwracalnie.