dwutygodnik internetowy
wydanie wyborcze 19.10.2015
magazyn papierowy


Kup
egzemplarz
Magazynu
kontakt
z tym
artykułem

I ty zostaniesz przedsiębiorcą

Lewicowy wyborca ma dzisiaj do wyboru dwie partie mówiące autentycznie lewicowym językiem (zostawmy na boku personalne obiekcje dotyczące autentyczności poszczególnych reprezentantów). Jest to sytuacja nowa, o której jeszcze pół roku temu, kiedy w przedbiegach odpadała starająca się o kandydaturę na stanowisko prezydenta Anna Grodzka, nikt nie śmiał marzyć. Anna Grodzka była jedyną osobą, która podjęła wówczas próbę reprezentacji interesów ludzi najsłabszych, doświadczających niesprawiedliwości, w tym reprezentacji ludzi pracy. Bardzo znaczące, że pozostali kandydaci zupełnie zlekceważyli tę kwestię. Niezbitym na to dowodem były obie debaty prezydenckie, w których żaden z uczestniczących kandydatów nie podjął problemu pracy, adresując swój wyborczy przekaz tak, jakby wszyscy obywatele posiadali własne firmy i byli głowami rodzin, słowem: do przedsiębiorców.

ilustr.:  Kasia Majchrowska

ilustr.: Kasia Majchrowska

 

Dzisiaj punkty dotyczące pracy pojawiły się nawet w programie Platformy, choć partia ta oczywiście nie będzie podejmować kwestii antagonizmu i sprzeczności między pracownikami a pracodawcami. Najmocniej podkreśla i otwarcie o tej sprzeczności mówi Partia Razem, starając się powrócić do klasycznie pojmowanej polityki jako reprezentacji. Bardziej konsensualnie wypowiada się o pracy Zjednoczona Lewica, unikając bardzo radykalnej retoryki, choć fakt, że postuluje przywrócenie rzeczywistej progresji podatkowej – obejmując najwyższą, czterdziestoprocentową stawką najbogatszych – dowodzi, że konflikt ten również dostrzega. Te przykłady są zwiastunami prawdziwej zmiany w myśleniu o upolitycznianiu zjawisk i problemów społecznych. Niemniej jednak sytuacja z wyborów prezydenckich wymaga analizy, gdyż nie dotyczy przypadku jednej kampanii, lecz jest wynikiem rozwijającej się pewnie od trzydziestu lat tendencji, która, miejmy nadzieję, doszła już do swojego punktu krańcowego. Analizie tej trzeba poddać przede wszystkim język polityki.

Zapomniane korzenie „S”

Dobrym punktem wyjścia do podjęcia tego problemu jest film „Robotnicy ’80”, który, gdyby go przypomnieć naszej klasie politycznej i części elit, stanowiłby z pewnością trudny orzech do zgryzienia zarówno dla tych, którzy wobec 25-lecia przemian ustrojowych zajmują stanowisko apologetyczne, ogłaszając się obrońcami tego dziedzictwa (klasycznym przykładem jest tu Bronisław Komorowski), jak i tych, którzy je kontestują, odwołując się do mitu „Solidarności”. W obecnej kampanii wyborczej mit „Solidarności” prawie się nie pojawia. PO nie stara się twierdzić, jak wcześniej Komorowski, że jej rządy były zwieńczeniem transformacji, przekonuje raczej, że jest właściwym na dzisiaj administratorem zmian. PiS także zrezygnował z haseł „polski solidarnej”. Jednak obydwie strony politycznego sporu jeszcze jakiś czas temu posługiwały się podobnymi odniesieniami, z rozmysłem chyba zapominając o tym, co już w pierwszych minutach wspomnianego filmu wyrażają stoczniowcy:

Jaką mamy inną broń jak nie strajk? Przecież wszyscy jesteśmy tu zmęczeni. Każdy sobie zdaje z tego sprawę, że to uderza we wszystkich nas, w cały naród. My chcemy pracować. […] A najbardziej w nas uderza, bo my jesteśmy najmniej zarabiający i ten cały ciężar ponosimy my…. Trzeba się jednak liczyć, bo to my wypracowujemy to dobro narodowe, które jest. To my wypracowujemy, a nie oni. Partia, władza, wszystko powinno równo z robotnikiem rosnąć. Człowiek nie powinien sam się chwalić, powinien czekać na opinię innych ludzi, kompetentnych. Mi się wydaje, że klasa robotnicza jest kompetentna.

