dwutygodnik internetowy
1.04.2019
magazyn papierowy


Kup
egzemplarz
Magazynu
kontakt
z tym
artykułem

Gadał ekspert do obrazu

Wielka Piątka Kaczyńskiego wzięła się z marketingu politycznego, a dopiero potem została dopasowana do rzeczywistości. Dlatego jeśli odpowiada na realne potrzeby, to raczej przypadkiem i zdecydowanie zbyt wielkim kosztem.

ilustr.: Ada Wawer

ilustr.: Ada Wawer

Grudzień 2017 roku. Fundacja Batorego rozpoczyna cykl comiesięcznych debat eksperckich. Pierwszy temat: polityka społeczna w kontekście programu Rodzina 500+. Demografka prof. Irena Kotowska, specjalistka od mieszkalnictwa dr Irena Herbst, znawczyni polityki społecznej prof. Stanisława Golinowska, dr Iga Magda z Instytutu Badań Strukturalnych z najnowszymi badaniami o wpływie 500+ na decyzje zawodowe kobiet, a także kilkanaście innych osób. Trwa dyskusja, co rusz – po cytowanych danych – pada: „…więc rządzący powinni wziąć pod uwagę…”.

– Rządzący niekoniecznie są żywo zainteresowani naszą opinią – konstatuje wreszcie po dwóch godzinach dr Michał Polakowski. Mówi to, co od początku myślą wszyscy. Sala – wypełniona osobami, które na polityce społecznej zjadły zęby – zaczyna wyrzucać z siebie przykłady odbijania się od drzwi polityków. Dyskusja kończy się konkluzją, że wiedzę trzeba przechować, może kiedyś nastaną dla niej lepsze czasy.

Dwa lata później redakcja Magazynu Kontakt pyta mnie, czy skomentuję tak zwaną Piątkę Kaczyńskiego: poszerzenie programu 500+ na pierwsze dzieci, trzynastą emeryturę, obniżenie kosztów pracy, zniesienie PIT do 26. roku życia i przywrócenie połączeń autobusowych. Pierwsza myśl: „Nie”. Bo w Polsce do ignorancji względem danych doszedł szereg omert, które jeszcze szczelniej zamurowały dane w uniwersyteckich gabinetach. Zasadą stało się przemilczanie. Z różnej maści powodów.

Po latach ignorowania polityki społecznej program Rodzina 500+ podzielił scenę komentatorów na bezkrytycznych apologetów (bo bliskich PiS), część lewicy, która rzuciła się na długo wyczekiwany kąsek i z obawy przed zmianą kursu daje odpór krytyce programu, liberałów, którzy milczą z musu, czekając na lepsze czasy dla wygłaszania swoich dawno przebrzmiałych twierdzeń, i wszystkich innych, którzy muszą przełknąć tę żabę po cichu: popierających program, ale dostrzegających jego bardzo poważne wady.

Uczciwie będzie więc zacząć od koniecznej deklaracji, tak aby czytelnik i czytelniczka nie mieli wątpliwości co do intencji: jestem zwolenniczką programu Rodzina 500+ oraz innych socjalnych wynalazków, które w ostatnich trzech latach – nareszcie! – przywędrowały z Zachodu do Polski. Poniższa krytyka nie jest pełzającą próbą zniesienia programu metodą salami, a chęcią, aby polityki opierały się na danych i wiedzy. Bo wiemy już – pi razy oko – co się sprawdziło i gdzie.

To właśnie totalna pogarda dla łatwo dostępnej wiedzy jest dojmującym i najważniejszym problemem, który trawi Piątkę Kaczyńskiego. O ile poprzednicy PiS opierali swoje działania na luźnych tezach wynikających z ich liberalnego spojrzenia na rzeczywistość, przez co zamiast wiedzy i danych rządził neoliberalny światopogląd, o tyle dziś rządzi doraźny interes partii doprawiony nutką ideologii narodowo-katolickiej.

Że program Rodzina 500+ i inne sztandarowe obietnice PiS nie są odpowiedzią na zdiagnozowane problemy, doskonale widać było już w 2015 roku: kiedy Beata Szydło plątała się w zeznaniach, na które dziecko przysługiwać będzie dodatek. Stało się jasne: nikt jeszcze nie usiadł i tego nie policzył. Dlatego nie może być mowy o wyznaczeniu celów opartych na analizie potrzeb. Skąd w takim razie wzięło się akurat 500 złotych? Można domniemywać, że 400 brzmiałoby mniej atrakcyjnie. Więc wzięto okrągłe 500 złotych, a potem zaczęto dopasowywać je do realiów – jak w dziecięcej zabawce, dzięki której dzieci uczą się kształtów. Kwadrat mają umieścić w kwadratowym otworze, trójkąt – w trójkątnym. PiS program począł wpychać w otwór demograficzny. Gdyby posłuchano badaczek obecnych w Batorym, wiedziano by, że w żadnym kraju transfery liczby urodzeń nie zwiększyły. Na szczęście program sprawdził się jako reduktor ubóstwa. Nic dziwnego: kiedy ponad dwadzieścia miliardów złotych przekazano kilku milionom rodzin, musiało trafić i na biedniejsze. Ale jeśli program miał tylko redukować ubóstwo, jest jednym z droższych projektów, jakie można sobie wyobrazić.

