dwutygodnik internetowy
27.07.2015
magazyn papierowy


Kup
egzemplarz
Magazynu
kontakt
z tym
artykułem

Czego nas uczy Tadeusz Mazowiecki?

Mazowiecki przez czterdzieści lat poprzedzających Okrągły Stół starał się na różne sposoby nie zamykać możliwości dialogu między władzą a opozycją, choć bardzo często było to skazane na porażkę. Innym dowodem na instynkt państwowy Mazowieckiego (a zarazem brak instynktu politycznego – wszak nie chciał powołania solidarnościowego premiera) są reformy jego rządu.

mazowiecki

Mazowiecki jest o wiele barwniejszą postacią niż wynikałoby z jego wizerunku dziadka III RP. Jego ścieżka polityczna była wyboista, jego życie intelektualne bogate, a spora część jego myśli jest aktualna także dzisiaj, choć wielu uważa go tylko za postać przeszłości. W poszukiwaniu innego Mazowieckiego pomocna okazuje się wydana właśnie jego biografia autorstwa Andrzeja Brzezieckiego. Jej lektura pozwala dostrzec w pierwszym premierze III RP polityka-myśliciela, którego dziedzictwo można lepiej zrozumieć przyglądając się trzem elementom jego myśli: jego rozumieniu roli chrześcijaństwa w sferze publicznej, jego anty-machiavellizmie, a także jego spojrzeniu na rolę państwa w życiu obywateli.

Chrześcijanin w sferze publicznej: przekraczanie „kredowych kół”

Brzeziecki ciekawie opisuje zapał Mazowieckiego w budowie socjalizmu, który jednak (w przeciwieństwie do większości działaczy tamtego czasu) łączył on z katolicyzmem. Pierwszą organizacją, w której zaangażował się na rzecz obu tych idei (zawalając przy okazji studia prawnicze), był PAX – organizacja katolików kierowana przez Bolesława Piaseckiego, wspierana przez władze PRL. Dość szybko jednak zaczął oddalać się od Piaseckiego, z racji jego ciągotek nacjonalistycznych. W roku 1955 został więc z PAX-u usunięty.

Na fali popaździernikowej odwilży po wielomiesięcznych staraniach udało mu się z grupą frondystów wyrzuconych z PAX-u dostać u władz zezwolenie na stworzenie miesięcznika, którego celem miała być reprezentacja katolickiej lewicy, czyli „Więzi”. Mazowiecki silnie zainspirowany Emmanuelem Mounierem, twórcą francuskiego pisma „Esprit”, starał się budować w Polsce podobny nurt intelektualny, który odrzucał zarówno marksizm (Mazowiecki chyba nigdy nie był marksistą, choć w tamtym czasie określał siebie jako socjalistę), jak i skrajny indywidualizm związany według Mouniera z kapitalizmem. Myśl personalistyczna wpłynęła znacząco na dokumenty Soboru Watykańskiego II, miała także duże znaczenie dla twórców francuskiej, włoskiej i niemieckiej chadecji (pierwsza szybko znikła, kiedy nastała epoka gaullizmu). Fascynacja ta nie zawsze jednak znajdowała zrozumienie u najważniejszej postaci polskiego Kościoła tamtego czasu – kardynała Stefana Wyszyńskiego.

Fragmenty książki Brzezieckiego poświęcone relacji Mazowieckiego z Wyszyńskim są fascynujące. Mazowiecki zdecydowanie bronił autonomii pisma w stosunku do władz, nie inaczej było także z autonomią w stosunku do Wyszyńskiego. Choć z całą pewnością prymas był mu bliższy niż Władysław Gomułka, to nie miał Wyszyński z Mazowieckim łatwego życia. Szef „Więzi” krytycznie odnosił się do katolicyzmu ludowego, poza tym nie chciał automatycznego łączenia polskości z katolicyzmem, uważając, że taki automatyzm odbiera wierze głębię i wzmacnia nacjonalizm. Jednym z momentów konfliktu była opublikowana w „Więzi” w roku 1968 dyskusja o klerze, która zawierała bardzo krytyczne uwagi szczególnie na temat formacji duchownych, wypowiedziane przez ówczesnego prowincjała zakonu dominikanów Krzysztofa Kasznicę. Jednak od lat 70. Wyszyński z Mazowieckim zbliżyli się i w momencie, w którym władze zorientowały się, że „Więź” nie przysłuży się raczej Polsce Ludowej i nie będzie przeciwwagą dla „Znaku” i „Tygodnika Powszechnego”, to wyraźne stanowisko Kościoła doprowadziło do utrzymania miesięcznika.

