dwutygodnik internetowy
14.11.2016
magazyn papierowy


Kup
egzemplarz
Magazynu
kontakt
z tym
artykułem

Globalny przemysł rozwojowy

„Pomoc” przedstawiana jest często jako forma altruizmu, bezinteresowny akt, który ma przynieść ulgę tym, którzy jej potrzebują. Można jednak dostrzec wyraźne drugie oblicze tego zjawiska, sięgające jeszcze czasów kolonialnych. Przyjrzyjmy się temu, jak „wynaleziono” pomoc rozwojową.

ilustr.: Monika Grubizna

ilustr.: Monika Grubizna

Artykuł pochodzi z 30. numeru papierowego Magazynu „Kontakt” pod tytułem „Dobra wspólne”.

1.

„Rozwój”, „pomoc humanitarna”, „dobroczynność” czy „filantropia”. Pojęcia te mają różny kontekst znaczeniowy oparty na odmiennej ewolucji tych zjawisk, które jednak w XX wieku zaczęły się do siebie niepokojąco zbliżać, rozpływając się w jednym, bardzo szerokim, dyskursie rozwojowym. Zwłaszcza w relacjach Zachodu z nie-Zachodem. Będę się więc w eseju tym posługiwał słowem „pomoc” jako zbiorczym terminem opisującym wszystkie powyższe zjawiska.

Większość dyskursu na temat pomocy jest zdominowana przez ukryte lub jawne przekonanie, że dobre intencje są wystarczające, mogą być jedynym kryterium ewaluacji polityki pomocy i że kwestionowanie jej skuteczności, jej moralności czy zarzucanie utylitarności, jest ze swej natury niewdzięcznością godną potępienia. Wspólne stanowisko „społeczności pomocowej” jest więc takie, że samo pytanie o sens pomocy jest „niekonstruktywne” i tylko szkodzi biednym. Spróbujmy się tym przez jakiś czas nie przejmować.

2.

Kiedyś to organizacje charytatywne i misjonarze intensywnie uczestniczyli w kolonizacji i kontroli obszarów niezachodnich. Towarzystwa misyjne i organizacje społeczne były wówczas kluczowymi podmiotami w prowadzonej wojnie ideologicznej, która była „miękką” formą zapewnienia kontroli nad zachowaniami podbitych ludów. Choć kolonialna filantropia była motywowana przekonaniami religijnymi, współczuciem czy poczuciem winy, była też podszyta strachem. Innymi słowy, dobroczynność niosąca pomoc („kolorowym”) biednym służyła również ochronie („białych”) bogatych.

Problem rozwoju stał się jedną z najważniejszych kwestii w stosunkach międzynarodowych po II wojnie światowej. Pojawienie się wertykalnego podziału świata – oprócz horyzontalnego Wschód-Zachód – na kraje rozwinięte i rozwijające się było brzemiennym w skutki wydarzeniem. Państwa pozaeuropejskie, wybijające się na niepodległość i zrzucające jarzmo kolonializmu, zostały zakwalifikowane do tej drugiej kategorii, zaś państwa rozwinięte – przy udziale organizacji międzynarodowych – zaczęły snuć plany, jak zapewnić rozwój wszystkim krajom świata.

Zachodnia nauka i technologie wydawały się lekiem na wszystkie bolączki dręczące tak zwany Trzeci Świat. Wiara w oświeceniowy racjonalizm oraz słuszność wynikających z niego twierdzeń spowodowały bezkrytyczną aplikację zachodniego modelu modernizacji. A rozwój miał torować drogę do osiągnięcia cech charakteryzujących gospodarki bogatych państw Północy: wysokiego stopnia industrializacji i urbanizacji oraz nowoczesnego rolnictwa. Procesy te miały się dokonywać poprzez pomoc zagraniczną, pożyczki czy inwestycje. Zakładano, że jeśli zapewnione zostaną odpowiednie ilości kapitału i technologii, luka rozwojowa zostanie zniwelowana. W ten sposób po raz kolejny z gruntu altruistyczna i szlachetna idea, żeby „wszystkim żyło się lepiej”, stała się listkiem figowym działań, które miały zapewnić realizację zachodnich idei w niezachodnim świecie. W procesie planowania rozwoju niewiele było bowiem miejsca dla tych, których ten rozwój rzeczywiście miał dotyczyć.

3.

Chociaż idea i praktyka rozwoju wspólnotowego (w ramach określonej społeczności lokalnej) istniała w okresie kolonialnym, organizacje charytatywne zaczęły posługiwać się pojęciem „rozwoju” znacznie później, gdy rząd USA i agencje międzynarodowe postanowiły scharakteryzować pół świata jako „słabo rozwinięte” i opisywać „rozwój” jako uniwersalny cel. Za początek dyskursu rozwojowego uważa się przemówienie inauguracyjne prezydenta Stanów Zjednoczonych Harry’ego Trumana, który 20 stycznia 1949 roku ogłosił konieczność budowy „sprawiedliwego układu demokratycznego” (democratic fair deal) dla całego świata, wieszcząc swoje optymistyczne przekonanie, że dobrobyt „skapnie” w naturalny sposób na najbiedniejsze kraje i regiony, ale również deklarując pomoc rozwojową ze strony USA w celu wspierania tego procesu. Kierowało nim przeświadczenie, że rozwój tak zwanego Trzeciego Świata polega na podążaniu tą samą ścieżką postępu od tradycji do nowoczesności, jaką przebyła większość krajów rozwiniętych. Tym samym jednak wskazał Afrykę, Azję i Amerykę Łacińską jako „obszary nierozwinięte” (underdeveloped areas), które potrzebują „rozwoju”.

Po II wojnie światowej Zachód narzucił więc wizję świata, w której obok społeczeństw rozwiniętych pojawiły się te nierozwinięte. Ten „niedorozwój” (underdevelopment) stał się przeciwieństwem rozwoju w binarnym świecie stworzonym przez kraje rozwinięte. Tym samym zaczęto dostrzegać nieprawidłowości istniejące w tak zwanym Trzecim Świecie, które jednocześnie stawały się diagnozą braku rozwoju. Zachód tym samym najpierw odkrył „niedorozwój”, a następnie wszelkie jego przejawy: „biednych”, „niedożywionych”, „analfabetów”, „bezrolnych chłopów” czy „skorumpowanych”, którzy musieli zostać poddani procesowi uzdrawiania i reformowani. Po zdiagnozowaniu chorób można było z europejską racjonalnością zacząć aplikować lekarstwa, co stało się instrumentem władzy nad dawnymi koloniami i utrzymania nad nimi kontroli. Jak zauważył Arturo Escobar: „Dążąc do wyeliminowania wszelkich problemów, w rzeczywistości mnożono je w nieskończoność”.

ilustr.: Monika Grubizna

ilustr.: Monika Grubizna

4.

Wyłaniający się po II wojnie światowej dyskurs rozwojowy dostarczał dogodnego, racjonalnego uzasadnienia dla dwóch różnych grup działających wówczas organizacji dobroczynnych. Pierwsza składała się głównie z zagranicznych towarzystw misyjnych i instytucji charytatywnych, które były obecne w koloniach przed osiągnięciem przez nie niepodległości; druga to organizacje takie jak Oxfam, Save the Children i Plan International, które nie były bezpośrednio związane z koloniami i powstały w czasie II wojny światowej.

Każda z tych grup miała rozmaite motywacje do przyjęcia koncepcji rozwoju i, przynajmniej początkowo, każda z nich miała bardzo różne relacje z oficjalnymi organami, które dominowały w tym obszarze. Chociaż wzrastał ruch antykolonialny, kolonialne towarzystwa misyjne i organizacje charytatywne były wyraźnie skażone swoim związkiem z dotychczasowym rasistowskim uciskiem. Kolonialne uzasadnienie „opieki” (trusteeship) nie było już dłużej akceptowalne. W obliczu ich potencjalnego upadku musiały całkowicie się przekształcić. Jak? Po pierwsze, „zindygenizowały” swoje administracje, stopniowo zastępując biały personel wykształconymi tubylcami. Po drugie, zmieniły nastawienie ideologiczne, zastępując jawny rasizm z przeszłości nowym dyskursem rozwojowym, który dopiero zaczynał się kształtować na arenie międzynarodowej. Nowy dyskurs oferował alternatywny język i zestaw praktyk, które, przynajmniej powierzchownie, były wolne od znaczeń rasowych, jednocześnie tworząc powiązanie emancypacji z perspektywą „postępu”, który przyniósłby korzyści wszystkim. Towarzystwa misyjne „odkryły” ubóstwo i zaczęły potępiać uprzedzenia rasowe, które stworzyły tę biedę, z takim samym przekonaniem, jak wcześniej uzasadniano wykluczenie rasowej równości. Nowe uwarunkowania zmusiły je jednak do zrekonstruowania siebie w formule rdzennych „pozarządowych organizacji rozwojowych”.

W przeciwieństwie do swoich odpowiedników kolonialnych organizacje charytatywne czasu wojny nie kojarzyły się niekorzystnie z reżimami rasistowskimi. Po zakończeniu II wojny światowej stanęły one przed wyborem: zakończenie działalności lub ekspansja na nowe obszary i nowe kontynenty. Oxfam, Plan International i Save the Children były wśród niewielu organizacji, które zdecydowały się rozszerzyć dotychczasowe działania humanitarne poza granice Europy. Koncepcja „rozwoju” pomogła im rozwiązać istniejący problem marketingowy poprzez dostosowanie dotychczasowego, rasistowskiego dyskursu do słownictwa zgodnego z erą nowoczesności. Afrykanie czy Azjaci nie byli już więc „niecywilizowani”, zamiast tego stali się „nierozwinięci”. Tak czy inaczej, „cywilizowani” lub „rozwinięci” Europejczycy mieli do odegrania ważną rolę w „ucywilizowaniu” lub „rozwinięciu” tak zwanego Trzeciego Świata.

5.

Cały dyskurs rozwojowy silnie nawiązuje więc do czasów kolonialnych. Zastąpiono jedynie słowo „prymitywny” terminem „tradycyjny”, a „cywilizowany” – określeniem „nowoczesny”. W relacjach związanych z udzielaniem pomocy rozwojowej albo humanitarnej występują dwa podmioty: „darczyńca” – dawca pomocy rozwojowej oraz „beneficjent” – jej odbiorca. Dziewiętnastowiecznych „dzikich” czy dwudziestowiecznych „tubylców” zastąpili „beneficjenci” czy „biedni”. „Bogata” Północ jest „rozwinięta” i „postępowa”, zaś „biedne” Południe „wsteczne”, „zdegenerowane” i „nierozwinięte”. W dobie zwycięstwa nad kolonializmem, zachodnim organizacjom pozarządowym łatwo było poczuć romantyczny entuzjazm wobec „niesienia rozwoju ludności” w nowych niepodległych państwach. Ale prawdziwym problemem było to, że dominujący dyskurs rozwoju nie był sformułowany w języku emancypacji i sprawiedliwości, ale w ramach retoryki dobroczynności, wiedzy technicznej, neutralności i głębokiego paternalizmu (choć z udziałem retoryki rozwoju uczestniczącego).

Podobnie jak w przypadku rasistowskich ideologii z przeszłości, dyskurs rozwoju nadal widział mieszkańców niezachodniego świata z perspektywy postrzeganej rozbieżności z normami kultury Zachodu i z powielaną hierarchią społeczną, która panowała pomiędzy grupami w czasie kolonializmu. Na tej podstawie tak zwany Trzeci Świat i jego mieszkańcy byli (i są nadal) opisywani nie przez to, kim są, ale jedynie przez to, kim nie są. Tak więc, są oni chaotyczni, a nie uporządkowani; tradycyjni, a nie nowocześni; skorumpowani, a nie uczciwi; nierozwinięci, a nie rozwinięci; irracjonalni, a nie racjonalni – czyli pozbawieni tych wszystkich cech, które zakłada się, że mają mieszkańcy Zachodu. Biały Zachód wciąż reprezentuje nosicieli „cywilizacji” i jedyne podmioty działające na rzecz rozwoju, natomiast „kolorowi”, postkolonialni „Inni” nadal są postrzegani jako „niecywilizowani” i „ciemni”, będący jedynie tegoż rozwoju przedmiotami.

