dwutygodnik internetowy
02.07.2012
magazyn papierowy


Kup
egzemplarz
Magazynu
kontakt
z tym
artykułem

Autodafé

Lecz strzeżmy się raz jeszcze przed prokuratorską postawą w ocenie ludzi i czasów coraz odleglejszych. Stojąc dziś w Auschwitz, nie osądzamy jedynie konkretnych pokoleń, lecz dużo szerzej: osądzamy człowieka. A więc i siebie samych.

ilustr.: Olga Micińska

 

Nie doceniacie znaczenia oczu człowieka.
Zrozumcie, że język może ukryć prawdę, ale oczy – nigdy!
Michaił Bułhakow, Mistrz i Małgorzata, 1966/67-1973.

 

Auschwitz jest antynomią domu. Z domu się było wyrywanym, dom się opuszczało, by trafić do Auschwitz. W domu żyło się w rodzinie, w Auschwitz rodzinę się traciło. Dom był przestrzenią oswojoną, trudno o bardziej obcą przestrzeń niż obóz.

Dom jest miejscem intymnym. Znanym nam jak żadne inne miejsce na świecie. Wiemy dobrze, gdzie powinniśmy jeszcze posprzątać, gdzie wrzucamy brudne ubranie, gdzie leżą pamiątki z przeszłości, świadectwa minionych sukcesów i ukryte przed oczyma gości dowody rozmaitych draństw i upadków. Ponoć ściany mają uszy – ale na pewno nie mają ust. To, co w domu, pozostaje najczęściej w jego murach. Dom jest nasz i w domu jesteśmy najbardziej sobą. Aż po lustro łazienki.

Czasem jednak, w domu, sami, powracamy do przeszłości, otwieramy stare albumy, wyciągamy dawne zdjęcia – choćby te z przyjaciółmi sprzed lat, którym kiedyś szczerze, choć pochopnie, obiecaliśmy, że będziemy pisać, że zachowamy kontakt. Wówczas widzimy siebie samych bez upiększania.

 

* * *

Podróż do Auschwitz staje się, coraz częściej, jednym z doświadczeń nie do ominięcia. Mijają kolejne dekady od końca wojny, a coraz więcej ludzi odczuwa potrzebę osobistego ujrzenia tego Miejsca. Auschwitz stał się symbolem całej Szoah, a zarazem całego systemu obozów koncentracyjnych. Symbolem par excellence każdego totalitaryzmu.
Niezbędnym punktem odniesienia w naszej coraz bardziej zglobalizowanej codzienności.

Czego szukamy tak naprawdę w cieniu bloków i baraków, wieżyczek i drutów, krematoriów i komór gazowych? Co sprawia, iż wydaje nam się, że to miejsce trzeba znać? Czy chodzi tylko o zobaczenie słynnego na całym świecie Miejsca? Czy chodzi wyłącznie o dowiedzenie się – raz jeszcze – co niemieccy naziści zrobili tylu niewinnym ludziom z całej Europy?

 

Wiemy wszak dobrze, co się w Auschwitz stało i nie są nam obce takie nazwy jak: Treblinka, Mauthausen, Buchenwald, Dachau czy Gross-Rosen. Od faktografii mamy książki, podręczniki, nauczycieli. W Auschwitz – sądzimy jednak – uda nam się zrozumieć coś więcej.

Więc przyjeżdżamy do Auschwitz. Wśród włosów, walizek, ubrań, zadajemy sobie pytania: jak to było możliwe!? Jak to się stało, że to się dziać mogło? Jak całe społeczeństwa mogły uwierzyć w teorie rasowe? Jak mogli zaufać narodowemu socjalizmowi? Jak zwyczajni ludzie zostawali gestapowcami lub esesmanami? Dlaczego rządy tak wielu krajów zgadzały się na współpracę w wysyłaniu transportów żydowskich, doskonale wiedząc, dokąd owe transporty zmierzają? Dlaczego istniejące w tak wielu krajach ruchy oporu praktycznie nic nie zrobiły, choćby dla spowolnienia transportów? Dlaczego niemalże żaden autorytet nie zajął zdecydowanego stanowiska w tej sprawie? Czemu bombowce alianckie (nie tylko amerykańskie, ale i sowieckie) nie zniszczyły komór gazowych? Jak można było do tego wszystkiego dopuścić?

 

Niezależnie od oceny i wagi przypisanej rozmaitym Realpolitik, militarnym lub cywilnym, ostateczna odpowiedź na to trudne pytanie jest, niestety, mało przyjemna i nie ma przed nią zbyt wiele możliwych retorycznych ucieczek. Nosi ona znamiona ludzkiej – większej lub mniejszej – obojętności. Większość wolała nie widzieć i nie wiedzieć. Nie zadawać sobie pytań. Sprawiedliwych było naprawdę niewielu. Miarą ich odwagi są ci, którzy przeżyli, ich dzieci i wnuki.