„Więź”, choć chyba nie dorównała pozycją „Tygodnikowi Powszechnemu” i „Znakowi”, okazała się ważna dla przekraczania granic między ludźmi Kościoła a niewierzącymi. Już w 1962 Mazowiecki opublikował arcyciekawy esej – list do niewierzącego pod tytułem „Kredowe koła”. Mazowiecki pisze o tym, co dla chrześcijanina znaczy żyć w zlaicyzowanym świecie (widząc w nim zarówno zagrożenia, jak i szanse), a także apeluje o przekraczanie „kredowych kół” – o dialog wierzących z niewierzącymi. Nietrudno się domyślić, że była to jedna z inspiracji dla Adama Michnika i jego przełomowej książki „Kościół, lewica, dialog”; nietrudno zobaczyć, że postawa Mazowieckiego wyznaczyła kierunek współpracy katolickiej i laickiej inteligencji, która uformowała kilkanaście lat później istotną część opozycji demokratycznej.

Dziś eseistyka Mazowieckiego ma zresztą w mniejszym stopniu polityczny, a w większym intelektualny sens. Trochę w duchu jego równolatka Charlesa Taylora Mazowiecki zadawał pytania, co znaczy wierzyć w epoce świeckiej:

„Religia w zurbanizowanym i uprzemysłowionym społeczeństwie znajduje się na pewno w zasadniczo odmiennej niż dotąd sytuacji. Niektórzy nazywają to stanem zakwestionowania. Jest to zakwestionowanie, które przybiera nie tyle postać buntu wobec religii, ile przyzwyczajenia, że można bez niej żyć. Ale i na przeciwległym biegunie zarysowują się zmiany. Wyrażają się one dojrzewaniem postawy religijnej wtedy, gdy staje się ona sprawą bardziej świadomego wyboru i bardziej świadomego życia”.

Naczelny „Więzi” opisuje także kondycję współczesnego człowieka:

„Ani człowiek dzisiejszy w ogóle, ani specjalnie młode pokolenie nie jest bynajmniej pokoleniem, w którym przestały być w użyciu najgłębsze ludzkie właściwości: poszukiwanie i wartościowanie. Odwraca się ono jedynie od tego, co jest pustym słowem i pozorem”.

Stosunek Mazowieckiego do łączenia religii i polityki dobrze oddaje przytoczony przez Andrzeja Brzezieckiego fragment mowy, którą były już premier wygłosił na pogrzebie Krzysztofa Kozłowskiego, Ministra Spraw Wewnętrznych w swoim rządzie, a także wieloletniego redaktora „Tygodnika Powszechnego”:

„My, chrześcijanie, nie chcemy instrumentalnego mieszania religii i polityki. Ale wierzymy w jednoczącą rolę chrześcijaństwa. I na nią w Polsce – tak ostro, że aż absurdalnie podzielonej – czekamy. Czekamy, aby katolicyzm polski stał się bardziej chrześcijański, bardziej jednoczący i przyjazny ludziom i światu”.

Chyba nie trzeba dodawać, że takiego głosu nie da się dziś usłyszeć w Polsce często.Z jednej strony słychać dziś instrumentalnie rozumiane wezwania do obrony katolickiej tradycji, z drugiej mamy do czynienia z twardym antyklerykalizmem Janusza Palikota, który (patrz: Janusz Palikot, „Zdjąć Polskę z krzyża”) snuje opowieść o tym, w jaki sposób chrześcijaństwo wysysa energię z Polaków. Jest jeszcze trzecia opcja, która może być symbolizowana przez premiera Donalda Tuska – niezajmowanie stanowiska w tym sporze. Na tym tle pozycja Mazowieckiego wydaje się ciągle pociągająca, choć nie widać nikogo, kto chciałby jej w życiu publicznym bronić.

