dwutygodnik internetowy
15.04.2013
magazyn papierowy


Kup
egzemplarz
Magazynu
kontakt
z tym
artykułem

Gruby portfel państwa

Przekonanie, które legło u podstaw polskiej transformacji ustrojowej, mówiło, że im mniej państwa, tym lepiej. Stąd gwałtowna prywatyzacja – bo przecież państwo nie może być dobrym właścicielem. Przyjmowany bezkrytycznie, pogląd ten doprowadził do wielu nieprzewidzianych wcześniej konsekwencji.

Ilustr.: Olga Micińska

Przekonanie, które legło u podstaw polskiej transformacji ustrojowej, mówiło, że im mniej państwa, tym lepiej. Stąd gwałtowna prywatyzacja – bo przecież państwo nie może być dobrym właścicielem. Przyjmowany bezkrytycznie, pogląd ten doprowadził do wielu nieprzewidzianych wcześniej konsekwencji.

 

*

Doskonałym praktycznym wyrazem tego dogmatu polskich elit jest trwający do dziś stereotyp pegeerów. „Złe pegeery”, „straszne pegeery” – takie sformułowania padają praktycznie bez zastanowienia, a mówiący czuje absolutną pewność, przecież nie bez powodu je zlikwidowano, nieprzypadkowo też dawni ich pracownicy do dzisiaj nie umieją się podnieść. W opinii polskich elit pegeer tworzył środowisko, w którym trwale wypaczany był zmysł praktyczny, ludzie uczyli się lenistwa i postawy roszczeniowej. Cały system zrodził tak zwanego „pegeerusa”, specyficzny podgatunek tischnerowskiego „homo sovieticusa”. Tymczasem ta zła opinia nie jest w pełni zasłużona – pegeery, czyli państwowe gospodarstwa rolne były różne – dobrze i źle zarządzane, nowoczesne i zacofane, wypracowujące zysk i pożerające pieniądze.

Mimo to, wszystkie wrzucono do jednego worka w ogniu liberalnych reform. Przyczyny niechęci reformatorów do zjawiska pegeerów mogły być dalekie od rzetelnej oceny ekonomicznej. Więcej – źródłem poglądów elit III RP na pegeery mogły być poprzedzające je elity komunistyczne. W niedawnym wywiadzie dla „Gazety Świątecznej” (19.01.2013) Jerzy Stuhr opowiada o okolicznościach powstania „Wodzireja”. Film pierwotnie miał być kręcony w Warszawie, interwencja władz przeniosła go jednak na prowincję. W stolicy, w pobliżu Komitetu Centralnego, kumoterstwo i niejasne interesy występować nie mogły. Co innego w świecie małych miasteczek czy wsi – „nieprawidłowości” mogły się tam pojawiać, by dobra władza centralna mogła popisywać się ich prostowaniem. Cóż lepszego niż obraz dobrego gospodarza z Warszawy, który jedzie w teren, by problemy diagnozować i naprawiać. III RP przejęła tę perspektywę i zdecydowała, że najskuteczniej wyleczy się chorobę, zabijając pacjenta (być może niechęć elit podsycało również postrzeganie pegeerów jako majątków ziemskich z nieprawego łoża, tworów od samego początku naznaczonych kradzieżą).

Autorzy reform gospodarczych przyjęli dwa założenia – że pegeery są niefunkcjonalne oraz że prywatne gospodarstwa będą działały lepiej. Postanowili przez Morze Czerwone przeprowadzić polskie rolnictwo do gospodarki rynkowej. Zaordynowana prywatyzacja pegeerów została niestety położona koncertowo. Ówcześni ich zarządcy dostali dość czasu na kreatywne zaniżenie wartości podległych im przedsiębiorstw tak, że wielu wykupiło je za niewielki procent realnej wartości. Dla państwa była to wielka utrata majątku. Być może jednak błędów nie dało się uniknąć, a mimo to warto było zapłacić wysoką cenę za powstanie nowej grupy przedsiębiorców rolnych, wprawionych w konkurencji i znających zasady wolnego rynku. Rzecz w tym, że niechcący stworzyliśmy też całkiem nową, szarą strefę. Brak obowiązku pełnego księgowania powoduje, że sukcesorzy pegeerów chętnie omijają podatki za sprzedaż produktów rolnych i wypłacają swoim pracownikom dwie pensje – oficjalną, „rządową” oraz nieoficjalną dopłatę. Nie jest jasne, w jaki sposób taki stan rzeczy mógł być zaakceptowany przez polskich reformatorów.