Tak uzasadniali decyzję o strajku robotnicy z Wybrzeża w roku ’80. Warto przyjrzeć się bliżej tej mowie oraz postulatom, które zawiera. Po pierwsze, fragment ten pokazuje, że posługiwanie się językiem klasowym nie był niczym nadzwyczajnym i jest na porządku dziennym: to jesteśmy my, robotnicy, to my, a nie oni wypracowujemy narodowy dobrobyt. Co więcej, pracownicy są tutaj uniwersalizowani do poziomu ludu czy narodu. Lud jest więc ludem robotników. Dlaczego robotnicy są kompetentni? Nie tylko dlatego, że realny socjalizm faktycznie stworzył warunki dostępu do edukacji dla szerokich mas. Chodzi tu o inną kompetencję – o uprzywilejowaną pozycję poznawczą, pozycję ludzi, którzy na swoich barkach niosą gospodarkę, wytwarzając dobra. To oni realnie, na własnej skórze, doświadczają prawdy niesprawiedliwych stosunków wytwórczych.

Nie dziwiłaby taka mowa słyszana z obozu władzy. Podobny obraz – obraz komunistycznej partii PZPR zaślepionej dogmatycznymi frazesami – zadomowił się w naszej świadomości. Głębsza analiza dowodzi jednak, że w latach 80. wiara w socjalistyczną ideologię w partii już dogasała.

Innym ciekawym przykładem jest film Marcela Łozińskiego pod tytułem „Próba mikrofonu” (1980). Reporter radiowęzła w zakładzie „Pollena-Uroda” zadaje pracownikom pytanie o to, co rozumieją oni przez współgospodarzenie we własnym zakładzie. Nie trzeba chyba przypominać o tym, że kwestia pracowniczej samorządności jest z ducha socjalistyczna. Zestawienie odpowiedzi pracowników z reakcjami zarządu zakładu na przedstawiony później materiał ukazuje, że nastąpiło tu paradoksalne i ciekawe odwrócenie ról. Pracownicy zakładu nie podważają tego, że pytanie o współgospodarzenie jest postawione właściwie, ale w ich wyobrażeniu własne gospodarzenie w zakładzie polega najczęściej na tym, że sumiennie i rzetelnie wykonują swoją pracę przy taśmie, dbając o narzędzia, wykonując na czas zadany plan. Forma pytania przyjęta jest bez zastrzeżeń – „tak, gospodarzymy” – rzeczywistość jednak dalece odbiega od tego, co nazwalibyśmy „współgospodarzeniem”. Rzecz ma się inaczej, gdy reporter przedstawia swój nagrany materiał na zebraniu zarządu zakładowego. Słyszy tam zarzut: „Pytanie jest źle postawione. Nasi robotnicy są faktycznie gospodarzami, wykonując rzetelnie swoją pracę, ale przecież jakby dosłownie mieli nimi zostać, następnego dnia wynieśliby wszystko, bo uznają, że do nich należy”. Socjalistyczna forma pytania zostaje tu zakwestionowana. Właśnie na zebraniu zarządu, który najsilniej, wydawałoby się, winien być poddany wpływowi socjalistycznych ideałów (formy) czy to z powodu szczerej wiary w nie, czy chociaż dla sankcjonujących władzę pozorów, okazuje się, że literalne ich rozumienie jest niewłaściwe, a nawet zagraża dobru zakładu. Co jednak istotne, jeszcze w latach 80. można było spierać się o to, jaką treść nadajemy pojęciu „współgospodarzenie”. Kiedy we współczesnych debatach mieliśmy ostatnio okazję, by śledzić dyskusje wokół podobnych tematów i pojęć?