Mazowiecki, czyli anty-Machiavelli – polityka według pierwszego premiera III RP

Z książki Brzezieckiego wyłania się obraz Mazowieckiego jako anty-Machiavellego (podobny obraz pierwszego premiera wyłania się także z książki Roberta Krasowskiego „Po południu”), a autor uważa go za kiepski wybór na pierwszego premiera. Mazowieckiemu niezbyt zręcznie wychodziły polityczne gry, których uczył słynny florentyńczyk, niezbyt bliska Machiavellemu byłaby też anty-polityczna skłonność Mazowieckiego, by za wszelką cenę szukać porozumienia. Do końca życia Mazowiecki uważał, że zasady etyczne obowiązują także w polityce – sąd, który Machiavelli, a za nim plejada filozofów politycznych, podważył. Nie znaczy to oczywiście, że Mazowiecki był politycznie bezgrzeszny (choć lista jego grzechów politycznych nie byłaby chyba zbyt długa) – istotne jest, że nie uznawał braku zastosowania kryteriów etycznych w osiąganiu politycznych celów.

Po bardzo słabej kampanii prezydenckiej, przegranych wyborach i dymisji swojego gabinetu Mazowiecki przystąpił do budowy najbardziej kuriozalnej partii, jaką zna polska historia polityczna – Unii Demokratycznej (piszę tak, choć jako nastolatek byłem członkiem młodzieżówki jej kolejnego wcielenia). Partia jest z dzisiejszej perspektywy kuriozalna, ponieważ łączyła ona wszystkie właściwie nurty polityczne obecne na scenie politycznej: konserwatyzm (Aleksander Hall, Kazimierz Ujazdowski), liberalizm (Bronisław Geremek, Władysław Frasyniuk, Tadeusz Syryjczyk) i socjalizm (Jacek Kuroń, Zofia Kuratowska). Premierowi udało się zebrać znakomitą ekipę, która zresztą w czasie pierwszych reform miała podobne stanowisko, na dłuższą jednak metę miała bardzo ograniczone możliwości działania.

Mazowiecki budował partię niczym magazyn intelektualny – bardzo ciekawy, ale politycznie skazany na porażkę. Partia zresztą dość szybko uznała, że to Mazowiecki jest przyczyną jej niemocy i w roku 1995 z inspiracji Aleksandra Smolara zdecydowała się na przywództwo innego anty-polityka – Leszka Balcerowicza (przy okazji wystawiając w wyborach prezydenckich socjalistę Jacka Kuronia). Z dzisiejszej perspektywy historia obu Unii brzmi surrealistycznie, ale z drugiej strony żadna chyba siła polityczna nie dała III RP tylu państwowców, którzy do dziś sytuują się po różnych stronach politycznej sceny – za malowniczy przykład tej siły Unii służyć może fakt, że dwa pierwsze wyniki majowych wyborów prezydenckich należały do byłych członków tej formacji.

Jak na anty-Machiavellego udało się więc Mazowieckiemu całkiem sporo: był szefem doradców „Solidarności”, głównym negocjatorem strony opozycyjnej przy Okrągłym Stole, pierwszym premierem III RP, a w końcu głównym doradcą prezydenta – nieco populistycznie można by powiedzieć, że umiał on do siebie przekonać tak czczoną przez autora „Księcia” fortunę nieco lepiej niż sam Machiavelli, który raz wygnany przez Medyceuszy nigdy nie zdołał odegrać we Florencji znaczącej roli. Odkładając jednak na bok trudno porównywalne sytuacje, trzeba powiedzieć, że z całą pewnością Mazowiecki nie był politykiem epoki wyspecjalizowanych aparatów partyjnych, twardego przywództwa i wyreżyserowanego konfliktu. Prawdopodobnie dlatego musiało w Unii dojść do ojcobójstwa, a pałeczkę lidera polskiego centrum wyrwał Mazowieckiemu Donald Tusk, który zresztą od wyborów w 2007 o swoim byłym szefie wyrażał się z najwyższym uznaniem.

