dwutygodnik internetowy
1.04.2019
magazyn papierowy


Kup
egzemplarz
Magazynu
kontakt
z tym
artykułem

Strajk godności

Pracuję jako nauczycielka dwadzieścia dwa lata. Nigdy wcześniej nie czułam się tak poniżona, opluta, zniesławiona jak dziś.

ilustr.: Anna Imianowska

ilustr.: Anna Imianowska

Dlaczego strajkuję?

Bo jestem „żądną kasy leserką, której przewróciło się w głowie”? Bo „ciągle mi mało”? Bo „nie dbam wcale o dzieci”? A może dlatego, że „zamierzam w ten sposób obalić rząd”?

Pracuję w szkole dwadzieścia dwa lata. Przeżyłam w tym czasie mnóstwo reform, mniejszych i większych zmian, prób ulepszania systemu. Każdy minister edukacji przychodził z nowymi pomysłami, lepszymi lub gorszymi. Przez ten czas niezmienne pozostawało jedno – moja pensja. Oczywiście, zdarzały się podwyżki, ale zawsze raczej symboliczne. Pamiętam moment, kiedy faktycznie zarobki znacznie wzrosły, natychmiast jednak w tym samym czasie drastycznie obniżyły się dodatki motywacyjne. W kieszeni więc pozostało tyle samo.

Ale przecież tu nie chodzi tylko o pieniądze. Praca w szkole jest specyficzna. To nie urząd, gdzie przychodzi się o ósmej, a wychodzi o szesnastej. Wszyscy uważają, że doskonale wiedzą, jak funkcjonuje szkoła – przecież każdy kiedyś był uczniem! A więc nauczyciele pracują 18 godzin tygodniowo, mają mnóstwo czasu wolnego (wakacje i ferie), gnębią dzieci, zadają za dużo prac domowych i w ogóle są nierobami. To, zwłaszcza ostatnio, powszechne opinie na temat naszej pracy.

A mój tydzień wygląda tak – godzin „przy tablicy” mam 27 (półtora etatu) i jestem za to wdzięczna, ponieważ tylko dzięki temu mogę przeżyć do pierwszego. To oznacza, że codziennie mam średnio 5–6 lekcji. Wyobraźcie sobie, że w tym czasie macie zająć, zainteresować i jednocześnie jakoś opanować trzydziestoosobową klasę, która wcale niekoniecznie będzie chciała rozmawiać na temat metafizycznej poezji barokowej lub symboliki w powieściach modernistycznych. Nauczyciel jest jak aktor, który przez 45 minut znajduje się na scenie i musi nie tylko przyciągnąć uwagę widza-ucznia, ale też dyscyplinować klasę, prowokować dyskusję, odpowiadać na pytania, oceniać pracę uczniów i wykonywać jeszcze mnóstwo innych czynności, aby lekcja była udana. I tak non stop, z krótkimi przerwami, w czasie których również przychodzą dzieciaki z różnymi problemami czy sprawami niecierpiącymi zwłoki.

Kiedy wychodzę ze szkoły po skończonej pracy, czuję się czasami jak po przebiegnięciu półmaratonu. A wychodzę, zawsze taszcząc wielką stertę rozmaitych prac – kartkówek, sprawdzianów, próbnych matur – które zabieram do domu. I w domu pracuję dalej, zarówno w dni powszednie, jak i w soboty oraz niedziele. Kiedy piszę te słowa, cały czas towarzyszy mi myśl, że robię to kosztem czekających na ocenę klasówek. Dlatego mit o krótkim czasie pracy nauczyciela tak bardzo mnie denerwuje – według raportu Instytutu Badań Edukacyjnych nauczyciele poświęcają szkole średnio 47 godzin tygodniowo. Do tego dochodzą jeszcze zebrania, dni otwarte, rady pedagogiczne, szkolenia, godziny rozmaitych zajęć dodatkowych (przygotowanie do matury, konsultacje, praca ze słabszymi uczniami, zajęcia wyrównawcze – za które nikt nam nie płaci). Nie sądzę więc, abym pracowała mniej niż przeciętny Kowalski. A uwierzcie, że wakacje czy ferie (wbrew pozorom wcale nie aż tak długie, jak się każdemu wydaje – w lipcu i w sierpniu mamy również rady pedagogiczne, komisje rekrutacyjne czy egzaminy poprawkowe) są niezbędne, aby odpocząć, przede wszystkim psychicznie, od tej niezwykle obciążającej pracy.

Co to wszystko ma wspólnego ze strajkiem? Otóż chciałabym móc pracować tyle, abym mogła być naprawdę efektywna. Żebym nie musiała dorabiać od kilkunastu lat na półtora etatu, licząc każdą złotówkę. Żebym mogła cieszyć się swoją pracą, którą naprawdę uwielbiam, a nie padać wieczorem na twarz ze zmęczenia i z wyrzutami sumienia, bo nie zdążyłam sprawdzić kolejnej partii klasówek. Dlatego żądam tysiąca złotych podwyżki.

