dwutygodnik internetowy
12.11.2013
magazyn papierowy


Kup
egzemplarz
Magazynu
kontakt
z tym
artykułem

Bromski o “Bilecie na księżyc”

W swoim filmie próbowałem pokazać gorsze strony PRL-u – prawdziwą opresję, niemożność zrealizowania marzeń, konieczność przystosowania się do trudnej sytuacji. Chciałem w głębszy sposób pokazać sytuację młodego człowieka, to w jaki sposób jego aspiracje są tłamszone. Prawdziwszą ocenę tego, czym wtedy żyliśmy. – o braku tęsknoty do PRLu opowiada reżyser i scenarzysta Jacek Bromski.   […]


W swoim filmie próbowałem pokazać gorsze strony PRL-u – prawdziwą opresję, niemożność zrealizowania marzeń, konieczność przystosowania się do trudnej sytuacji. Chciałem w głębszy sposób pokazać sytuację młodego człowieka, to w jaki sposób jego aspiracje są tłamszone. Prawdziwszą ocenę tego, czym wtedy żyliśmy. – o braku tęsknoty do PRLu opowiada reżyser i scenarzysta Jacek Bromski.
 
Tydzień temu opublikowaliśmy recenzję Biletu na księżyc autorstwa Bartosza Wróblewskiego dziś polecamy rozmowę z autorem filmu. Rozmawia nie kto inny tylko Bartosz Wróblewski.
 
Co było punktem wyjścia do napisania scenariusza „Biletu na księżyc”?
Ponad 20 lat temu miałem pomysł, żeby zrobić film o tym, jak starszy brat odprowadza młodszego do wojska. W trakcie podróży próbuje załatwić mu dziewczynę, a dzieje się to podczas lądowania człowieka na księżycu. Inspiracją były też częste porwania samolotów w czasach PRL. Było ich na tak dużo, że LOT wprowadził lotne brygady antyterrorystyczne. Każdym samolotem latali dwaj milicjanci w cywilu i wprowadzono dokładniejsze rewizje na lotniskach.
 
Próbuje pan odczarować PRL pokazany w filmach Barei czy raczej pokazać PRL, który był wcześniej?
Nie uważam wizji Barei za fałszywe. To komedie, które niekiedy w sposób przesadny sprowadzają rzeczywistość PRL-u do absurdu czy groteski. Ale mają do tego prawo. Odnoszę jednak wrażenie, że młodzi ludzie, którzy dzisiaj oglądają jego filmy bez znajomości tamtych czasów, odbierają to wprost. Wydaje im się, że było bardzo fajnie. Dlatego w swoim filmie próbowałem pokazać gorsze strony PRL-u – prawdziwą opresję, niemożność zrealizowania marzeń, konieczność przystosowania się do trudnej sytuacji. Chciałem w głębszy sposób pokazać sytuację młodego człowieka, to w jaki sposób jego aspiracje są tłamszone. Prawdziwszą ocenę tego, czym wtedy żyliśmy.
 
A co z wyborem okresu? Bareja pokazywał nieco późniejszy PRL.
To nie ma żadnego znaczenia. Może za Gierka wszystko było posunięte nieco bardziej w stronę absurdu, bo ta ekipa zdawała już sobie sprawę z tego, że nie można występować z pozycji ideologicznych. Oni występowali cynicznie z pozycji pragmatycznych. PRL stał się groteskowy. Władza mrugała do obywatela, a obywatel do władzy. Wszyscy wiedzieli, że nie jest najlepiej, ale mieliśmy wielkiego brata, który zmuszał nas do życia w tym systemie.
 
Dlaczego zdecydował się pan na lekki ton opowiadania?
Przede wszystkim warto zauważyć, że oprócz lekkiego tonu są w tym filmie również prawdy dramatyczne. Łopatologia nie jest wskazana. Trzeba szukać wieloznacznych, a zarazem atrakcyjnych dla widza sposobów przedstawiania tego, co zamierza się opowiedzieć. Opowiadam o młodzieży, która nie siedzi w więzieniu czy poprawczaku, ani nie jest jeszcze w wojsku. Młodzi ludzie chcą się bawić, póki mogą. Jeden z bohaterów mówi, że jest niedojrzały i nie wie, co ma robić z życiem. Okoliczności zmuszają go do podjęcia różnych decyzji. Tak to jest w życiu.
 
Czy można uznać któregoś z bohaterów za pańskie alter ego?
W bohaterach każdego filmu jest trochę z reżysera i scenarzysty. Myślę, że można odnaleźć trochę mnie zarówno w jednym, jak i drugim z braci. Miałem w sobie spontaniczność, szczerość i wyczucie sprawiedliwości młodego Filipa, a zarazem musiałem dawać sobie radę, jak drugi z braci, Antoni.
 
Tęskni pan za PRL-em?
Nie tęsknię ani za PRL-em, ani za niczym bezpośrednio z PRL-em związanym. Wręcz przeciwnie. To nie była moja podróż sentymentalna. Jeżeli mam sentyment, to do tego, że byłem młody. Życie wyglądało wtedy inaczej – o tyle beztrosko, że nie było kapitalistycznego przymusu, że trzeba mieć pieniądze. Można było chodzić po klubach studenckich bez grosza przy duszy i nie było to dyskryminujące towarzysko. To było dla nas dobre, że nie byliśmy tak materialistycznie nastawieni na karierę i zarabianie pieniędzy. Podchodziliśmy do życia tak, by wziąć z niego to, co najlepsze. Oczywiście w miarę możliwości, które nam stwarzał ustrój.
 
Ścieżkę dźwiękową filmu tworzą piosenki z epoki.
Wydawało mi się, że przeboje z tamtych lat lepiej umiejscowią ten film. Poza tym te utwory składają się na nostalgiczny odbiór pewnej epoki. Były takie filmy, jak „American Graffiti”, opowiadające o młodości ludzi, którzy je robili i też były ilustrowane piosenkami z tego okresu. Finansowo i logistycznie niełatwo było pozyskać do nich prawa, ale w końcu się udało.
 
W „Bilecie na księżyc” zadebiutowało wielu młodych aktorów. Czy to nie było ryzykowne?
To film o młodych ludziach, więc właśnie takich ludzi trzeba było obsadzić. Dlatego zdecydowałem się na studentów szkół aktorskich, nie znanych jeszcze szerszej publiczności. Najeździłem się w ich poszukiwaniu. Oglądałem spektakle szkół aktorskich – olsztyńskiej, krakowskiej, warszawskiej, wrocławskiej i łódzkiej. Brak doświadczenia czasem stanowił problem, ale czasem okazywał się atutem – ze względu na ich świeżość i brak rutyny.
 
Jacek Bromski (1946) jest reżyserem, scenarzystą i producentem filmowym. Prezesem Stowarzyszenia Filmowców Polskich.