 

*

Inny przykład z tej samej branży. Kiedy Gabriel Janowski protestował na sejmowej mównicy przeciwko sprzedaży polskich cukrowni kapitałowi niemieckiemu, wyśmiewany był jako pieniacz (prawdą jest, że nie pomógł sprawie swoim niewyjaśnionym do dziś zachowaniem na sejmowym korytarzu). Kapitał jest bezpaństwowy – mówiono, wszystkich traktuje równo. Sprzedaż nie rodzi żadnego zagrożenia. Od tego czasu część sprywatyzowanych cukrowni zamknięto, a produkcję przeniesiono do Niemiec. Polska stała się na tym polu krajem surowcowym – tanio sprzedaje buraki, drogo kupuje cukier. O ile na to ostatnie wielu się oburzało, nie dało się słyszeć wyraźnej oceny polityki prywatyzacyjnej państwa.

Być może więc kapitał ma ojczyznę – wbrew neoliberalnemu, zapożyczonemu wprost od Marksa poglądowi?

 

*

Przykład z innej branży. W audycji radiowej o prywatyzacji Polskich Kolei Linowych czterech ekonomistów spiera się o sensowność transakcji. Nagle jeden z nich wspomina, że jechał niedawno kolejką na Kasprowy i był bardzo niezadowolony z obsługi. Pozostali dyskutanci natychmiast dorzucają uwagi o podobnych przykrościach, które spotkały ich na państwowym gruncie. Oto kolejny dogmat naszego liberalizmu. Pracownik firmy państwowej to pracownik z „komunistyczną” mentalnością (a zatem prawdopodobnie pokazowy przykład homo sovieticusa). Znudzony, zblazowany, niezadowolony, zły. Firma, w której pracuje, to „głęboka komuna”. Ciekawe, kiedy panowie ekonomiści ostatni raz dzwonili do operatora swojego łącza internetowego. Albo też reklamowali telefon w jednej z dużych sieci komórkowych. Polecam, można się podbudować i na własnym ciele zobaczyć, o ile lepiej traktują klienta firmy prywatne. Tylko czy wolno przez analogię nazwać to „głębokim kapitalizmem” – bo przecież przymiotnik „dziki” został już zagospodarowany?

 

*

Pogląd, którego przykłady zostały przedstawione powyżej, źle wpłynął na zdolności poznawcze polskich elit. O ile bowiem zdanie „w firmach państwowych panuje komuna” można – przy odrobinie dobrej woli – nazwać uproszczoną obserwacją rzeczywistości, to istnieje więcej niż jedna droga naprawienia patologii, o której ta obserwacja mówi. Wbrew forsowanym w Polsce poglądom, prywatyzacja nie jest jedyną możliwością. Można bowiem podjąć próbę reformy własności państwowej.

Możliwe, że zadanie to przerasta polskie elity. Możliwe, że nie podejmują się go, kierując się brakiem pewności własnej silnej woli. Bo przecież firmy państwowe to atrakcyjne stanowiska do rozdzielenia – zarządy, rady nadzorcze. Polska elita nie ma do siebie zaufania, woli więc pokusę oddalić, by ratować sumienie (istnieje oczywiście złośliwe i całkowicie nieuprawnione tłumaczenie mówiące o tym, że interesy na państwowym można robić nawet skuteczniej w trakcie prywatyzacji). Przykład USA pokazuje jednak, że także i w gospodarce o wiele bardziej wolnorynkowej niż nasza mogą powstać brzydkie pokusy i szkodliwe układy. Jeśli prawdziwa jest teza, że do kryzysu doprowadziło zblatowanie elit trzech sfer – administracji rządowej, wielkich korporacji finansowych i elitarnych wydziałów ekonomii i zarządzania, nie sposób zrozumieć, w czym takie rozwiązanie wyprzedza obmierzłą niesprywatyzowaną Polskę. Chyba tylko w większej zdolności do wygenerowania niewyobrażalnych bogactw dla niewielkiej grupy.