6.

Nie wolno też zapominać, że historia pomocy zagranicznej – poza innymi kwestiami, zarówno dobrymi, jak i złymi – jest opowieścią o zmieniających się modach i związanym z tym modnym żargonem. W pewnym momencie takim krzykiem mody stał się „zrównoważony rozwój”, co jednocześnie sugerowało, że dotychczasowe wysiłki były „niezrównoważone”. W latach dziewięćdziesiątych w ramach Unii Europejskiej karierę robił termin „spójność społeczna” i każdy projekt rozwojowy musiał spełniać te kryteria, które przede wszystkim odpowiadały realiom wewnątrzeuropejskim, w niewielkim stopniu uwzględniając lokalne realia bądź kontekst. Podobnie raporty z owej dekady o braku efektywności dotychczasowej pomocy spowodowały uznanie – zgodnie z doktryną neoliberalną – że właściwsze będzie przekazywanie wsparcia rozwojowego poprzez NGO. W efekcie, obecnie istnieje ponad dwieście wielostronnych i tysiące prywatnych agencji pomocowych, dużych i małych, w tym około 18 tysięcy międzynarodowych organizacji pozarządowych.

Kraje rozwijające się mają teraz setki zagranicznych grup pomocowych, pracujących z ich rządami i miejscowymi organizacjami pozarządowymi. Filantropia korporacyjna urosła do ogromnych rozmiarów dzięki nowym, prywatnym fundacjom charytatywnym, takim jak ta Billa i Melindy Gatesów. Choć liczba dawców na dany kraj wzrosła, średnia wielkość projektów pomocowych się skurczyła. Wszystko to oznacza, że z dużym prawdopodobieństwem praca w nich jest rozrzutnie duplikowana i że agencje pomocowe konkurują ze sobą o uwagę, fundusze i współpracę rządową. Ponieważ są one nagradzane za wyznaczanie celów, a nie ich osiąganie, prowadzi to do powstania zjawiska, które ekonomiści nazywają „tragedią wspólnego pastwiska” (the tragedy of the commons), opisując stan, w którym indywidualny zysk jednego z członków danej społeczności prowadzi do strat społeczności jako całości. Te uwagi dotyczą też sektora humanitarnego, który w ciągu ostatnich trzech dekad powiększył się wykładniczo. Wcześniej był to mały element w ramach szerszego kompleksu rozwojowego, obecnie zaś przemienił się w gigantyczny, globalny i nieuregulowany przemysł. W ramach tego przemysłu takie wielkie organizacje charytatywne jak Oxfam czy CARE zwiększyły swoją siłę i wpływy, jednocześnie będąc w niewielkim stopniu (bądź wcale) poddawane niezależnej kontroli.

7.

Jak każdy wielki biznes, przemysł rozwojowy odpowiada nie tylko na globalny popyt, ale również kształtuje świat i jego „potrzeby” w swoim własnym interesie. Istnieją podstawy do stwierdzenia, że przemysł rozwojowy stał się wielkim, wielonarodowym sojuszem globalnych korporacji. Jedną z ważniejszych zmian, jakie w ostatnich dekadach zaszły w ogólnej strukturze przemysłu rozwojowego jest wspomniana już rosnąca rola organizacji pozarządowych z Północy w wydatkowaniu środków publicznych na „pomoc”.

NGO z Północy nie są już finansowane tylko „na zasadzie dobrowolności z datków opinii publicznej”; najczęściej, i w ciągu ostatnich kilku lat w coraz większym stopniu, ich sponsorami są dwustronne i wielostronne agencje. Od lat siedemdziesiątych, a proces ten uległ przyśpieszeniu w połowie lat osiemdziesiątych, udział funduszy rządowych w udzielaniu „pomocy” za pośrednictwem NGO znacznie wzrósł – z 2,7 miliarda USD w 1970 roku do 3,6 miliarda USD w 1983 roku, a następnie do 7,2 miliarda USD w 1990 roku. W latach osiemdziesiątych tempo wzrostu oficjalnej pomocy rozwojowej udzielanej poprzez NGO prawie pięciokrotnie wyprzedziło szybkość wzrostu samej Oficjalnej Pomocy Rozwojowej. Organizacja Współpracy Gospodarczej i Rozwoju obliczyła, że na początku lat dziewięćdziesiątych łączne wydatki NGO z Północy na ten cel wynosiły od 9 do 10 miliardów USD rocznie. To zjawisko zostało szeroko skrytykowane zarówno w literaturze naukowej, jak i w pracach bardziej popularyzatorskich, takich jak reporterskie przekazy Grahama Hancocka – „Lords of Poverty” (1989) – czy Lindy Polman – „Karawana kryzysu. Za kulisami przemysłu pomocy humanitarnej” (2008).

