dwutygodnik internetowy
18.02.2013
magazyn papierowy


Kup
egzemplarz
Magazynu
kontakt
z tym
artykułem

Gej też człowiek

Nacechowana dużym natężeniem emocji debata wokół związków partnerskich spowodowała, że część polityków i komentatorów wyłożyła karty na stół. Najbardziej zabolał brak wiedzy i wyczucia. Prawicowi publicyści jasno zarysowali swoje stanowisko, i słusznie, zapominając jednak o tym, że jako przeciwnicy aborcji, eutanazji i in vitro czerpią z prawa naturalnego oraz antropologii chrześcijańskiej, które to mówią o poszanowaniu oraz godności każdej osoby ludzkiej.

Ilustr.: Basia Żochowska

Nie jestem zwolennikiem związków partnerskich, do krytyki zapalając się być może tym bardziej, im mocniej rozmowa schodzi na regulacje dotyczące par heteroseksualnych, którym to przede wszystkim poświęcone były projekty sejmowych ustaw. Wzrusza mnie niekonsekwencja osób, które najpierw dobrowolnie wybierają życie na kocią łapę, jak rozumiem, świadomie ponosząc wynikające z tego konsekwencje, często zresztą pohukując: „nie potrzebujemy formalizować naszego związku, żeby siebie kochać!”, by następnie wyciągać ręce po prawa przynależne małżeństwom. Póki co w Polsce istnieje instytucja ślubu cywilnego, nie widzę więc uzasadnienia, dla którego należy mnożyć byty (choć domyślam się intencji – klasyczne „mieć ciastko i zjeść ciastko”, za którym stoi utylitaryzm).

 

Nie do końca przekonują mnie także argumenty zwolenników związków partnerskich dla homoseksualistów. Niektórzy znawcy rozstrzygnięć formalnych, szczegółowych w Polsce zauważają, iż część przywilejów, o które toczy się spór, dałoby się egzekwować w oparciu o istniejący już porządek prawny, zaś co do nowej instytucji już jako całości, ciekawe zdanie przytoczył europoseł Paweł Kowal, który, odnosząc się do opinii znajomego biskupa z Austrii, zauważył, iż problem można rozwiązać w pięć minut w oparciu o… Kodeks Prawa Kanonicznego.

Nacechowana dużym natężeniem emocji debata wokół związków partnerskich spowodowała, że część polityków i komentatorów wyłożyła karty na stół. Z jednej strony gwiazdą sejmowych kuluarów i internetowych memów została Krystyna Pawłowicz z PiS-u, wygłaszająca graniczące z pogardą opinie dotyczące homoseksualistów i transseksualistów, z drugiej, brak tolerancji wobec poglądów konserwatywnych ujawnili liczni zwolennicy bądź co bądź otwartości, szacunku dla odmienności i liberalizmu, apogeum karykaturalności osiągając w rasicyzujących zaczepkach wobec Johna Godsona z PO. Najbardziej zabolał brak wiedzy. I wyczucia. Prawicowi publicyści jasno zarysowali swoje stanowisko, i słusznie, zapominając jednak o tym, że jako przeciwnicy aborcji, eutanazji i in vitro czerpią z prawa naturalnego oraz antropologii chrześcijańskiej, które to mówią o poszanowaniu oraz godności każdej osoby ludzkiej. Czyli także gejów i lesbijek. Mało tego – skoro wielu z nich nie rozdziela swojego zawodu od konfesyjności katolickiej, ewidentnie poprzestawiali oni akcenty. Tak, Jezus powiedział do cudzołożnicy, by już więcej nie grzeszyła, ale najpierw było: a) spotkanie, b) odcięcie się Chrystusa od radykalnej postawy tłumu, c) „i Ja ciebie nie potępiam” (por. J 8, 3-11). Wydarzenia miały miejsce w tej, a nie odwrotnej kolejności.