Państwo jako przestrzeń nadziei

W debacie ze wspomnianym Donaldem Tuskiem, która odbyła się w roku 2009, dziennikarze zapytali Tadeusza Mazowieckiego o największą wartość w życiu publicznym. Odpowiedział tak:

„Zdziwię państwa tym, co powiem. Ta wartość nazywa się nadzieja. To nie znaczy, że państwo jest depozytariuszem nadziei, ale państwo ma spełniać pewne warunki, żeby ludzie czegoś głębiej pragnęli, i pośrednio stwarzać możliwość nadziei na lepsze i głębsze życie, nie takie trywialne, jak serwuje popkultura”.

Ta odpowiedź nie była przypadkowa. W książce Brzezieckiego wątek nadziei pojawia się często, także w czasach, gdy zarówno w życiu publicznym, jak i prywatnym Mazowiecki miał prawo czuć jej niedostatek. Także nie jest przypadkiem, że Mazowiecki połączył w odpowiedzi sens funkcjonowania państwa z wartością, której konkretne znaczenie nadawać mieli ludzie osadzeni w swoich wspólnotach. Kiedyś było to rozumowanie personalistyczne, dziś pewnie nazwalibyśmy je bliskim komunitarianizmowi.

Z perspektywy wydaje się, że Mazowiecki dobrze czuł sens funkcjonowania państwa i łączył go właśnie ze stwarzaniem perspektyw dla jego obywateli. Sfera, w której czuł się on mniej pewnie, to była przestrzeń gier politycznych. O ile jego koncepcja Unii Demokratycznej i obstawanie przy niej świadczyły o tym, że z grami politycznymi radził sobie słabo, to wydaje się, że w myśleniu o państwie był niezwykle dojrzały.

Za dowód może posłużyć koncepcja Okrągłego Stołu, która była bardzo – by tak rzec – Mazowiecka. Przyszły premier przez czterdzieści lat poprzedzających Okrągły Stół starał się na różne sposoby nie zamykać możliwości dialogu między władzą a opozycją, choć bardzo często było to skazane na porażkę. Kolejnym dowodem na instynkt państwowy Mazowieckiego (a zarazem brak instynktu politycznego – wszak nie chciał powołania solidarnościowego premiera) są reformy jego rządu. Choć jego wybór budził obawy w obozie „Solidarności”, to jego gabinet zdołał przeprowadzić głęboką reformę gospodarczą, wprowadził samorządy lokalne i ustabilizował relacje z naszymi sąsiadami – jego największym osiągnięciem w tej dziedzinie było przymuszenie Helmuta Kohla do akceptacji polskiej zachodniej granicy, do czego ten wcale się nie palił.

Ważnym elementem zmysłu państwowego Mazowieckiego było uchwalenie Konstytucji III RP, kiedy poszedł on w poprzek swojej ówczesnej niechęci do współpracy z SLD. W tej jednej sprawie zdecydował się na współdziałanie, czego efektem jest Konstytucja, która stabilizowała system polityczny w Polsce, wzmocniła rolę premiera, choć – to chyba także rys osobowości Mazowieckiego – nie decyduje do końca, czy ważniejszy jest premier czy prezydent (od czasu Tuska wskazanie jest jednak wyraźnie na tego pierwszego).

Miejmy nadzieję, że fakt, iż dziś nazywamy jego nazwiskiem ulice i odsłaniamy jego pomniki, nie przesłoni nam tego, co dla nas może być aktualne: jego myśli. Z kart książki Andrzeja Brzezieckiego wyłania się bowiem myśliciel oryginalny, konsekwentny, obdarzony rysem wielkości, bo wykraczający poza swój czas.

 

Andrzej Brzeziecki, „Tadeusz Mazowiecki. Biografia naszego premiera”, Wydawnctwo Znak 2015