dwutygodnik internetowy
27.03.2017
magazyn papierowy


Kup
egzemplarz
Magazynu
kontakt
z tym
artykułem

Dobro niereglamentowane

Wymiana Ciepła okazała się zupełnie uniwersalna. Nie złożyliśmy żadnej deklaracji ideowej, był tylko fakt wieszaka: jak go postawić, że to jest proste, że każdy może to zrobić. Trzeba szukać projektów, które są podstawowe. Przy wieszaku spotka się lewak z narodowcem i tu nie ma powodu do kłótni, chyba że będą chcieli tę samą kurtkę.

ilustr.: Anna Gwiazda

ilustr.: Anna Gwiazda

Zaczęło się od newsa w TVN24. Węgierski aktywista Zsigmond Gerloczy wpadł na pomysł stawiania w rozmaitych miejscach wieszaków na ciepłe ubrania, które można swobodnie przynosić i zabierać. Zainspirowana pomysłem Węgra Wiktoria Dorosz postanowiła zainicjować podobną akcję w Polsce. Pierwszy wieszak pod nazwą Wymiana Ciepła stanął na warszawskiej Woli, przy wsparciu urzędu dzielnicy. Wkrótce pojawiły się kolejne, Wymiana Ciepła szybko obiegła Internet i spotkała się z odzewem w całej Polsce. Pojawiło się ponad sto wieszaków w całym kraju, przyniesione zostały tony ubrań i opowiedziane setki historii.

Teraz, u progu wiosny, nieoficjalni koordynatorzy akcji, Wiki i Wojtek Doroszowie, podsumowują dwa intensywne miesiące ogólnopolskiego wymieniania ciepła i snują plany na przyszłość.

***

Stawiając pierwszy wieszak, nie przypuszczaliśmy, że może ich być sto. Co prawda działała na naszą wyobraźnię mapka węgierska, którą zobaczyliśmy w sieci – zresztą do dziś nie wiemy, czy dobrze wtedy zrozumieliśmy, że w trzy dni stanęło na Węgrzech dwieście wieszaków – ale my myśleliśmy o Wymianie może w skali miasta. Nie włożyliśmy zbytniego wysiłku w to, żeby szła dalej w kraj. To się zadziało poza nami, wirusowo i jest zasługą tych stu osób, które postawiły wieszaki w stu różnych miejscach w całej Polsce.

My fizycznie postawiliśmy dwa wieszaki – jeden pod domem i jeden na Woli. Chociaż ten na Woli właściwie postawiła dzielnica, ale można powiedzieć, że byliśmy czynnikiem sprawczym. Przy tym pierwszym warszawskim wieszaku zadziałały nasze sieci społecznościowe i to, że po rzuceniu hasła, na czym zazwyczaj się to kończy („o jaki fajny pomysł!”) – jednak się nie skończyło. Jedna z koleżanek oznaczyła w poście burmistrza Woli, a burmistrz zareagował: Stawiamy! I to było kluczowe. Bo gdyby zareagowało dwudziestu znajomych, którzy nie administrują żadnym kawałkiem chodnika, to nie wiemy, czy byśmy się zdecydowali. Gerloczy Zsigmond w Budapeszcie stawiał na dziko, ale to wydawało nam się bez sensu. Nie chcieliśmy wkładać energii w ten gest po to tylko, żeby wieszak zabrała straż miejska albo żeby ktoś zrobił awanturę. Uznaliśmy, że lepiej postawić ten wieszak pięć dni później, ale w pełnym porozumieniu z urzędem. Oni mieli infrastrukturę: wieszak, namiot, miejsce względnie bezpieczne.