8.

W europejskim dyskursie rozwojowym kluczowe znaczenie odegrała bieda. Jak pisze Arturo Escobar, do końca II wojny światowej nikt specjalnie się nią nie przejmował, aż nagle stała się ona kluczowym punktem odniesienia w kontekście Azji, Afryki i Ameryki Łacińskiej.

Nadanie biedzie szczególnego znaczenia jako kategorii analitycznej sprawiło, że pogłębiała się infantylizacja tak zwanego Trzeciego Świata, którego jedynym dorosłym przewodnikiem stał się Zachód. Od tego momentu starano się naukowo opisać „biedę”, posługując się różnego rodzaju wskaźnikami i statystykami. W ten sposób definiowani są ubodzy względnie i bezwzględnie oraz wyznaczana jest granica egzystencji. Bieda – jedna z podstawowych kategorii dyskursu rozwojowego – jest przede wszystkim konstruktem społecznym, produktem politycznego procesu interpretacji i etykietowania, w ramach którego przyjęte strategie jej zwalczania odzwierciedlają dominujące konceptualizacje.

Mówienie o mieszkańcach nie-Zachodu, że są biedni, odzwierciedla nasze subiektywne przekonanie o ich statusie społecznym. W takim podejściu uznajemy, że ludzkie pragnienia i potrzeby są z gruntu takie same, więc jeśli ktoś nie ma tego, co my mamy, jest niezaprzeczalnie biedny. Innymi słowy, to nie-biedni – poprzez etykietowanie – konstruują biednych. Dzieje się to za pomocą zarówno języka, jak i obrazów. Tymczasem Peter Townsend przekonuje, że nawet fizjologiczne potrzeby (w tym jedzenie) są definiowane w określonym kontekście historyczno-kulturowym i poza nim niewiele mówią o rzeczywistej kondycji społeczno-gospodarczej.

ilustr.: Monika Grubizna

ilustr.: Monika Grubizna

9.

Stereotypizacja biednych jest więc procesem wykazywania ich ułomności w społeczeństwie danego kraju albo w społeczności międzynarodowej. Biedni w społeczeństwie konsumpcyjnym nie mogą w pełni konsumować, a więc są ułomni i niezdolni do podejmowania szeregu działań. Ruth Lister pisze, że proces stygmatyzacji biednych, traktowanie ich jako „Innych” „działa jak «strategia symbolicznego wykluczenia», która sprawia, iż łatwiej jest obarczać Innego winą za «jego» problemy oraz za problemy całego społeczeństwa. (…) W przypadku relacji między «my» a «oni», traktowanie w kategoriach Innego legitymizuje «nasze» przywileje – zakorzenione w poczuciu wyższości – uzasadniając jednocześnie «ich» wyzysk i ucisk – zakorzenione w poczuciu niższości – oraz społeczno-ekonomiczne nierówności leżące u podłoża ubóstwa. Podkreśla to sposoby wpisywania procesu traktowania jako Innego w relacje władzy. Sugeruje również, że owo traktowanie może być mocniej wyczuwalne tam, gdzie nierówności są bardziej wyraźne”.