 

W czasach, gdy w Europie rosną nastroje protekcjonistyczne, boleśnie przekonujemy się, że kapitał ma jednak ojczyznę. Francja, Niemcy, Włochy naciskają na swoich potentatów motoryzacyjnych, a ci posłusznie przenoszą produkcję do macierzystych krajów. Polscy publicyści dostrzegają problem, nawołują jednak, by Polska nie szła tą drogą, bo protekcjonizm to malejąca konkurencyjność firm. Może i tak – ale można wyobrazić sobie protekcjonizm o innej twarzy (w naszym kraju wręcz trzeba, trudno bowiem powiedzieć, skąd polscy giganci przemysłu mieliby wracać produkcję do Polski). Protekcjonizm po polsku mógłby objawiać się dbałością o firmy państwowe – o ich rzeczywiste odpolitycznienie, wprowadzenie niezależnych mechanizmów kontroli, stworzenie sensownej polityki inwestycyjnej. Warto zastanowić się, w jakim stopniu dopuszczać firmy prywatne do zarządzania wspólną przestrzenią (nazywaną powszechnie przestrzenią publiczną, co skutecznie osłabia poczucie przynależności). Przykładowo – czy należącymi do Warszawy przejściami podziemnymi w okolicy Dworca Centralnego musi zarządzać zewnętrzna spółka? W jaki sposób zwiększamy konkurencyjność polskich firm, oddając jedyny dostępny zasób tego rodzaju w ręce jednego podmiotu? Równie dobrze to zadanie mogłoby wziąć na siebie miasto, a wypracowany zysk przeznaczyć na inne cele wspólne. Tego rodzaju postulaty wiążą się rzecz jasna z koniecznością odrzucenia wspomnianych wcześniej dogmatów i nabraniem przekonania, że państwowe może być dobre. Jeśli nie chcemy bezczynnie czekać przez pokolenia na obiecany polski kapitał (i – obowiązkowo – polski Microsoft, w zgodzie z dogmatem o cyfryzacji), możemy nie mieć innego wyboru.

A w zetknięciu z rosnącymi dywidendami z firm państwowych, minister Rostowski mógłby zarzucić swoje fotograficzne hobby.

 

Dziękuję Janowi Mencwelowi za argumenty dotyczące Polskich Kolei Linowych.

 

Przeczytaj inne teksty Autora.

  • http://www.facebook.com/lukaszkusmierz Łukasz Kuśmierz

    “Można bowiem podjąć próbę reformy własności państwowej” – nie ma czegoś takiego jak “własność państwowa”. To moja, Twoja własność, którą zarządza, owszem, państwo. Pytanie na ile za moim, Twoim przyzwoleniem?

    • PC

      Łukaszu, abstrahując do tego, że to jest troszkę mityczno-odrealniona logika, bo korzystając z niej, można równie dobrze powiedzieć, za rezolucja ONZ w sprawie prawa człowieka do wody, sprawia, że woda jest dobrem wspólnym i ty też masz prawo do Nałęczowianki, kiedy poczujesz taką potrzebę. No więc abstrahując od tego, myślenie takie jest skrajnie liberalno-europocentryczne. Nie w każdym systemie polityczno-filozoficznym na świecie, obecnie jak i historycznie, państwo traktowane jest wyłącznie jako pośrednik do zarządzania. Tym samym, warto dyskutować o tym, jakie są możliwości i jak chcemy aby to wyglądało. No i nie zapominaj, że państwo, zgodnie z prawem międzynarodowym, posiada podmiotowość prawną, co znaczy, że jest czymś więcej niż pośrednikiem.

      • Jarosław Ziółkowski

        Nie wdając się w spór o naturę państwa:

        Ministerstwo Skarbu jest właścicielem akcji różnych spółek, podobnie jak samorządy. Z tego powodu można mówić o własności państwowej (ale i o samorządowej, o której zapomniałem). Zwolennik tezy Łukasza Kuśmierczyka powie, że jest to wyrażenie skrótowe, bo to obywatele są prawdziwymi właścicielami, a państwo tylko pośrednikiem (jak to uchwycił PC). PC powie, że wyrażenie “własność państwowa” opisuje sytuację, w której pewien podmiot (państwo) ma jakiś stan posiadania.