Lecz strzeżmy się raz jeszcze przed prokuratorską postawą w ocenie ludzi i czasów coraz odleglejszych. Stojąc dziś w Auschwitz, nie osądzamy jedynie konkretnych pokoleń, lecz dużo szerzej: osądzamy człowieka. A więc i siebie samych. Oto i dziś żyjemy w czasach, gdy całe rodziny są mordowane, giną z głodu, pragnienia, wyzysku ponad miarę. Wszyscy wiemy, gdzie to się dzieje i w jakich okolicznościach. Widzimy ich śmierć na bieżąco, możemy obserwować ich wioski i domy na obrazach satelitarnych; ujrzeć drogi, które do tych domów prowadzą; czasem wręcz zobaczyć doły już gotowe, w których – masowo – ich ciała spoczną.

 

Dziś, w Europie, nie musimy się lękać zemsty nazistów, nikt nie zapuka brutalnie do naszych drzwi. Jesteśmy w stanie tam dolecieć – do Darfuru, do Somalii, gdziekolwiek.

Wiemy prawie wszystko i możemy wiele. Mamy dostęp do globalnej sieci informacji i komunikacji. Nic nam nie grozi. Tymczasem, nie robimy niemalże nic. Kto z nas poleciał wygodnym samolotem, by uratować choćby jedno dziecko? Łatwiej nam pomyśleć: przecież to nie takie proste… Co ja sam mogę zrobić… Powinność leży po stronie ONZ, szczytów G8, Unii Europejskiej, korpusów pokojowych, Czerwonego Krzyża, ale przecież nie mojej!

 

Owszem: Twojej! Jak najbardziej Twojej. I dam Ci na to jeden prosty dowód: gdyby wówczas, w czasie Zagłady, Sprawiedliwi wśród Narodów Świata w ten sposób myśleli, jak Ty i ja myślimy dzisiaj – nie ocalałby nikt. Ofiary były zdane wyłącznie na indywidualną ludzką pomoc lub na jej brak.

Ci, którzy ginęli w komorach gazowych, modlili się, wzywali Najwyższego, by wypełnił słowa Przymierza. Wszak oto ginęli pobożni Żydzi, całymi rodzinami, z dziećmi na ręku. Ginął Naród Wybrany. Jego lud boży. Ten naród, któremu powiedział – „wy będziecie moim ludem, a Ja będę waszym Bogiem”. Oto więc giną w komorach Ci, którzy wypełniali 613 przykazań Przymierza. Oto więc – pełni praw – domagają się w ostatniej modlitwie realizacji tego Przymierza. I co się wówczas dzieje? Nic. Jakby wody Morza Czerwonego odmówiły rozstąpienia się. Do dziś teologowie nie są w stanie uporać się z ówczesnym milczeniem Boga. I nie wystarcza odpowiedź, że był razem z ludźmi, w komorach. Bardzo chrześcijańska jest wizja Boga, który współcierpiał. Ale Jego sprawiedliwość, wszechmoc i miłość do Izraela pozostaje niepojęta w świetle zagłady Narodu Wybranego. Misterium Iniquitatis – powiedział Jan Paweł II. I dalej się tego już wyjaśnić nie da.

 

Trudno jest po tym doświadczeniu boskiego bezruchu czuć się jeszcze – jako człowiek – zobowiązanym do ratowania, do pomocy. Ale zanim nie rzuci się po raz kolejny groźnego pytania: gdzie był wówczas Bóg, musimy – choćby dla elementarnej uczciwości – zadawać sobie pytanie: gdzie był człowiek? Ten sam człowiek, który – w myśl błogosławieństw – będzie nazwany synem Bożym, gdy tylko będzie nosicielem pokoju. Gdzie była ludzkość? I gdzie dziś jestem ja?

 

* * *

Dom jest miejscem intymnym. Nie dlatego, że odzwierciedla nasze stany ducha, przyzwyczajenia, obyczaje. Ale dlatego, że są w nim przestrzenie, w których jesteśmy sami, jesteśmy sobą i nie musimy nic nikomu udowadniać. Jeśli chcesz, by świat stał się choć trochę bardziej Twoim domem, musisz poznać Auschwitz. Musisz spojrzeć w lustro Zagłady.

 

 

Esej pochodzi z książki „Epitafium… i inne niepokoje”, wydanej przez Wydawnictwo Państwowego Muzeum Auschwitz-Birkenau. Książka od dziś dostępna w sprzedaży w księgarni Muzeum.