dwutygodnik internetowy
12.11.2012
magazyn papierowy


Kup
egzemplarz
Magazynu
kontakt
z tym
artykułem

Arab strzela, Allah kule nosi

„Arab strzela Żyd się cieszy” to zbiór reportaży, ale nie książka reporterska. Zbyt jest mozaikowa, opisywanych historii nie łączy wiele ponad to, że mówią o arabskich mieszkańcach Izraela, których życie najwyraźniej jest różne – i dobre, i złe, bliskie Izraelczyków, ale czasem dalekie.

Przed 1948 rokiem teren dzisiejszego Izraela i Autonomii Palestyńskiej znajdował się pod kontrolą brytyjską w ramach mandatu Ligii Narodów. Pod rządami urzędników królewskich sąsiadowały ze sobą dwie wrogo do siebie usposobione społeczności – palestyńska i żydowska. Choć w wyniku wojny o niepodległość Izraela, ponad siedemset tysięcy Palestyńczyków zamieszkujących mandat opuściło swoje domy i znalazło się poza granicami nowego państwa, część zdołała pozostać stając się znaczącą izraelską mniejszością. Dzisiaj ponad dwadzieścia procent siedmiomilionowej populacji Izraela to Palestyńczycy.

 

To właśnie o nich pisze w swojej nowej książce „Arab strzela Żyd się cieszy” Paweł Smoleński. Ze szczególnym zainteresowaniem przysłuchuje się swoim rozmówcom właśnie wtedy, gdy mówią o dyskryminacji doświadczanej w państwie żydowskim. Gdy skarżą się, że choć urodzili się w Izraelu, posiadają jego paszporty i mówią po hebrajsku, wciąż napotykają na niepisane bariery. Chociażby takie, jak brak pozwoleń na poszerzenie palestyńskich wiosek, które w efekcie muszą rosnąć wzwyż, nabierając bardzo chaotycznego charakteru, stając się o wiele brzydsze od sąsiednich miejscowości żydowskich. Dawni mieszkańcy wsi Myska opowiadają autorowi o tym, jak po wojnie 1948 roku wojsko wyrzuciło ich z domów, które następnie zrównało z ziemią. Choć minęło już sześćdziesiąt lat, kolejne pokolenia żywią sentyment do tego kawałka ziemi i próbują tam wracać choćby na krótko. Oni – żali się Fahid – jeżdżą do Polski szukać korzeni. Nam nie wolno jechać do Myski, choć to za miedzą, w wietrzne dni można poczuć wilgoć z naszych źródeł.

Bohaterowie „Arab strzela Żyd się cieszy” przyznają jednak, że ich życie nie jest ostatecznie tak nieznośne, zwłaszcza, że ich zdaniem w innych krajach Bliskiego Wschodu Arabowie nie korzystają z tylu wolności. W Izraelu nawet Arab może się uczyć, założyć interes, ma miejsce w szpitalu, nie umiera z głodu. Dotyczy to także wolności słowa, jak choćby w przypadku Masuda Ghanayimego, posła do Knessetu, otwarcie nawołującego do stworzenia wielkiego kalifatu islamskiego. Z tej samej wolności korzysta też liberalny pisarz i dziennikarz Said Kaszua, wyśmiewający w swoim satyrycznym programie telewizyjnym przywary zarówno Arabów jak i Izraelczyków.

 

***

Niemal od samego początku książki autor zaskakuje lekkością formułowania kategorycznych sądów w sprawach co najmniej kontrowersyjnych. Przykładowo w kwestii powstania narodu palestyńskiego. W jednym z reportaży Wadi, wykładowca uniwersytetu w Haifie, mówi Smoleńskiemu, że wojnę 1948 roku przegrali tutejsi Arabowie, którzy, gdy zobaczyli państwo żydowskie, nazwali się Palestyńczykami. Nie ma znaczenia, że wcześniej nie chcieli własnego państwa. Smoleński zdaje się w pełni zgadzać z taką wizją historii, we wstępie pisze bowiem, że nikt wówczas [w 1948 roku] nie mówił „Palestyńczyk”, ten naród, ale nie tylko on, pojawił się później; a ja mam poczucie, że wtedy nikt nie przypuszczał, że się pojawi.

Choć autor o tym nie wspomina, trudno uwierzyć, by nie wiedział, że niemal dosłownie powtarza słynną wypowiedź Goldy Meir. Żelazna premier Izraela z lat siedemdziesiątych oznajmiła kiedyś w wywiadzie dla angielskiej prasy, że nigdy nie było czegoś takiego jak Palestyńczycy. Kiedy istniał niepodległy naród Palestyński z Palestyńskim państwem? (…) Oni nie istnieli. Taka teza, podobnie zresztą jak zaprzeczanie istnienia odrębnych tożsamości narodowych innych Arabów, jest bardzo na rękę tradycyjnym izraelskim historykom. Jeśli bowiem istniałby odrębny naród w Palestynie przed syjonizmem, byłoby zbrodnią tworzenie państwa na jego ziemi, a przecież Izrael to przedsięwzięcie od początku pozytywne. Zaprzeczając istnienia odrębnych narodów arabskich, tradycyjna historiografia syjonistyczna może usprawiedliwić założycieli państwa argumentacją, która przybiera potoczną formę w zdaniu – „Arabowie mają dla siebie 22 państwa, a i tak chcą nas wyrzucić z jedynego, które mamy na własność”.