 

Prywatne zdanie, choćby to było zdanie Tomasza Lisa czy Bronisława Wildsteina, pozostaje prywatnym zdaniem. Gorzej, gdy opinia publiczna zaczyna je utożsamiać z nauczaniem mojego Kościoła. By uniknąć niedomówień, spójrzmy wprost, co o gejach i lesbijkach mówi Katechizm Kościoła Katolickiego: „Pewna liczba mężczyzn i kobiet przejawia głęboko osadzone skłonności homoseksualne. Skłonność taka, obiektywnie nieuporządkowana, dla większości z nich stanowi trudne doświadczenie. Powinno się traktować te osoby z szacunkiem, współczuciem i delikatnością. Powinno się unikać wobec nich jakichkolwiek oznak niesłusznej dyskryminacji. Osoby te są wezwane do wypełniania woli Bożej w swoim życiu i – jeśli są chrześcijanami – do złączenia z ofiarą krzyża Pana trudności, jakie mogą napotykać z powodu swojej kondycji” (KKK 2358).

Czy jest tu gdzieś mowa o pogardzie lub o tym, że sama skłonność homoseksualna jest grzechem? Nie. Pewnie części czytelników szczególnie rzuciło się w oczy zdanie o „obiektywnym nieuporządkowaniu”. Światło na nie rzuca wcześniejszy ustęp z KKK, jednocześnie wskazujący, gdzie de facto Kościół dopatruje się grzechu: „Homoseksualizm (…) przybierał bardzo zróżnicowane formy na przestrzeni wieków i w różnych kulturach. Jego psychiczna geneza pozostaje w dużej części niewyjaśniona. Tradycja, opierając się na Piśmie świętym, przedstawiającym homoseksualizm jako poważne zepsucie, zawsze głosiła, że akty homoseksualizmu z samej swojej wewnętrznej natury są nieuporządkowane. Są one sprzeczne z prawem naturalnym; wykluczają z aktu płciowego dar życia. Nie wynikają z prawdziwej komplementarności uczuciowej i płciowej”, gdzie „Tradycja” w tym przypadku oznacza konkretne wersy z Księgi Rodzaju i listów apostolskich, do Rzymian, Koryntian i Tymoteusza (podanych w przypisach). Ciężaru moralnego można by się więc dopatrywać dopiero w samym pożyciu, przy czym byłby on w perspektywie chrześcijańskiej moralistyki dokładnie taki sam, jak casus przedślubnego seksu lub konkubinatu osób heteroseksualnych. I to dopiero przy pełnej świadomości i dobrowolności danego człowieka.

 

Kościół jako propozycję dla homoseksualistów podaje „życie w czystości”, które „dzięki cnotom panowania nad sobą, uczących wolności wewnętrznej, niekiedy dzięki wsparciu bezinteresownej przyjaźni, przez modlitwę i łaskę sakramentalną, mogą i powinny przybliżać się one – stopniowo i zdecydowanie – do doskonałości chrześcijańskiej” (KKK 2359). Tu oczywiście otwiera się wątek na inną, wymagającą spokojnej oraz precyzyjnej argumentacji debatę. Niewykonalną w środowisku facebookowej kompulsywności i zjawiska „refleks zamiast refleksji”. Absolutnie nie chcąc ucinać dyskusji, przytoczę to, jak ja to widzę: skąd takie postawienie sprawy przez Kościół. Punktem wyjścia byłaby antropologia chrześcijańska i pytanie, czy dana osoba wierzy, że ten świat funkcjonuje dzięki Bogu, czy nie; czy istnieją obiektywne, wpisane w niego, punkty odniesienia, pewien moduł jego funkcjonowania, który można z czasem odkrywać, czy może prawdą jest to, co sam za nią uznaję? Jeśli wierzy, to mamy człowieka pomyślanego jako kobietę i mężczyznę, z charakterystycznymi, wyjątkowymi dla siebie uwarunkowaniami oraz predyspozycjami (nie mówimy teraz o tym, jak zmienia się współczesny człowiek w wyniku socjalizacji, ale o stanie naturalnym, u samego „wyjścia”).