        Nie przywiązuję specjalnej wagi do tego rozróżnienia. Zgadzam się z PC, że można i trzeba dyskutować nad organizacją tego co nazwałem “własnością państwową”, Łukasz Kuśmierczyk natomiast trafnie uchwycił postawę, której oczekiwalibyśmy od administracji rządowej (samorządowej) – chcielibyśmy by myśleli o zarządzanej przez siebie własności jako o dobru wspólnym. Podobnie jak chcielibyśmy, żeby ludzie na ulicy, w pociągu i autobusie myśleli o przestrzeni, w której się znajdują jako o dobru wspólnym i otaczali ją podobną troską jak własne samochody, mieszkania, etc.

  • manny

    Z niecierpliwością czekam na kolejny odcinek, tym bardziej, że jeśli dobrze przewiduję kierunek, w jakim zmierza fabuła, pojawią się w nim w końcu smoki i elfy, których brak w tej części zdecydowanie raził…

    • Jarosław Ziółkowski

      W tym odcinku miały się pojawić krasnoludki, ale niestety zabrakło mi fantazji.

  • ignacy

    ad cukier: Nie jest dla mnie jasna Twoja teza. Czemu jakiś właściciel (domyślam się, że wskazujesz na Niemców) miałby przenosić produkcję do kraju, gdzie jest droższa i w ten sposób obniżać swoje zyski? Jeśli robi to tylko z miłości do swojej ojczyzny, to czemu w to miejsce nie powstały nowe firmy w miejsce sprywatyzowanych i zlikwidowanych, skoro zysk był pewny?

    ad. własność państwowa: wiara w możliwość “rzeczywistego odpolitycznienia, niezależnych mechanizmy kontroli i sensowną politykę inwestycyjną” jest piękna, ale czy znasz jakieś przykłady krajów, gdzie coś takiego się udało na dużą skalę? w Polsce wiele jest doświadczeń, które pokazują, że “brak pewności własnej woli” wśród elit nie jest bezpodstawny. Może w takiej sytuacji lepszym protekcjonizmem będzie zapewnienie dobrych warunków do rozwoju polskich firm oraz zachęcanie zagraniczncyh do inwestowania w Polsce (np. poprzez deregulację, usprawnienie administracji, przemyślany system wsparcia dla polskich eksporterów).?

    ad własność państwowa: Twoja teza o “zblatowaniu elit” jako przyczynie kryzysu jest mocno uproszczona (równie dobrze można bezkrytycznie przyjąć tezę o błędnych regulacjach i bodźcach tworzonych przez rząd, które doprowadziły do bańki i poczucia wielu banków że są “too big to fail”) – ale idąc tym tropem, czy w sytuacji państwowej własności dużych firm takie “zblatowanie” nie jest jeszcze silniejsze? a zatem występuje potencjalnie więcej miejsc, gdzie jest ryzyko poniesienia ogromnych kosztów przez podatników (bo który rząd się zgodzi na upadek dużej państwowej firmy)?

    ciekaw jestem Twoich odpowiedzi.

    Ignacy Ś.

  • Jarosław Ziółkowski

    Ad cukier: Moja teza nie dotyczyła firm niemieckich – po prywatyzacji rzeczywiście nie ma powodu, żeby nowy właściciel nie mógł przenosić produkcji gdziekolwiek tylko ma ochotę. W ich wypadku było to uzasadnione koniecznością cięcia kosztów (polski przemysł cukrowy rzeczywiście nie był w owym czasie zbyt dobrze zarządzany) i korzyściami płynącymi z koncentracji.

    Teza, którą chciałem postawić dotyczyła raczej sensu wybranej formy

    prywatyzacji. Czy była konieczna w tamtym momencie? Niekoniecznie – sukces spółki Polski Cukier (KSC), jedynej grupy cukrowni, która pozostała w polskich rękach pokazuje możliwą alternatywę. Można było rozbić własność na kilka spółek krajowych. Zwłaszcza, że od samego początku zakładano prywatyzację KSC w modelu pracowniczo-plantatorskim, który gwarantuje pozostanie produkcji w kraju (proces, który nawiasem mówiąc nadal trwa i wzbudza kontrowersje), przy jednoczesnej zmianie struktury własnościowej.