Dla żywotnie zainteresowanych zmianą społeczną robotników ideologia sytuująca pracownika w centrum społecznych procesów stanowiła świetne narzędzie wyrażenia prawdy o własnej sytuacji. Można śmiało powiedzieć, że inspirowana Marksowskimi kategoriami forma była w pełni adekwatna do tego, by robotnicy mogli dzięki niej stworzyć uwzględniającą podstawowe problemy narrację o własnym życiu. Ostatecznie socjalistycznemu państwu, jego rzeczywistości została przeciwstawiona sama socjalistyczna forma, domagająca się windykacji swych założeń i ideałów. Postulatom robotniczym z czasów sierpnia ’80 trudno odmówić słuszności, wyrażają one bowiem prawdę nie tylko tamtego czasu, ale też uniwersalne stanowisko materialistyczne słuszne i dzisiaj: u podstaw zmiennych historycznie społeczeństw leżą stosunki produkcji określające (lub naddeterminujące) ich całokształt: „Jak osobniki życie swe uzewnętrzniają – takie są. To, czym one są, zbiega się zatem z ich produkcją, zarówno z tym, co wytwarzają, jak i z tym, jak wytwarzają” – pisał Karol Marks. Nie są to rzeczy nowe i zaskakujące. Zaskakujące jest jednak to, że udało nam się dzisiaj o tych kilku podstawowych sprawach przypomnianych przez stoczniowców zapomnieć. Miejsce ludu pracowników zajął lud przedsiębiorców. Mowa tu rzecz jasna znów o formie. Nie znaczy to przecież, że wszyscy dzisiaj są przedsiębiorcami. Chodzi o to, że język propozycji politycznych nadmiernie zwraca się do ludzi, jak gdyby byli lub mieli zostać niebawem przedsiębiorcami, ludźmi, którzy zarabiają dzięki kapitałowi, a nie sprzedaży własnej pracy.

(Nie) każdy może zostać przedsiębiorcą

W głoszonych w College de France wykładach, które odbywały się w czasach, gdy rozkładowi ulegało zachodnie państwo opiekuńcze, a do władzy w Wielkiej Brytanii dochodziła Margaret Thatcher, Michel Foucault starał się objaśnić, czym jest neoliberalizm. Wskazywał, że jedną z jego cech szczególnych jest to, że urządza społeczeństwo, każdą dziedzinę życia społecznego na kształt przedsiębiorstwa. O ile Marks w „Kapitale” dawał obraz społeczeństwa towarowego, w którym dominującą cechą jest ekwiwalentna wymiana towarów, o tyle na pierwszy plan społeczeństwa budowanego wedle przepisu neoliberałów wkracza logika konkurencji między podmiotami uformowanymi w samodzielne i autonomiczne przedsiębiorstwa, do których zaliczać się mają także takie obszary jak opieka zdrowotna czy edukacja (widzimy to na każdym kroku – fakt, że protestujący w maju pod bramą Uniwersytetu Warszawskiego studenci krzyczeli: „Uniwersytet to nie firma” stanowi przykład potwierdzenia owego zjawiska). Co ważniejsze, wzorzec przedsiębiorstwa wdrożony zostaje w strukturę myślenia jednostki o sobie samej: staje się ona sama dla siebie kapitałem ludzkim, przedmiotem rozlicznych inwestycji w siebie, aby sprostać wymogom opartego na konkurencji rynku.