Dyskurs rozwojowy funkcjonuje poprzez uzurpowanie sobie prawa do określenia, co jest zgodne z normami rozwoju, a co jest pewnego rodzaju dewiacją, którą trzeba wyeliminować. Dekonstruując taką koncepcję rozwoju poprzez jego analizę jako formy dyskursu, Escobar postrzega „rozwój” jako „efekt ustanowienia systemu, który składa się ze wszystkich elementów, instytucji i praktyk tworzących z nich zbiór relacji, zapewniających im dalsze istnienie. «Rozwój» jako sposób myślenia i źródło praktyk szybko stał się wszechobecną rzeczywistością. Biedne kraje stały się celem ogromnej liczby programów i działań, które wydawały się nieuniknione, a zarazem zapewniły nad nimi kontrolę”.

10.

Ze współczesnym dyskursem rozwojowym wiąże się jeszcze jeden wątek – zmediatyzowanie współczesnego świata. Ma ono swoje dwa oblicza, z których pierwsze dotyczy istnienia korupcyjnej w istocie więzi między zachodnimi mediami a międzynarodowymi agencjami pomocy. Wzajemna zależność sprawia, że opowiadane historie są często zniekształcane w celu pozyskiwania funduszy lub prowadzenia określonej polityki, zaś niewygodne informacje bywają przemilczane.

Najdobitniejszym i najbardziej chyba tragicznym przykładem mediatyzacji niesionej pomocy był kazus Gomy, miejscowości znajdującej się w ówczesnym Zairze, niedaleko granicy z Rwandą. Pod koniec 1994 i na początku 1995 roku, po ludobójstwie w Rwandzie, legiony międzynarodowych organizacji humanitarnych przybyły do Gomy, która miała jeden wielki atut – długi pas startowy, dzięki któremu mogły tam lądować duże samoloty transportowe, co stwarzało idealne warunki do niesienia pomocy rwandyjskim uchodźcom. Problemem było jednak to, że nie byli to uchodźcy, którzy uciekali przed ludobójstwem prowadzonym przez sponsorowaną przez rząd Hutu milicję Interahamwe. Tymi uchodźcami byli członkowie milicji Interahamwe wraz z rodzinami, z których wielu również brało udział w masowej rzezi, a którzy po zmianie sytuacji w Rwandzie uciekli do sąsiedniego Kongo. Około 750 tysięcy osób przybyło do Gomy, stając się łakomym kąskiem dla ekip filmowych z całego świata, które – nie wnikając w polityczny kontekst całej sytuacji – słały w świat zdjęcia ludzi wyczerpanych, biednych, niedożywionych, uciekających i gromadzących się w małej miejscowości, gdzie szybko wybuchła cholera. W ślad za ekipami filmowymi szybko przybyło około 250 NGO, które zainicjowały globalną kampanię marketingową, aby pomóc ofiarom choroby. UNHCR codziennie organizował konferencje prasowe, na których organizacje pozarządowe wygłaszały płomienne apele o pomoc.

Efektem tej akcji, w której cały czas kontekst polityczny był ukrywany lub pomijany, było bardzo szybkie zebranie ponad 1,5 miliarda USD i utworzenie 25 obozów dla uchodźców wokół Gomy. Jak pisała Linda Polman, osiem agencji ONZ, dwudziestu rządowych donatorów i „niezliczona rzesza lokalnych organizacji pomocowych finansowanych przez zagranicznych darczyńców” otworzyła: „2324 bary, 450 restauracji, 590 sklepów, ponad sześćdziesiąt zakładów fryzjerskich, pięćdziesiąt aptek (…), cztery studia fotograficzne, trzy kina, dwa hotele i jedną rzeźnię”. Jeszcze nawet dwa lata po wybuchu tego kryzysu do Gomy przybywały nowe organizacje, które pragnęły wypełnić ostatnie luki w sieci działań humanitarnych. Różne NGO walczyły o rozgłos, aby zapewnić sobie jak największy napływ środków.