Mimo braku jasnych założeń, ułańskiego wykonania i rytualnych napominań ekspertów o zasadzie „złotówka za złotówkę”, dzięki której ze świadczenia mogłyby korzystać osoby ubogie, ale wyrzucone poza program, resort rodziny nie zmienił go ani o jotę. A ministra Rafalska przez trzy kolejne lata zajęta była wyłącznie dokręcaniem śrubek tak, aby samodzielni rodzice nie wyłudzali świadczenia.

Aż potem nagle – trach! – w roku wyborczym spadła na nią Piątka Kaczyńskiego: gigantyczne środki na poszerzenie programu o pierwsze dzieci. Zmiana nie wypłynęła więc z ministerstwa, które – jak by sobie można życzyć – mając dobry przegląd pola, dostrzegło potrzebę, skonstruowało założenia i podsunęło partii rozwiązanie. Ministerstwo znów zostało zaledwie dysponentem środków: rodzajem okienka w kasie banku, które wypłaca zgodnie z dyspozycją. Podobnie jak ministrę Rafalską – skądinąd znającą się na rzeczy – potraktowano ministrę finansów Czerwińską, na którą wiadomość o Piątce Kaczyńskiego spaść miała na dobę przed jej ogłoszeniem.

Ministerstwu nie dano też szansy na całościowy przegląd polityki społecznej i przebudowanie jej w taki sposób, aby 500+ stało się elementem systemu, a nie przyłatanym do niego programem. I to mimo że 500+ jest postawieniem wszystkiego na jedną kartę: z danych Eurostatu za 2017 rok wynika, że przeznaczając na wsparcie rodzin i dzieci 2,7 procent PKB, jesteśmy w europejskiej czołówce i grubo ponad europejską średnią (1,7 procent PKB). Inne obszary polityki społecznej – wsparcie osób z niepełnosprawnościami, aktywizacja zawodowa półmilionowego bezrobocia strukturalnego czy świadczenia dla osób starszych – znajdują się poniżej średniej.

Ale zaraz, przecież – dzięki Piątce Kaczyńskiego – emeryci już wkrótce otrzymają trzynastą emeryturę, zatem wzrośnie procent PKB na świadczenia dla seniorów? Problem w tym, że program, choć efektowny, znowu nie będzie efektywny.

PiS za emerytury zabrał się od ogona: obniżając wiek emerytalny o dwa lata dla mężczyzn i siedem lat dla kobiet. Choć na trudnym polskim rynku pracy taki krok wydawał się zrozumiały, zignorowano to, że polski system emerytalny jest systemem kapitałowym – krótsza praca kobiet oznacza więc znacznie niższą emeryturę. Wątpliwy przywilej dla kobiet oznacza biedę na starość.

Trzynasta emerytura zaś nie rozwiąże żadnych problemów systemu emerytalnego. Nie zasypie przepaści między przeciętnymi 2711 zł „męskiej” emerytury i jedynie 1681 zł emerytury „kobiecej”, bo (znów niczym w programie 500+) wszyscy otrzymają równe środki: równowartość emerytury minimalnej, 1030 zł.

Zamiast dokonać przeglądu systemu i zreformować go tak, aby ludzie nie przepadali przez systemowe sito – choćby poprzez rozważenie pomysłu emerytur obywatelskich – Piątka Kaczyńskiego znów zakłada przepalenie gigantycznych środków, między innymi przez trzynastki dla najlepiej uposażonych emerytów, którzy dodatkowego przelewu nawet nie zauważą.

Ba. Ministerstwo chce rozwiązać problem osób, które nie wypracowały emerytury minimalnej, podwajając ich świadczenia. Najniższa przyznana do tej pory emerytura wynosi 48 groszy. Dzięki Piątce Kaczyńskiego starsza osoba gdzieś w Polsce otrzyma groszy 96.

Kaczyński daje więc nam kolejny niezwykle kosztowny plaster, którym usiłuje zatamować krwotok systemu emerytalnego. I milczy: w sprawie emerytur osób na umowach cywilnoprawnych albo 150 tysięcy fikcyjnie samozatrudnionych, którzy korzystają z ulg do ZUS. Mimo że eksperci dokładnie wskazują palcem kolejne dziury w systemie.

Powód tego stanu rzeczy jest prosty: Piątka Kaczyńskiego wzięła się z marketingu politycznego, a dopiero potem szukano celów, jakie ma realizować. To dlatego próżno w Piątce Kaczyńskiego – i całym dotychczasowym działaniu Prawa i Sprawiedliwości w obszarze polityki społecznej – dopatrywać się prawdziwych reform.