 

Smoleński powinien jednak wiedzieć, że taka teza jest od dłuższego już czasu kwestionowana przez najwybitniejszych izraelskich historyków. Baruch Kimmerling i Joel Migdal w książce Palestinians: the making of a people („Palestyńczycy: tworzenie narodu”) wykazują, że odrębna tożsamość palestyńska zaczęła się kształtować już w połowie XIX wieku. Ich zdaniem, pierwszym zdarzeniem, które sprawiło, że Palestyńczycy zaczęli postrzegać się jako osobną grupę, było nieudane powstanie przeciw brance do wojska Muhammada Alego. Pasza Egiptu w latach trzydziestych XIX wieku przejściowo przechwycił Palestynę od Imperium Osmańskiego, a jego brutalna polityka zjednoczyła w oporze warstwę posiadającą i chłopów. Choć trudno tu mówić o wykształconej narodowości, związała ich wspólnota interesu. Walka z rosnącą społecznością żydowską stała się istotną częścią palestyńskiej tożsamości o wiele później, Smoleński nie ma więc racji mówiąc, że Palestyńczycy wymyślili się w reakcji na powstanie Izraela. O wiele uczciwiej byłoby powiedzieć, że od czasu pojawienia się na Bliskim Wschodzie Żydów, obie społeczności intensywnie na siebie oddziałują i wzajemnie się zmieniają.

Skoro jednak zdaniem Smoleńskiego, naród palestyński powstał dopiero po 1948 roku, zrozumiała jest konsekwencja, z jaką rozróżnia „Arabów” izraelskich od „Palestyńczyków” zamieszkałych w Autonomii Palestyńskiej – to jego zdaniem dwa osobne narody. I w tym wypadku jednak sytuacja jest bardziej skomplikowana. Kimmerling i Migdal twierdzą, że wspólna tożsamość palestyńska powstała na długo przed rokiem 1948. Łączyły ich więzy sąsiedzkie i rodzinne, co w społeczeństwie mocno tradycyjnym miało znaczenie niebagatelne. Nagle, w 1948 roku część z tych ludzi opuszcza granice nowego państwa. Od tego czasu dwie społeczności pozostają w mniejszej lub większej izolacji. Rodzi to wiele różnic i napięć –Palestyńczycy w Izraelu mają się o wiele lepiej niż ich pobratymcy na Terytoriach okupowanych. Powstający przez to dystans powoduje, że wśród Palestyńczyków trafiają się i tacy, którzy kwestionują jedność narodu. Ale nie stanowią większości, przekonanie o wspólnocie losu i praw własności do kraju przodków jest bardzo silne po obu stronach granicy.

 

***

„Arab strzela Żyd się cieszy” to zbiór reportaży, ale nie książka reporterska. Zbyt jest mozaikowa, opisywanych historii nie łączy wiele ponad to, że mówią o arabskich mieszkańcach Izraela, których życie najwyraźniej jest różne – i dobre, i złe, bliskie Izraelczyków, ale czasem dalekie. Nie kwestionując sensu tworzenia takich panoram społecznych, warto zwrócić uwagę na dwie sprawy. Po pierwsze, Smoleński dotarł do małej grupy rozmówców (częściej są to przedstawiciele elit) i to ich oczami ogląda izraelskich Palestyńczyków. Znamienny jest opis rozmów z młodymi mężczyznami z Tiry. Dzieje się to pod okiem poważanego adwokata, który kontroluje całą sytuację – prosił ich do naszego stolika pojedynczo.

Po drugie, biorąc pod uwagę wysunięte powyżej zastrzeżenia dotyczące kwestii powstania narodu Palestyńskiego i jego rozwoju po 1948 roku, szkoda, że Smoleński nie spróbował zbudować narracji książki właśnie wokół nich. Mogłaby to być opowieść o tragedii narodu, który zawsze wisiał na czyjejś klamce, któremu zawsze brakowało elit potrafiących go zjednoczyć, narodu pozbawionego państwowości z jej atrybutami – hymnem, muzeami i programem nauczania historii. Ta szansa na spójną książkę została zaprzepaszczona, czytelnik może odnieść wrażenie, że Smoleński zbyt spieszył się, by dopisać „arabski” odpowiednik swojej wcześniejszej książki „Izrael już nie frunie” i zrezygnował z szerszych ambicji.

 

„Arab strzela Żyd się cieszy” to druga po „Balaganie” wydana w tym roku książka autora. Obydwie ukazały się poza wydawnictwem Czarnym, co niewątpliwie wyszło Smoleńskiemu na dobre. W Świecie Książki znaleźli się ludzie, którzy umiejętnie i z sensem dopieszczają tekst i szatę graficzną. Słowo „Żyd” na okładce zdecydowali wydrukować czcionką o 50% większą niż słowo „Arab”. Dzięki temu żaden potencjalny czytelnik publikacji nie przeoczy, wprost krzyczy ona do nas z półek księgarń i plakatów w metrze.

 

Paweł Smoleński. Arab strzela Żyd się cieszy. Świat Książki. 2012. 272 strony.

 

Przeczytaj inne teksty tego Autora.