    Co do pytania o to, dlaczego w miejsce zamkniętych cukrowni nie powstały nowe, „skoro zysk był pewny” – to silny retorycznie argument, który niestety upraszcza rzeczywistość. Podaż surowca w rolnictwie nie może rosnąć w nieograniczony sposób – ktokolwiek chciałby wejść na rynek musiałby konkurować cenami skupu (z bogatymi firmami niemieckimi), które dołożone do kosztów startowych (infrastruktura, know-how) mogłyby czynić przedsięwzięcia mało opłacalnym w krótkim terminie, odsuwając zyski w daleką przyszłość. Kto miałby zdecydować się na taką inwestycję? Polscy biznesmeni z głębokimi portfelami wolą szukać ropy w Kazachstanie.

    Ad własność państwowa [2]: teza o „zblatowaniu elit” jako przyczynie kryzysu nie jest moja, dlatego poprzedziłem ją zastrzeżeniem „jeśli prawdziwa jest teza”. Przyjmowanie pojedynczej przyczyny rzeczywiście byłoby naiwne, myślę jednak, że uznanie jej za jedną z wielu przyczyn już tak naiwne nie jest i to miałem na myśli, w tekście zabrakło pewnie precyzji. Wyizolowałem ją dlatego, że była interesująca w moim argumencie, bo – jeśli prawdziwa – pokazuje, że układy interesów nie wiążą się z formą posiadania, a z ilością przepływających pieniędzy.

    Być może wielkie korporacje z jednej i duże firmy państwowe z drugiej strony to dwa ekstrema (ostatecznie amerykański podatnik poniósł koszty ratowania wielkich korporacji finansowych i reperował budżety ich zwalnianych szefów), wygląda jednak na to, że trudno utrafić w środek. Możemy się kłócić, które ekstremum jest lepsze, mnie bardziej interesujące wydaje się to, że Skarb Państwa nadal zarządza pewną ilością firm. Może to robić byle jak – jako neurotyczny właściciel, który swoim posiadaniem pogardza, bo wydaje mu się, że zna lepsze (prywatne) formy własności. Taki właściciel nie tworzy jasnych strategii, nie motywuje do dobrego zarządzania, wreszcie sprzedaje za część kwoty, którą mógłby uzyskać. Może też przestać wartościować – własność państwowa zła, własność prywatna dobra – i stać się faktycznym właścicielem, który jeśli sprzedaje, robi to w najlepszym dla siebie momencie, biorąc pod uwagę wszystkie swoje interesy.

    Ad własność państwowa [1]: zgadzam się, że to co napisałem o odpolitycznieniu i kontroli to wizja w jakiejś mierze utopijna, dość trudno jednak w polskiej rzeczywistości uwierzyć w pełną realizację programu, który Ty zaproponowałeś. Nie wydaje mi się zresztą, żeby te programy w pełni się wykluczały – myślę, że mogą iść w parze. Moja utopia nie jest wszechogarniająca – nie postuluję powrotu do wielkich państwowych monopoli, odwrócenia procesu prywatyzacji, który już się dokonał. Przykładam tę utopię raczej do tego co napisałem we wcześniejszym akapicie – państwo nadal ma jakąś własność i powinno nauczyć się nią gospodarować. Także w przyszłości państwo będzie właścicielem i dobrze, żeby istniały mechanizmy dobrego zarządzania nią.

    Dwa z trzech przykładów, którymi się posłużyłem nie przypadkowo pochodzą z rolnictwa. Nie jest tajemnicą, że to bardzo mocno dotowana gałąź gospodarki w Unii Europejskiej, z różnymi poziomami dopłat w poszczególnych krajach i z różnych przeznaczeniem tychże dopłat. Nie jest więc tak, że mówimy o w pełni otwartym systemie gospodarczym, nie jestem w związku z tym pewien, czy wolnorynkowe argumenty działają tu niezawodnie. Możliwe natomiast, że przykład Polskiego Cukru sugeruje, że warto zastanowić się nad możliwymi modelami prywatyzacji, czego akurat w moim tekście brakuje.