Ale nie tylko dlatego. My – nauczyciele – mamy dość systematycznego niszczenia systemu edukacji w naszym państwie. I nie jest to problem wyłącznie obecnej władzy oświatowej, choć trzeba przyznać, że ona akurat stara się szczególnie. Mam wrażenie, że ministrem edukacji zostaje się u nas „za karę”; nie jest to resort cieszący się popularnością, o który zabiegaliby politycy. Od początku mojej nauczycielskiej kariery miałam okazję obserwować próby reformowania szkół, które polegały głównie na kosmetyce szkolnych realiów (oprócz pomysłu wprowadzenia, a następnie likwidacji gimnazjów, który postawił system na głowie). Większości reformatorów wydawało się chyba, że wystarczy coś dodać lub ująć: zmienić listę lektur (wyrzucić Gombrowicza!), pomajstrować przy ustnej maturze (prezentacja czy brak prezentacji), nauczać wiedzy o kulturze… a, jednak nie, to może plastyki, muzyki lub filozofii w szkole średniej?

Usiłuję pokazać, że wszystkie te pomysły nie dotyczą istoty problemu, która polega na tym, że żyjemy w XXI wieku, a usiłujemy kształcić tak, jak to robiono w XIX. Żadna z tych reform nie dotknęła nawet tego, czy kształt obecnej edukacji jest właściwy i czy może nie pogrążamy się coraz bardziej w jałowej dyskusji – Sienkiewicz, Dostojewski, a może Wencel w lekturach  – zamiast odpowiedzieć na pytanie o jakość tego kształcenia. Obecna, zreformowana podstawa programowa (pisana zresztą na kolanie w rekordowym tempie) to powrót do tej szkoły, którą ja kończyłam w latach osiemdziesiątych XX wieku. Oczywiście, na liście lektur nie ma „Popiołu i diamentu” czy „Tańczącego jastrzębia” (dla niewtajemniczonych – relikty poprzedniego systemu), ale znowu mam zmuszać biedne dzieci do czytania „Potopu”, „Odprawy posłów greckich” czy „Nie-Boskiej komedii”. To zadanie nie do spełnienia – wie o tym każdy polonista, już teraz borykający się z problemem, jak zachęcić uczniów do przeczytania czegokolwiek, nie tylko lektury szkolnej. Żyjemy w rzeczywistości częściowo wirtualnej, nierzadko nie nadążamy za błyskawicznymi zmianami technologicznymi, a szkoła pozostaje w większości przypadków w tyle: z klasycznymi tablicami, kredą, papierowymi podręcznikami (obciążającymi plecaki), wtłaczaniem jak największej liczby informacji do głów przemęczonych uczniów.

I nikogo to nie obchodzi. Liczy się to, że przychodzi nowa władza, z kolejnym „genialnym” pomysłem na uzdrowienie polskiej edukacji – i bum! Już od teraz będzie wspaniale. Nie będzie. Nie będzie, dopóki ludzie zainteresowani edukacją nie usiądą do jednego stołu i nie wypracują nowego modelu nauczania. Ale to musi być proces. Długotrwały (sprawdźcie, ile czasu zajęło to w takiej Finlandii), ciężki, czasami bolesny – prowadzący do urealnienia wizji nowoczesnej, kreatywnej szkoły. Szybkie, gwałtowne zmiany, tłumaczone na przykład koniecznością realizacji obietnic wyborczych, to niszczenie polskiej edukacji.

I tu wracam do pytania o przyczyny strajku. Każdy rząd zrobił dla systemu edukacji nic albo niewiele. Jednak to, co zafundowała nam minister Zalewska, nie mieści się w żadnej kategorii. Rozpoczęła swoje urzędowanie od zapowiedzi likwidacji gimnazjów. I konsekwentnie, przez trzy lata, ten plan realizuje. Idzie jak taran, nie zniechęcają jej żadne protesty, ostrzeżenia, rady – z pięknym uśmiechem na twarzy nieustająco zapewnia, że „wszystko jest dokładnie policzone”. Otóż nie jest. W mojej szkole od września funkcjonować będzie jedenaście klas pierwszych (zamiast pięciu). Dyrektor zastanawia się, czy na korytarzu drugiego piętra nie postawić ścianek działowych, no bo gdzie oni się wszyscy pomieszczą? Niedawno w Warszawie na terenie Pałacu Kultury odbywały się Targi Edukacyjne. Frekwencja przerosła najśmielsze oczekiwania, pomimo że trwały pięć dni i uczniów podzielono na absolwentów gimnazjów i szkół podstawowych. Co roku w tych targach uczestniczę i nigdy wcześniej nie widziałam takich tłumów. No, ale oni są przecież „policzeni”! I zapewne na papierze wszystko się zgadza. Szkoda tylko, że nie wszyscy w tym roku dostaną się do wymarzonej szkoły – ale cóż, w razie czego na pewno gdzieś na terenie województwa mazowieckiego jakieś miejsce dla nich się znajdzie…