Tę przemianę widać doskonale w naszej najnowszej historii. Wychodzące z PRL społeczeństwo polskie kierowane neoliberalną ideologią wdepnęło w dziki i nieludzki kapitalizm jak w błoto, z którego do dziś nie potrafi oczyścić obuwia – tej części garderoby, która najdotkliwiej doświadcza niepogody, jako jedyna stale ściera się z podłożem. Funkcję tego obuwia, bez którego nie sposób się obyć, a o które najwięcej należy dbać, pełnią ludzie pracy. Tę prawdę inżynierowie transformacji zapoznali, choć niektórzy z nich raptem dziesięć lat wcześniej wsparli strajki robotnicze skwapliwie i z przekonaniem. Przeprowadzone reformy gospodarcze dyktowane były interesem wielkiego kapitału, który szukał tu miejsca, by się wygodnie zadomowić. Opierających się im wówczas ludzi pracy potraktowano jak dziadowską, anachroniczną przeszkodę, którą trzeba, nie bacząc na wyrządzane przy okazji krzywdy, niezwłocznie usunąć. Strategią, którą przyjęli misjonarze kapitalizmu, było wykluczenie ludzi pracy z powszechnie używanego języka i obrócenie go przeciwko nim. Obraz tych przemian opisała w książce „Prywatyzując Polskę” Elizabeth Dunn, amerykańska socjolożka, która w połowie lat 90. przyjechała do Polski z zamiarem analizy przemian transformacyjnych. Jako „badaczka uczestnicząca” spędziła szesnaście miesięcy w rzeszowskich zakładach Alima, odsprzedanych przez państwo koncernowi Gerber. Pracując jako robotnica i przyglądając się zachodzącym zmianom oraz opłakanym konsekwencjom, jakie miały dla zatrudnionych, na własne oczy widziała, jak wyglądała praktyka budowania nowego człowieka (przedstawiony przez Dunn obraz przemian i stosowanych zabiegów budzi tu faktycznie skojarzenia z totalizującymi ustrojami). Podstawowym krokiem do osiągnięcia tego celu było zbudowanie dychotomii między nowym, zdolnym do przystosowania w zmiennych warunkach, elastycznym, kreatywnym i dynamicznym przedsiębiorcą a reaktywnym, wstecznym, szarym, przywiązanym do kolektywu robotnikiem socjalistycznym. „Reklamy Frugo, ideologia marketingu i zarządzania, a także kontrast między robotnikami a przedstawicielami handlowymi sprawiły, że z jednej strony stały osoby kojarzone z produkcją, zacofaniem, brakiem krytycznego czy analitycznego myślenia, kolektywizmem i nieumiejętnością innowacji, z drugiej zaś – nieprzeciętnie ruchliwi, aktywni, nowocześni menadżerowie czy przedstawiciele handlowi, którzy dzięki swojej samoświadomości wciąż uczyli się czegoś nowego”, komentuje Dunn. Pożądanym podmiotem walczącym o swoje na kapitalistycznym rynku miał być manager traktujący siebie samego jako kapitał inwestycyjny. Jednocześnie, ponieważ załoga zakładu wywodziła się z czasów PRL-u – niektórzy jej członkowie pracowali w niej od początku – zarząd firmy uznał, że nie nadają się oni nawet do przeszkolenia, toteż należy ich traktować nie jako „zasób”, lecz „obciążenie”. „W wyobrażeniu zarządu elastyczność mogła pojawić się na hali fabrycznej tylko w postaci przemiany ilości siły roboczej. A jedynym sposobem zmniejszenia obciążenia uosabianego przez robotników była redukcja zatrudnienia”.

Kto kogo reprezentuje?

