dwutygodnik internetowy
18.05.2015
magazyn papierowy


Kup
egzemplarz
Magazynu
kontakt
z tym
artykułem

Benzedryna, czyli kłamać każdy może

“Hotel Minister” to spektakl, który od października 2014 można oglądać na deskach łódzkiego Teatru Powszechnego. Ta prosta w założeniu sztuka irytuje swoją natrętną manierą polegającą na mnożeniu nieprawdopodobieństw.

W przedsionku łódzkiego Teatru Powszechnego mijamy ściany wytapetowane zdjęciami Konrada Swinarskiego. To dobry prognostyk przed degustacją spektaklu „Hotel Minister” Raya Cooneya (autora takich komedii, jak „Mayday” czy „Okno na parlament”). I choć gatunki, które uprawiali obydwaj twórcy, są bardzo od siebie odległe, to troskliwy patronat Swinarskiego dobrze prorokuje poziomowi sztuki Cooneya. Niestety, realia sceniczne, co łatwe do przewidzenia, nie są łaskawe dla wielbicieli kunsztu pierwszego z teatralnych autorytetów. Zasadnym jest jednak pytanie: czy sztuka wystawiana w Teatrze Powszechnym trzyma przynajmniej poziom właściwy produkcjom angielskiego mistrza farsy?

Kontury akcji nie są specjalnie skomplikowane. Oto w hotelu Minister zamieszkał poseł Ryszard Wolski wraz z żoną. Przyjechał na posiedzenie parlamentu. Jednak zanim zasiądzie w poselskiej ławie, chce wykorzystać fakt, że żona postanowiła wybrać się do teatru, i spędzić upojny wieczór z uroczą sekretarką. Planów tych nie pochwala jego asystent Dobiesław Ryski, który obawia się skandalu, tym bardziej, że kolejnego dnia w parlamencie poddana ma zostać pod głosowanie ustawa na temat korupcji, upadku moralności i walki z pornografią. Sekretarz wykonuje polecenia szefa, poruszając lawinę nieoczekiwanych konsekwencji.

źródło: materiały prasowe

Właśnie te komplikacje sprawiają, że prosta w założeniu sztuka irytuje swoją natrętną manierą polegającą na mnożeniu nieprawdopodobieństw. Dzieje się tak zapewne dlatego, iż reżyser nie chciał pozostawić widza sam na sam z pytaniem zgoła trywialnym: kiedy na scenie zacznie się rzucanie tortami? Te jednak nie są potrzebne. Gęstość infantylnych dialogów wypełnia czas spektaklu tak ściśle, że w pewnym momencie widz nie reaguje już na pointy, zwischenrufy i repliki, lecz co najwyżej na artykulację aktorską, gesty i pozy. Te zaś w żaden sposób nie wzbogacają rachitycznej materii komediowej. W dialogach zaś bryluje syndrom zapętlenia. Wiodące postaci przedstawienia, które, jak na klasyka gatunku przystało, oparte jest na nieporozumieniu sytuacyjnym, współzawodniczą w sztuce permanentnego oszukiwania swoich partnerów. By jednak czynić to wiarygodnie, kluczą w swoich zeznaniach coraz przebieglej. Przybiera to z każdym zdaniem nieznośniejszą manierę, ponieważ kolejne kłamstwo wprowadza akcję na coraz wyższe piętra absurdu. Ten zaś włada widowiskiem i merda niczym ogon psem. Kłamie minister, jego żona, sekretarz, kochanka. „Jestem Ryski, robię, co mogę, i to dla wszystkich” – to credo wypowiedziane przez asystenta ministra ma tłumaczyć jego aktywność publiczną, lecz de facto zaledwie wytycza granice elastycznych zachowań. Jeżeli autor chciał zawrzeć w tej postawie jakąkolwiek pointę, można tylko spekulować na temat jej kształtu. Że politycy kłamią z definicji częściej niż inni obywatele? Że polityka to szwindel? Miałkie to przesłanie, ale dla odbiorców „Hotelu Minister”, których reżyser wymarzył sobie ujrzeć na widowni, w sam raz. Równie prosty i niewyszukany jest dowcip królujący na scenie. Szeroka paleta w tej materii rozpościera się od podstawiania nóg aż do gagów w rodzaju „kręcimy film «od tyłu»”. Bohaterowie są niewolniczo przywiązani do tak wyznaczonej formuły. Często lądują sobie w kroku lub niechcący zostają przyłapani na czynnościach imitujących akt kopulacji. Zdarza się, że spadną im spodnie, jak sekretarzowi Dobiesławowi. Odtwórca tej ostatniej roli (Jakub Firewicz) to zresztą najjaśniejszy punkt ekipy aktorskiej, choć niepotrzebnie żonglujący naraz wszystkimi zgranymi przez dekady grepsami komicznymi. Gdyby dać mu do odegrania kreację mniej plastyczną, lecz ambitniejszą w wymowie, miałby szansę zaznaczyć swoją obecność w teatrze, którego wejścia strzeże przenikliwe oblicze Konrada Swinarskiego. A tak pójdzie tylko w zawody z epigonami sztuki slapstickowej. Z kolei postać Chińczyka wtórna będzie w swoim komizmie, jeśli ktoś pamięta nieodległy czasowo kabaretowy pierwowzór o przedstawicielu tej nacji (nawiasem mówiąc: cóż za rozpiętość stereotypu oferują nam autorzy sztuki – jeśli Chińczyk, to albo kelner, albo karateka). Gdyby reżyser nie szedł na skróty, tworząc kreacje ociosane topornym dłutem, można by śmiało założyć, że aktorzy dadzą radę aspirować do ról ambitniejszych. A tak z magmy chaosu trudno wyłowić wartości dodane. Bałagan sceniczny da się uzasadnić tym, że jeden z bohaterów przedstawienia myli lek na alergię z benzedryną – środkiem pobudzającym. To tłumaczy histeryczne wręcz diapazony, na jakie pchnął reżyser swoją ekipę. Taką też drogą podąża karnie cały zespół aktorski. Nie można mieć jednak do niego przesadnych pretensji. Konwencję sztuki określił autor dramatu, a reżyser jej się zasadniczo nie sprzeciwił. Dobrą muzykę skomponował Marcin Rumiński, broni się scenografia spektaklu autorstwa Wojciecha Stefaniaka.

Widowisko miało swoją premierę 11 października ubiegłego roku. To arcyważna data w całych dziejach naszego kraju. Ale, niestety, nie dla łódzkiego Teatru Powszechnego. Tego dnia polska reprezentacja piłki nożnej po raz pierwszy w historii pokonała zespół Niemiec.

 

„Hotel Minister”

Teatr Powszechny, Łódź

Reżyseria: Giovanny Castellanos

Premiera: 11 października 2014