Jeśli Bóg istnieje, to taki podział na komplementarnych wobec siebie kobietę i mężczyznę nie jest przypadkowy (kiedyś przyjdzie wyjaśnić, dlaczego nie jest przypadkowy – to wymaga oddzielnych rozważań). Mając więc mężczyznę i kobietę, najpełniejszą relację takiej dwójki Kościół określa mianem… piwa (copyright Szymon Hołownia) – wzajemny pociąg fizyczny, miłość i otwarcie się na życie jako odpowiedniki wody, słodu i chmielu. Razem dają piwo, oddzielnie smakują średnio. W przypadku osób tej samej płci odpada ten trzeci, istotny element. Natura jest tak pomyślana, że nie mogą one spłodzić dziecka, nie ma więc między nimi pełnej relacji. W tym miejscu ktoś mógłby powiedzieć: „czyli to prawda, Kościół chciałby, żeby ludzie jedynie robili dzieci”. Nie. Te trzy elementy mają występować razem, ale tak, samo przekazywanie życia jest istotne (gdzie para z Bogiem jest współtwórcą, a nie wyłącznym twórcą), bo biorąc sprawę nawet na tzw. chłopski rozum – po co istniałby w naturze popęd? Nie da się też w świetle tego obronić samego seksu jako takiego, bo to tak, jakby wyjąć jeden z elementów piwa i nim się nasycić. Ja wolę całe piwo. Sam seks w oderwaniu od dwóch pozostałych elementów niechybnie doprowadziłby nas do stwierdzenia, że drugiej osoby używamy i sami jesteśmy używani (dla przyjemności zmysłowej). Owa przyjemność nie jest sama w sobie zła, ale w takim ujęciu przesuwa nam się cel relacji dwójki osób z dania życia na sam akt, a człowiek z podmiotu staje się przedmiotem. To jest szalenie ważne rozróżnienie, bo już jako sam podmiot ma wartość, godność i należy mu się szacunek (o czym była mowa w drugim akapicie), uprzedmiotowienie spychałoby go o stopień niżej.

 

Mam przypuszczenie graniczące z pewnością, że tego, czego nie udało się przeskoczyć radykalnym komentatorom po zresztą obu stronach debaty wokół związków partnerskich, to krytyka poglądów lub czynów nieprzechodząca w zdeptanie samego człowieka. W praktyce przerabiają to księża każdego dnia w konfesjonale – potępiać grzech, nigdy osobę. Dziennikarze, politycy oraz „zwykli ludzie” wyznający poglądy liberalne nie powinni odrzucać prawdziwych ortodoksów (to nie to samo, co fundamentalista), bo tylko jednostka znająca swoje korzenie i wiedząca, w co wierzy, nie boi się innego i jest autentycznym partnerem w dialogu. Prawicowcy muszą wystrzegać się pychy wobec odmiennych poglądów wynikającej ze, świadomego lub nie, poczucia, że „Bóg jest z nami!” – skoro mają poczucie, że faktycznie jest, to wymaga się od nich więcej. Wszystkim zaś, i sobie też, życzę na przyszłość rozróżniania pomiędzy sprawami ważnymi a drugo- i trzeciorzędnymi, a nade wszystko, umiejętności dostrzegania w innym siebie, podążającego może czasami bardziej poplątanymi, a na pewno na wielu odcinkach odrębnymi ścieżkami.

 

Przeczytaj inne teksty Autora.

  • Xavier

    Świetny tekst. Cieszę się, że ktoś to w końcu głośno powiedział. Dziękuję.

    • http://www.facebook.com/lukaszkusmierz Łukasz Kuśmierz

       Dzięki. Fajnie wiedzieć, że komuś się przydał.

  • Starsza

    Przeczytałam z wielkim zaciekawieniem. Masz rację – widzieć drugiego człowieka – to jednak niektórych przerasta.
    Dzięki

  • kopacz

    wydaje mi się, że w “piwnej” argumentacji zgubił Pan jedną z kombinacji składników –  popędu i miłości. co wtedy? przedmiot czy podmiot? co jeśli używamy antykoncepcji (nawet tej zgodnej z nauczaniem kościoła)?
    no i jeszcze zdanie: “Natura jest tak pomyślana, że nie mogą one spłodzić dziecka, nie ma więc między nimi pełnej relacji.” – co z parami heteroseksualnymi, które też nie mogą mieć dzieci? między nimi też nie ma pełnej relacji? czy jeśli zaadoptują dziecko, to ona się wypełni? jeśli tak, to może wypełniłaby się również ta homoseksualna.
    wydaje mi się, że są ludzie powołani do tego, by mieć dzieci, ale istnieją też tacy, którzy takiego powołania nie znajdują – sama orientacja seksualna nie musi tu być decydująca. dlaczego mielibyśmy z powodu braku tego powołania odbierać im prawo do pełni szczęścia? nie potrafię tego zrozumieć ani się z tym zgodzić.

    tak czy siak, dzięki za wyważony głos. nie zgadzamy się, ale wiem, że moglibyśmy spokojnie porozmawiać. na przykład przy jakimś dobrym piwie..