W ciągu jednej nocy powstało logo i plakaty. Włączyła się w Wymianę nasza przyjaciółka, Ania Zgoda, która jest sercem akcji. Zadziałały kontakty Ani, nasze, energia i wiedza innej koleżanki, Dagmary Jaworskiej-Bednarek, ludzie polecali sobie nawzajem, potem to już była lawina, która rusza, gdy temat zaistnieje w jednym miejscu. Skoro była reakcja, to uznaliśmy, że warto ją wykorzystać. Nagłośniliśmy sprawę, odezwały się media. Przeszliśmy przez większość stacji telewizyjnych i radiowych. Efekt był taki, że ludzie odzywali się z najróżniejszych środowisk. Był TVN, TVP i była Telewizja Republika. Wymiana trafiła do wszystkich: od prawa do lewa. Kościoły, teatry, urzędy, anarchiści, pacyfiści, harcerze, narodowcy.

Wymiana okazała się zupełnie uniwersalna. My nie złożyliśmy żadnej deklaracji ideowej, był tylko fakt wieszaka: jak go postawić, że to jest proste, że każdy może to zrobić. Chyba najcenniejsze jest, że nikt sobie tego w sensie ideowym nie przywłaszczył. Celowo na początku akcji nie mówiliśmy w mediach o istotnym elemencie: Gerloczy Zsigmond zobaczył na Węgrzech marznących uchodźców i wtedy postanowił zainicjować Wymianę. Nie mówiliśmy o tym, by nikt nie przyczepił Wymianie Ciepła łatki. Nie odwoływaliśmy się tak samo do żadnych wartości religijnych. Nie chcieliśmy żadnej ideologii. Trzeba szukać projektów, które są podstawowe. Przy wieszaku spotka się lewak z narodowcem i tu nie ma powodu do kłótni, chyba że będą chcieli tę samą kurtkę.

Za Wymianą nie stała też żadna instytucja. Nikt nie inwestował – może oprócz Ani, która drukowała tabliczki na PCV, bo kartki mokły na deszczu i śniegu. Każdy dał to, co mógł dać. Nie było potrzeba instytucji, żeby Wymiana zataczała coraz szersze kręgi. Było tylko kilka miejsc, w których „ręcznie” uruchomiliśmy akcję. W Poznaniu długo nic nie było, napisaliśmy więc do Teatru Polskiego, a jego dyrektor, Maciek Nowak, natychmiast odpisał, że bardzo chętnie nas wesprze. Pogoniliśmy trochę Wrocław, w Warszawie zachęciliśmy Teatr Powszechny. Wiedzieliśmy, że jeśli stanie jeden wieszak, to pojawią się kolejne. I rzeczywiście tak było, choć zostało kilka miast, w których Wymiana się nie rozprzestrzeniła.

Ludzie sami się z nami kontaktowali. Pani ze Szczecina zadzwoniła z pytaniem, czy dobrym miejscem na wieszaki są przystanki komunikacji miejskiej. Powiedzieliśmy, że to bardzo dobre miejsce, ale jednak specyficzne i nie wiemy, czy zarządzająca przystankami firma się zgodzi. Po chwili okazało się, że ta pani jest właśnie rzecznikiem ZTM-u, w związku z czym wieszaki stanęły na paru przystankach. Ale większość osób angażowała się zupełnie prywatnie, nie jako wspólnota, nie jako fundacja czy urząd. Tylko tacy zwykli ludzie jak my. I oni zadawali najwięcej pytań. Dla nas największą robotą – oprócz wizyt w mediach – było odpowiadanie na pytania. Na samym początku bardzo intensywnie koordynowaliśmy akcję, nie robiliśmy w zasadzie nic innego, tylko odpowiadaliśmy na pytania na fejsie. Czuliśmy, że musimy to robić. Jeśli mowa o czymś, co musimy w tym wszystkim, w tej spontaniczności i geście dobrej woli zrobić, to po prostu cierpliwie odpowiadać. To była nasza przestrzeń odpowiedzialności za coś, co uruchomiliśmy.