Trzeba tu odróżnić dwie rzeczy, bowiem czym innym są wyobrażenia ludzi o tym, kim są, co robią, i konstruowany w oparciu o te wyobrażenia język. Osobnym zgoła problemem jest faktyczny obraz społeczeństwa – strukturalny szkielet z jego podziałem na klasy, grupy zawodowe, organizację władzy. Bezdyskusyjne jest bowiem, że na poziomie tej struktury przedsiębiorcy czy pracodawcy nie stanowią większości, mimo że dominujący język faworyzuje tę grupę społeczną, udzielając jej możliwości upodmiotowienia i opisania własnej sytuacji. Powstaje tu rażący rozdźwięk między tym, co nazwać możemy za Marksem społeczną „bazą”, czyli rzeczywistością ludzkich relacji, i jej „nadbudową”, czyli tym, co ludzie o tych relacjach sądzą, jak je widzą (w dość uproszczonym, trzeba przyznać, schemacie). Gdyby te dwie płaszczyzny był względem siebie adekwatne, mielibyśmy do czynienia z klasycznym ujęciem nowoczesnej polityki, która opierała się na reprezentacji grup czy warstw społecznych i ścieraniu się ich interesów. Takie ujęcie stwarza jednak pewien problem, z którym przyszło się zmagać także teorii marksistowskiej: jak zbudować jednolity front reprezentujący całą klasę robotniczą, w czasie, gdy jej historyczne formy ulegały stale podziałom i różnicowaniu? Kluczową sprawą jest tutaj sama reprezentacja. Nie istnieje ona w czystej postaci, bezpośrednio, lecz wymaga zapośredniczenia przez rozpowszechniony i przyjęty w użyciu język – możemy go także nazwać „ideologią” – który umożliwia identyfikację z interesami i innymi członkami grupy przyjmowanymi niejako wtórnie. Można więc identyfikować się z członkami klasy robotniczej, o ile istnieje język umożliwiający podobną identyfikację (widzieliśmy to na przykładzie filmu „Robotnicy ’80”), pozwalający na opisanie własnej sytuacji życiowej. Może się też zdarzyć, że identyfikacja ta zostanie przeniesiona na przykład na wspólnotę narodową, o ile w danej chwili podobny język będzie najlepszym z dostępnych lub najbardziej dominujący w przestrzeni publicznej.

Problem ten celnie uchwycił francuski marksista Louis Althusser, badając naturę ideologii. Stwierdził on, że każda ideologia ma podobną strukturę, o scentralizowanym kształcie. W samym centrum tej struktury mieści się Wielki Podmiot, czy Wielki Inny, który interpeluje (powołuje) do bycia podmiotami rozproszone wokół siebie jednostki. Do wszystkich jednostek zwraca się z tym samym przekazem, toteż ideologia polega na technice ujednolicenia i uniformizacji. Celem jest zakrycie rzeczywistych stosunków społecznych, ukrycie różnic i antagonizmów między poszczególnymi jednostkami lub zbiorowymi tożsamościami i wpojenie urojonego stosunku do własnych warunków życia. Dlatego polityka, która lekceważy społeczne antagonizmy lub stara się je wyrzucić poza tkankę społeczną, jest ideologiczna par excellence. Przykładem takiej ideologii była ideologia nazistowska: oto wielkoprzemysłowiec mógł iść ramię w ramię ze swoim robotnikiem, przeciwko natrętnemu Innemu, który został wykluczony poza obszar zdrowego społeczeństwa i stawał się przyczyną jego niepowodzeń.

Althusser w swoim tekście „Ideologiczne aparaty państwa”, aby unaocznić mechanizm interpelacji (powołania), odwołuje się do ideologii chrześcijańskiej, w której każda jednostka jest powoływana przez Boga (Wielkiego Innego), by stała się podmiotem zabiegającym o własne zbawienie. Nie znaczy to bynajmniej, że chrześcijaństwo traci swoją objawioną, a przy tym emancypacyjną siłę (Althusser analizując ideologię, postępuje podobnie jak literaturoznawca, który mówi, że biblijny opis stworzenia świata jest rodzajem mitu). Ważne, że taka interpelacja zachodzi także w rzeczywistości neoliberalnej ideologii późnego kapitalizmu, w której każdy powoływany jest do tego, by stał się jedynym uznanym przez kapitalizm rodzajem podmiotu – przedsiębiorcą. „Inwestuj we własny rozwój – mówi Wielki Inny – nie przywiązuj się i ciągle się zmieniaj, bądź elastyczny, traktuj własne ciało i uzdolnienia jak kapitał, a wkrótce nawet jeżeli dziś jeszcze zajmujesz podrzędne, godne wzgardy stanowisko pracownika, będziesz mógł czerpać zyski z pracy innych”.