Pani minister twierdzi, że reforma jest skonsultowana i że większość cieszy się z jej wprowadzenia. To nieprawda. Protestują nie tylko nauczyciele, ale i rodzice, przerażeni wizją miotania się od szkoły do szkoły w lipcu i sierpniu, bo wtedy trwa proces rekrutacji. Jestem wdzięczna losowi, że mój starszy syn już dawno szkołę skończył. Niestety, młodszy jest w czwartej klasie podstawówki – tak, to właśnie ten rocznik, który jako jedyny w całości poszedł do szkoły w wieku sześciu lat. Teraz znowu dopiero siedmiolatki trafiają do pierwszej klasy, a urodzeni w 2009 roku muszą radzić sobie z programem, w którym nie wzięto pod uwagę ich wieku. Nie jestem w stanie wymienić wszystkich skutków rządów pani Zalewskiej – nie starczy na to miejsca.

Na zakończenie chciałam jednak wrócić do sprawy pieniędzy, bo przecież to o nie (zdaniem niektórych) głównie walczymy. Manipulacja liczbami, dezinformacja i po prostu kłamstwa to sposób działania nie tylko Ministerstwa Edukacji Narodowej, ale również całego rządu. Owe mityczne 16 procent, obiecane przez panią Zalewską we wrześniu 2017 roku, którymi cały czas wymachują nam przed oczami, to w sumie około 300 zł netto. Z tego część otrzymaliśmy w ubiegłym roku, część od stycznia (na przykład ja dostałam 99 złotych na rękę), a ostatnia część ma być wypłacona we wrześniu, dzięki wielkiej łaskawości ministerstwa, bo mieliśmy te pieniądze dostać dopiero w styczniu 2020 roku. Czujecie to? Trzysta złotych (stażyści i kontraktowi odpowiednio mniej) w przeciągu roku. To jest ta wielka podwyżka.

Która przecież i tak w zasadzie nam się nie należy, bo zarabiamy ponad pięć tysięcy miesięcznie – w każdym razie pani minister zna osobiście wielu takich nauczycieli. Otóż powiem Wam, jak się wylicza te pięć tysięcy. Do naszych zasadniczych zarobków (moje to 2965 zł brutto, czyli około dwóch tysięcy na rękę) wlicza się wszystkie możliwe dodatki (ktoś wyliczył, że jest ich szesnaście), na przykład nagrodę jubileuszową czy odprawę emerytalną. Każdy nauczyciel obligatoryjnie otrzymuje jeden dodatek – za wysługę lat, wszystkie pozostałe są uznaniowe lub zależą od okoliczności (w końcu nie odchodzi się na emeryturę co miesiąc, nie?). Nasze pensje są żenująco niskie, zwłaszcza stażystów, którzy dostają około 1800 zł netto (to nie jest nawet minimalna płaca!). Pani minister chwali się, że tyle nam dała, na przykład tysiąc złotych dla każdego nauczyciela rozpoczynającego pracę; szkoda tylko, że zapomniała dodać o zabranym wcześniej dodatku na zagospodarowanie, który wynosił cztery razy więcej. Z bezczelnym uśmiechem na twarzy zapewnia nas, nauczycieli, że oddała wszystkie przywileje odebrane ponoć przez poprzednie rządy, a jednocześnie wydłuża ścieżkę awansu zawodowego o pięć lat. Liczba kłamstw, manipulacji, oszczerstw związanych z naszym zawodem osiągnęła szczyt.

I właśnie dlatego będę strajkować – nigdy wcześniej nie czułam się tak poniżona, opluta, zniesławiona jak dziś. Równocześnie zapewniam, że każdy kolejny materiał w telewizji publicznej pokazujący nas jako leserów żądnych tylko kasy i w nosie mających dobro dzieci jedynie mnie w tym postanowieniu umacnia. Na koniec zaś chciałam podziękować pani minister Zalewskiej za jedyną rzecz, którą zrobiła dobrze. Udało się jej zjednoczyć nasze środowisko, a to nie jest łatwe. Walczymy i będziemy walczyć ramię w ramię, do końca.

My, nauczyciele, mamy też prośbę do wszystkich uczniów oraz rodziców: zrozumcie nas i wesprzyjcie w tej walce. Robimy to dla naszej wspólnej sprawy – protestujemy przeciwko wieloletnim zaniedbaniom w oświacie i chcemy wreszcie mądrych, przemyślanych zmian w edukacji. Obecnie polska szkoła, zwłaszcza po ostatniej reformie, znajduje się na skraju przepaści. Razem możemy to zmienić!

***

Dobry tekst? Pomóż nam pisać więcej! Działalność Kontaktu można wspierać finansowo w serwisie Patronite.

Pozostałe teksty z bieżącego numeru dwutygodnika „Kontakt” można znaleźć tutaj.

***

Polecamy także:

prof. Szkudlarek: Republika przez bardzo małe „r”

Kazimierczyk: Nie chcemy upartyjnionej edukacji!

Dzierzgowska: Przestrzenie wspólne