To był męczący moment ze względu na zderzenie z ogromnym poczuciem braku sprawczości, które jest w ludziach. Z niedowierzaniem, że w ogóle można to zrobić. Ludzie pytali o rozmaite rzeczy: co robimy z sanepidem? czy można postawić na chodniku? pod śmietnikiem? pod kościołem? Odpowiedzi były wciąż te same: tak, tak, tak, wszystko można! Oczywiście większość pytań nieinstytucjonalnych dotyczyła tego, czy to naprawdę można zrobić oraz: „a co jak ukradną ubrania?”. Jakby można było ukraść ubrania, które są za darmo. Te osoby, które zadawały dużo pytań, okazywały się bardzo zaangażowane i sprawne w momencie, w którym uwierzyły, że mogą. W skali kraju to jest niewiele, ale może kilkadziesiąt osób uwierzyło, że da się coś zrobić. Być może te osoby zrobią coś jeszcze. Być może nigdy się tego nie dowiemy, ale istnieje prawdopodobieństwo, że ludzie zdecydowali się po raz pierwszy w życiu zrobić coś społecznie użytecznego. Za tym mogą iść inne inicjatywy, być może w innym temacie. Na pewno zaraziliśmy ich, okazało się, że się da.

Były dni, kiedy trzeba było podjąć interwencję, bo ludzie przynieśli tyle rzeczy, że się nie mieściły na wieszakach i w ofiarowanych nam pojemnikach. Część ubrań musiała pojechać do Caritasu, bo nie było jak ich składować. To pokazało, że co prawda wieszak jest samoobsługowy, ale musi mieć „czułego opiekuna”. Kogoś, kto rzuci na niego okiem, wracając z pracy. Dostawaliśmy sygnały z miejsc, gdzie brakowało tej czułej ręki. Niekoniecznie stawały się w takim wypadku rodzajem śmietniska, ale czasami tak się działo. Nawet nie dlatego, że były tam byle jakie rzeczy, ale dlatego, że robi się bałagan. Nie każdy zostawia porządek – zarówno spośród przynoszących, jak i biorących.

Zainteresowanie było ogromne. Cały czas zadajemy sobie pytanie, w jaką to się ludzką potrzebę wpisało? Czego nie zagospodarowały te formy pomocy, które funkcjonują w Polsce, których jest przecież dużo? Samo oddanie ubrań mogłoby wydawać się nietrudne. Są pojemniki na ulicach, ale zaufanie społeczne wobec nich jest wyczerpane, poszła fama, że to idzie na szmaty. Wieszak jest też otwarty całą dobę. Wiele osób korzystało z tego, że można zawieźć czy wziąć ubrania w dowolnym momencie. Fundacje czy instytucje nie odpowiadają na tę potrzebę. Oddanie do jakiegoś ośrodka jest też bezosobowe, bo oddaje się je urzędnikowi. Wieszak jest bezpośredni, wiesza się osobiście, ktoś osobiście z niego zdejmuje. Czasem się spotka nawet przy wieszaku osobę, która weźmie nasze ubranie. Dzieją się czasami spotkania przy wieszaku i to nie jest bez znaczenia. Ania, która jest czułą opiekunką wieszaka na Woli, mówi o tym, że widzi na ulicach ludzi w rzeczach, które były na wolskim wieszaku. To jest piękne, że Wymiana żyje między ludźmi.

Wieszaki spełniają jeszcze jedno ważne kryterium: pozwalają przełamać barierę wstydu. Osoby, które biorą ubrania z wieszaka, nie muszą nikomu się tłumaczyć ze swojej sytuacji. Wielokrotnie używaliśmy tego sformułowania, że to nie jest dobro reglamentowane. Nie wartościujemy potrzeb: czy to lepiej, że kurtka trafia do kogoś, kto marznie, czy do kogoś, kto od dawna nie mógł kupić sobie czegoś nowego i może nie marzł, ale sprawił sobie po prostu przyjemność. Pojawiały się głosy, że ktoś weźmie te ubrania i sprzeda na bazarku. No i dobrze! Niech sprzeda, może potrzebuje gotówki, a nie ubrań. Nieważne, to jest dla każdego.