    • http://www.facebook.com/lukaszkusmierz Łukasz Kuśmierz

       1. Rozumiem, że chodzi o sytuację, w której przy kombinacji popędu i miłości wyłączamy otwarcie się na życie? Kościół mówi, że małżeństwo powinno świadomie podchodzić do swojej relacji. Czyli np. jeśli decyduje się na naturalne metody planowania rodziny (potocznie kojarzące się z antykoncepcją, ale faktycznie wywiedzione z prawa naturalnego – to natura sama odrzuca w danym momencie możliwość zapłodnienia, nie ma tu sztucznej interwencji zewnątrz, nie ma więc de facto antykoncepcji) powinna sama odpowiedzieć sobie na pytanie, czy decyduje się na dziecko, czy nie, a jeśli nie, to z jakich powodów? Z pewnością nastawienie skrajne (“dla dziecka zawsze nie”) wyłącza definitywnie trzeci aspekt relacji małżeńskiej, jego cel. Wtedy odpowiedź nasuwa się sama.

      2. To ciekawe ujęcie tematu. Faktycznie bezpłodność jest ogromnym współcześnie problemem. Co gorsza jej geneza nie jest jednoznaczna. Tzn. tak, możemy z dużym prawdopodobieństwem wskazywać w jednostkowych przypadkach jej przyczyny, ale nadal pozostaje konflikt na linii, którą ja widzę tutaj – naturalny odruch postrzegania bezpłodności jako niezawinionego nieszczęścia (grząski grunt – kto jest wówczas winny? “Dopust Boży”? Jaki obraz Boga to maluje w naszych głowach? Brrr) vs. choroba cywilizacyjna, być może wynikająca z tempa życia, stresów, poświęcania całego siebie pracy itd. W przypadku małżeństw, które nie mogą mieć dzieci Kościół proponuje naprotechnologię (wszyscy mówią o in vitro, zapominając o tej metodzie, całkowicie akceptowalnej przez Kościół) lub właśnie adopcję. Czemu nie dla adopcji dzieci przez pary homoseksualne? Pomijając (moim zdaniem słuszne) obawy o późniejszą socjalizację tych dzieci, z tego samego powodu, dla którego jest “nie” dla takich samych rozwiązań w konkubinacie heteroseksualnym. Małżeństwo jest uznawane za trwałe ramy (trwalsze niż inne rodzaje związków), niezbędne dla rozwoju dziecka. Nie zapominajmy o tym, że dla osoby wierzącej małżeństwo nie jest typem relacji z tego samego zakresu, co wszystkie pozostałe – w sakramencie (czyli widzialnej postaci nniewidzialnego Boga) para składa przysięgę w obliczu Boga i Kościoła, kładąc od tego momentu kamień węgielny w postaci Bożego fundamentu i zapraszając Go do swojego małżeństwa, żeby je umacniał. Stąd m.in. nauka o nierozerwalności takiej relacji – jest ona odowiedzią na miłość Boga do człowieka, a ta nigdy nie zostanie już wypowiedziana. Małżeńswo zaś jest sakramentalnym związkiem kobiety i mężczyzny. Dlaczego tak jest, otwiera oczywiście wątek na zupełnie odębną dyskusję (dużo światła rzuca już na to wspomniane “piwo”). I nie zgadzam się z myślą, że ktokolwiek ma p r a w o do dziecka. Dziecko jest darem, dostajemy je (przepraszam za techniczne określenie, ale lepszego nie znajduję) w dzierżawę, więc na pewno nie “róbta co chceta”.

      Z pewnością o tym się łatwiej rozmawia, niż pisze:).