Powrót pracowników

Teza, że rzeczywiście dzisiaj wszyscy utożsamiają się z przedsiębiorcą jest niewątpliwie zbyt śmiała i niesłuszna, jeśli nie zostanie zniuansowania. Istnieje bowiem residuum społecznej bazy wymykające się tej ideologii przedsiębiorczości. Chodzi tu o grupy zawodowe, które z figurą przedsiębiorcy się mimo wszystko nie utożsamiają. Należą do nich nauczyciele, stoczniowcy, górnicy czy pielęgniarki. Niestety owe grupy są dzisiaj ofiarami chytrej taktyki szczucia jednych przeciwko drugim, na przykład przeciwstawiania interesów pielęgniarek interesom górników. Liczni publicyści, ukrywając prawdziwe źródło niesprawiedliwości społecznej – fortuny zbudowane wysiłkiem zwykłych pracowników – przekonują, że środki finansowe przekazane jednej grupie pracowników drogą niemal naturalnej konieczności muszą zostać odebrane innej.

Jeżeli jednak przyjąć założenie, że kampanie wyborcze i dyskursy dominujących partii konstruuje się w oparciu o fokusowe badania opinii i dostosowuje się je do społecznych identyfikacji, głosząc postulaty przede wszystkim koniunkturalne, i jeśli przez pryzmat takich założeń spojrzeć na ubiegłą kampanię prezydencką, dojść można do bardzo zbliżonych wniosków. W owej kampanii absolutnie wszystkie hasła wyborcze kandydatów skierowane były do przedsiębiorców. Uczestnicy pierwszej debaty stronili od słowa „pracownik” (padło ono dokładnie raz z ust nacjonalisty Mariana Kowalskiego), jakby wszystkie kwestie społeczno–gospodarcze można było rozwiązać, idąc na rękę ciemiężonym przedsiębiorcom.

Łatwo zauważyć, co przedstawione zostało na początku, że obecna kampania odróżnia się istotnie od poprzedniej. Zasadniczą zmianą jest powstanie dwóch lewicowych partii, których programy adresowane są do ludzi pracy. Tak Razem, jak Zjednoczona Lewica poświęcają pracownikom, pracy, kwestii płac obszerne rozdziały w dokumentach programowych, nie poświęcając ich przedsiębiorcom. Co ważne, obie formacje kwestię pracy ujmują przy pomocy języka godności. Jest to bardzo dobry znak. Pytanie, czy język ten miał wystarczająco dużo czasu na zagoszczenie „pod strzechami”, czy ci, którym potrzebny jest do adekwatnego opisu własnej sytuacji, zdążyli się utożsamić z proponowanymi przez te formy myślenia figurami i czy mainstreamowe media wystarczająco często udzielały głosu tym partiom i ich propozycjom. Zwłaszcza to ostanie wydaje się wątpliwe. Jednak jeżeli lewicowy wyborca ma dzisiaj do wyboru większe dobro zamiast mniejszego zła, jest tak dzięki wieloletniej mrówczej pracy wielu środowisk, działaczy, aktywistów, związkowców, którzy nieustannie starali się przebić do mainstreamu z językiem adekwatnym do opisu sytuacji i dążeń tej najpotrzebniejszej, a zarazem najbardziej lekceważonej w ostatnich dziesięcioleciach grupy. Chodzi oczywiście o ludzi pracy.

 

Za krytyczne – niekiedy nawet bardzo – lektury kolejnych wersji tekstu, rozmowy, bez których by nie powstał, i równie ważne uwagi dziękuję Mai, Miszy i Staśkowi. Wszystko, co tu najbardziej wartościowe, im zawdzięczam; cała reszta obarcza mnie.