Okazywało się, że biorą ubrania ludzie, którzy wcale nie są bezdomni. Pani, która zapomniała z domu rękawiczek – wzięła, może potem przyniosła inną parę. Przechodził elegancki pan, który zobaczył płaszcz, obejrzał dokładnie, przełożył rzeczy ze swojego, odwiesił swój płaszcz, założył ten z wieszaka i poszedł dalej. Była staruszka, która niczego nie mogła sobie kupić, bo emeryturę ma niską. Tysiąc razy pytała, czy ona na pewno może wziąć.

Oczywiście osoby bezdomne także korzystały z Wymiany. Na mszy za zmarłych bezdomnych organizowanej przez wspólnotę Sant’Egidio mówiłam o wieszakach, a większość zgromadzonych tam osób już o nich wcześniej wiedziała. Pan Marian podziękował za kurtkę i spodnie. Z kolei w Poznaniu Maciek Nowak, dyrektor Teatru Polskiego, spotkał bezdomnego pod sklepem i odesłał go pod wieszak. Po jakimś czasie widział go pod tym wieszakiem zapłakanego ze szczęścia, że może sobie wymienić ubrania.

Ciekawe jest, że wydawało nam się, że fejsbuk będzie narzędziem do komunikowania się z tymi, którzy oddają ubrania. Tymczasem przez ten kanał komunikowaliśmy się też z osobami je biorącymi. Dostaliśmy kiedyś w nocy wiadomość od dziewczyny, która marzła i nie mogła znaleźć wieszaka, a akurat tamten był chowany na noc. Sprawdziłam i napisałam jej o tym rano, a ona kolejnej nocy dała znać, że była w ciągu dnia, znalazła coś ciepłego i bardzo podziękowała. Jest wiele osób w materialnej biedzie, które mają telefony – to nas ciągle dziwi, chociaż na dobrą sprawę to rzeczywiście podstawa przetrwania.

Zobaczymy, czy uda nam się odtworzyć tę akcję w kolejnym sezonie. Te dwa miesiące to było prototypowanie – czy raczej pilotaż na skalę, która przerosła naszą wyobraźnię. Musiało być kilka osób, które poświęcą swój wolny czas na funkcjonowanie tego projektu. To pewnie jest problem wielu akcji społecznych – że co najmniej jedna osoba powinna przy nich pełnoetatowo pracować. W przyszłym roku na pewno spróbujemy ponownie, ale nie będziemy już tego chyba osobiście pilnować. Spróbujemy stworzyć rodzaj podręcznika Wymiany Ciepła – z informacjami, co trzeba zrobić, jakie mogą być przeszkody. Być może jakaś fundacja wykorzysta struktury, które ma, żeby koordynować Wymianę na stałe. Ale może to jest rodzaj działania, które powinno funkcjonować swobodnie. Im bardziej od dołu, tym lepiej. Bo tak się buduje zaufanie. Myśleliśmy też o tym, żeby zostało chociaż jedno miejsce w Warszawie, które będzie całoroczne. Bo przecież o każdej porze roku jest rodzaj międzyludzkiego ciepła, które można wymieniać. Może inne miasta też tak zrobią?

Organizujemy 23 kwietnia spotkanie „koordynatorów lokalnych” w warszawskich Marzycielach i Rzemieślnikach. Zobaczymy, ile osób przyjdzie. Jest w nas potrzeba spotkania, bo uważamy, że za tą liczbą wieszaków stoją żywi ludzie. Nawet za tymi „polubieniami” na fejsie jest siła, jest potencjał zmiany. Są ludzie, którzy poczuli tę ideę. To jest dla nas najważniejsze.

Wysłuchała i spisała Ida Nowak.