Reszta Piątki Kaczyńskiego to koraliki dla wyborców. Choć o przywrócenie połączeń PKS środowiska ekspertów transportowych zabiegały od lat, a w programie miała je między innymi Partia Razem, dopiero po konwencji Wiosny na Torwarze temat zrobił się modny. Nie sposób tego punktu Piątki skrytykować, ale i nie ma powodów do wiwatów: już w pierwszych dniach po ogłoszeniu obietnicy przeznaczone na nią środki skurczyły się z 1,5 mld zł do zaledwie 500 mln zł. Pozwoli to na rachityczne działania, o prawdziwej odbudowie systemu transportu publicznego możemy jednak zapomnieć.

Niezrozumiałe są za to dwa ostatnie punkty Piątki: zlikwidowanie PIT do 26. roku życia i obniżenie kosztów pracy przez podwyższenie kosztów przychodu. O drugiej propozycji na razie wiemy zbyt mało, aby móc ją rzetelnie komentować. Z kolei pierwszy z pomysłów ma być zapewne puszczeniem oka do młodszych wyborców, od strony praktycznej jest jednak kontynuacją polityki ulg i wyjątków, a także utwierdzeniem pracodawców w ich niepohamowanej miłości do posiadających legitymację studencką pracowników i pracownic przed 26. rokiem życia oraz umacnianiem niechęci do zatrudniania osób po pięćdziesiątce.

Wydaje się też, że młodym bardziej niż czynienie ich tańszymi pracownikami pomogłoby uporządkowanie problemu umów śmieciowych, nabrzmiewającego od niemal dekady. Z badań wynika, że najczęściej pracują w ten sposób najsłabsi uczestnicy rynku pracy – czyli najmłodsi. W sumie 6 procent pracujących.

Wreszcie trzeba odnotować znaczącą nieobecną: Mieszkanie Plus. Że program nie wypali, eksperci wskazywali po pierwszej lekturze pobieżnych założeń. Minister budownictwa zarzekał się jednak, że jakoś się uda. Nie udało się. Program, który miał szansę wywrócić do góry nogami stricte polski, oparty na czterdziestoletnich kredytach rynek mieszkaniowy, gdzie średnie ceny mieszkań w Warszawie przebijają czasami te w uznawanym za drogi Berlinie; program, który miał szansę na trwałe obniżyć ceny mieszkań i na dodatek napędzić gospodarkę – można już uznać za zakończony.

Czego zabrakło? Pomysłu. Autorzy założyli, że chętni do wniesienia gruntów do programu sami się znajdą. Nie znaleźli się. Nie udało się przekonać ani wojska, ani kolei, ani samorządów. Mieszkanie Plus wymagało bowiem czegoś więcej niż prostego przepompowania środków.

Podobnych totalnych porażek PiS ma na koncie więcej: właściwie nieistniejący program Czyste Powietrze czy ochronę zdrowia w zapaści. Wszystkie je łączy jedno: do stworzenia efektywnych programów potrzeba prawdziwych ekspertów. Albo potrzeba odwagi – tam, gdzie nie wystarczy dać wszystkim po równo, ale komuś trzeba coś zabrać. Na przykład możliwość zatrudniania na umowach cywilnoprawnych, czy też fikcyjnego samozatrudnienia w celu odprowadzania 19 procent podatku w miejsce 32 procent.

Leitmotivem opozycyjnej krytyki PiS-u jest to, że jego program kosztuje. Niech kosztuje, byle był dobrze skonstruowany, a nie tylko niezdarnie imitował systemowe rozwiązania. To, jak ma się do całej mapy potrzeb państwa, najlepiej podsumował 26 marca premier Mateusz Morawiecki, mówiąc, że państwo nie ma pieniędzy na podwyżki dla nauczycieli.

Jeśli wierzyć premierowi – a w tym przypadku akurat można – mamy spory problem. Mniejsza, że rząd wydał wszystkie środki na programy zbudowane na marketingu, które w dość przypadkowy sposób rozwiązują problemy. Gorzej, że analitycy spodziewają się spowolnienia gospodarczego: pierwsze symptomy są już dostrzegalne gołym okiem. I o ile kryzys nie jest w stanie zabrać nam – a przynajmniej nie tak prędko – lepszego zdrowia uzyskanego dzięki sprawniejszej opiece zdrowotnej ani czystszego powietrza, a raz zbudowane mieszkania nie znikają, to inaczej rzecz ma się z transferami. Jeśli zabraknie na nie pieniędzy.

***

Dobry tekst? Pomóż nam pisać więcej! Działalność Kontaktu można wspierać finansowo w serwisie Patronite.

Pozostałe teksty z bieżącego numeru dwutygodnika „Kontakt” można znaleźć tutaj.

***

Polecamy także:

System niedomaga

Nowa szkoła, nowe nierówności

Ostolski: Nowotworu prywatnie nie wyleczysz