Paradoks tej wielkiej akcji pomocowej polegał na tym, że oprawcy w obozach żyli o wiele lepiej niż ofiary w zrujnowanym kraju, gdzie pomoc zagraniczna praktycznie w ogóle nie dotarła. W obozach uchodźców w Gomie, wyposażonych w dobra skradzione z Rwandy, milicja i ekstremiści rządu Hutu, teraz na wygnaniu, rekrutowali oddziały wypoczętych i dobrze odżywionych młodych mężczyzn, aby ci najeżdżali Rwandę i mordowali więcej Tutsi. Wymuszano podatek wojenny na mieszkańcach obozu i eliminowano przeciwników. Rynek zaś zwiększał się dzięki zagranicznym dostawom, które przestępcy wykradali w nocy z magazynów organizacji pozarządowych. Te nie zdecydowały się tego zgłosić albo narzekać na ogólny brak bezpieczeństwa, bo niosło to złą reklamę i podważało sens darowizn. Ten zmediatyzowany spektakl trwał dwa lata dzięki donacjom obcych rządów i organizacji charytatywnych z Zachodu. Jego koniec przyniósł dopiero atak sił rwandyjskich Tutsi, które najechały Kongo i zajęły Gomę, zniszczyły obozy, a odpowiedzialnością za całą sytuację obarczyły organizacje humanitarne, co wywołało skrajne oburzenie tych ostatnich. One przecież przybyły tylko „pomagać”.

11.

Drugi wątek związany z tym problemem dotyczy celebrytów, którzy coraz częściej angażują się w pomoc humanitarną i rozwojową. Choć zjawisko to nie jest nowe, to obecnie przyjęło niespotykaną wcześniej skalę. Dzięki ogromnej popularności, powszechnie znani ludzie nie tylko władają sercami milionów osób na świecie, lecz także zyskują dostęp do najważniejszych przywódców świata.

Andrew Cooper, autor książki „Celebrity Diplomacy”, zadał pytanie: „Jakim sposobem celebryci dokonali takiego najazdu na najwyższe stopnie dyplomacji?”, i zaraz na nie odpowiedział: „Pokusa jest obustronna: dzięki celebrytom przywódcy państw G-8 uzyskują populistyczne uznanie i legitymizację, której nie są w stanie wytworzyć własnymi siłami; jednocześnie dzięki G-8 celebryci dostają dostęp do światowych mocarstw, aby móc forsować swoje postulaty”. Jedną z najbardziej znanych postaci show-biznesu zaangażowanych w pomaganie innym jest Bono, który swoją działalność prowadzi od dawna. Pomocą zajmuje się również Bob Geldof, znany ze zorganizowania w 1985 roku koncertu Live Aid i okrzyku ze sceny: „Ludzie umierają! Dajcie nam teraz pieniądze!”. Jego celem było zebranie środków na pomoc ofiarom głodu w Etiopii – akcja, która z czasem wzbudziła nie mniej kontrowersji niż wspomniana wcześniej Goma. Jeszcze bardziej rozpoznawalni medialnie są Angelina Jolie i Brad Pitt, przez prasę określani jako „Brangelina”, którzy angażują się w różnego rodzaju akcje charytatywne na świecie, bardzo różnie oceniane przez badaczy i aktywistów. Na przykład Brendan O’Neill tak skomentował działalność tej pary: „Afryka stała się placem zabaw dla niektórych działaczy, tłem, przy którym mogą poczuć się dobrze i «wyjątkowo». Na pustyniach i stepach Afryki poszukują oni osobistego spełnienia, nie inspirując znaczącej debaty o problemach kontynentu. Afrykanie mogliby więcej zyskać, każąc Brangelinie i reszcie się wynosić, niż spełniając ich dziwaczne zachcianki”.

12.

Współcześnie przemysł pomocowy funkcjonuje w coraz większym oderwaniu od potrzebujących. Zdobywanie środków, kampanie fundraisingowe, niezliczone etaty w oficjalnych i pozarządowych organizacjach zajmujących się pomocą przysłaniają istotę problemu, który tkwi w sprzecznościach kapitalizmu jako takich. Współczesne znaczenie mediów powoduje zaś w coraz większym stopniu celebrytyzację podejmowanych działań. Niewiele osób zadaje jednak pytanie o przyczyny na przykład ubóstwa, koncentrując się na rozwiązywaniu problemów. Dzięki temu działania na rzecz rozwoju – jak perpetuum mobile – będą trwały wiecznie, nikogo nie rozwijając, jednocześnie zapewniając egzystencję tysiącom mieszkańców Zachodu zatrudnionym w przemyśle pomocowym. To jedyna wartość dodana tego procesu.