dwutygodnik internetowy
14.11.2016
magazyn papierowy


Kup
egzemplarz
Magazynu
kontakt
z tym
artykułem

Adhortacja o miłości

Ludzie, którzy oczekiwali po „Amoris Laetitia” dokumentu wprowadzającego nowe przepisy, musieli być mocno zaskoczeni, bo właściwie nic się nie zmieniło.

ilustr.: Karolina Burdon

ilustr.: Karolina Burdon

O ostatniej adhortacji apostolskiej papieża Franciszka „Amoris Laetitia” napisano już bardzo dużo. Można prowokacyjnie twierdzić, że najwięcej jeszcze przed jej publikacją. Zdecydowana większość komentatorów dokumentu skupiła się na tak zwanych „kontrowersyjnych tematach”. Już przed synodem wskazywano na szereg wyzwań, z którymi biskupi będą się mierzyć. Wśród nich do najbardziej medialnych należały kwestie związków homoseksualnych czy dopuszczenia do komunii osób rozwiedzionych, znajdujących się w nowych związkach. Nie będę ich poruszał w tym tekście, bo pomimo tego, co wielu może sądzić – to nie są najważniejsze zagadnienia.

Wielu ludzi oczekiwało daleko idących reform, szukając w papieżu Franciszku liberała, który miałby dawać impuls do zmiany dotychczasowych przepisów. Jednak dopóki „rewolucja Franciszka” będzie pojmowana w ten sposób, można się poważnie rozczarować. Pomimo tego kwestia, czy obecny papież jest reformatorem, jest dla mnie bezdyskusyjna. Papież każdego dnia, w każdej homilii czy katechezie dokonuje kolejnego kroku swojej zmiany Kościoła. Często ta reforma bywa niezauważalna, inni widzą ją tam, gdzie jej nie ma, uparcie przypisując papieżowi łatkę lewicowca. Być może to wielu zaskoczy, ale papież nie jest ani lewicowy, ani prawicowy; ani liberalny, ani konserwatywny – papież jest katolikiem. Właśnie przez radykalny katolicyzm Franciszka przebija prawdziwie rewolucyjne światło miłosierdzia, którego działanie w rodzinie analizuje papież w adhortacji.

Gdy siądziemy do lektury „Amoris Laetitia”, możemy zobaczyć całą głębię refleksji na temat małżeństwa i rodziny, która jest znacznie bardziej doniosła i potrzebna niż szereg punktowych zmian. Aby punktowe zmiany zaszły, musi mieć miejsce dogłębny namysł. Niektórzy sądzą, że reforma Kościoła wiąże się z nowym prawem, ale jest to na swój sposób smutne i mówi bardzo dużo o nas samych. Jesteśmy legalistami, widzimy katolicyzm jako kodeks zakazów i nakazów. Franciszek odcina się od takiego obrazu Kościoła, zaznaczając już na samym początku dokumentu, że pragnie „podkreślić, iż nie wszystkie dyskusje doktrynalne, moralne czy duszpasterskie powinny być rozstrzygnięte interwencjami Magisterium. Oczywiście, w Kościele konieczna jest jedność doktryny i działania, ale to nie przeszkadza, by istniały różne sposoby interpretowania pewnych aspektów nauczania lub niektórych wynikających z niego konsekwencji” (3). Niektórzy katolicy z takich deklaracji papieża czerpią paliwo do tezy o niejasności przekazu, ale ten ze swej natury musi być niejednoznaczny, bo polega na rozeznawaniu. Franciszek dalej podkreśla, że na każdą sytuację należy patrzeć z osobna, jednocześnie włączając w ogląd kontekst, w którym ta się pojawia. Za każdym razem interpretacja doktryny wymaga zrozumienia drugiego człowieka, wobec którego dana doktryna się stosuje. Trzeba wejść w jego skórę i patrzeć na jego codzienne problemy. Przede wszystkim natomiast konieczne jest szukanie działania łaski w innym. To naprawdę głęboko rewolucyjny przekaz.

Dlaczego jednak tak wielu katolików koncentruje się na wspomnianym legalizmie? Franciszek identyfikuje w adhortacji dwa podstawowe zagrożenia, przed jakimi stają małżeństwa i rodziny katolickie, z których pierwsze znajduje źródło w samym Kościele. Samokrytyka pojawia się zwłaszcza w paragrafach 36 i 37, w których papież podkreśla, że winą Kościoła było częste prezentowanie małżeństwa jako sprowadzonego do kwestii płodzenia dzieci czy zakazów i nakazów bioetyczno-moralnych. Przez to szereg zupełnie przyziemnych problemów, na jakie trafiają młodzi małżonkowie czy rodziny, był zupełnie pomijany. Chrześcijański ideał małżeństwa mógł wydawać się „zbyt abstrakcyjny, skonstruowany niemal sztucznie, daleki od konkretnej sytuacji i rzeczywistych możliwości rodzin takimi, jakimi są” (36). To skutkuje odklejeniem od realnej sytuacji, w której znajdują się ludzie. Co tu dużo gadać: wiele młodych małżeństw zapewne nie raz słyszało od księdza po kolędzie pytanie o to, „kiedy dzidziuś”, za którym jednak nie szło drugie o to, jak tego dzidziusia zmieścić w trzydziestometrowej kawalerce. Inną sprawą jest powracająca często na polskim podwórku dyskusja dotycząca metod naturalnego planowania rodziny, w której jedni katolicy piętnują drugich za „brak otwartości na życie”. Mało kto widzi, że założenie rodziny to nie tylko wypełnienie funkcji, ale i wzięcie na siebie ogromnej odpowiedzialności. To nie jednorazowy akt, ale otwarcie całej nowej drogi, wypłynięcie na nowy szlak. Stąd słowa Franciszka, piszącego, że „[…] trudno nam zaprezentować małżeństwo bardziej jako dynamiczny proces rozwoju i realizacji niż jako ciężar, który trzeba znosić przez całe życie. […] [Tymczasem] jesteśmy powołani do kształtowania sumień, nie zaś domagania się, by je zastępować” (37).

Drugim zagrożeniem, które przewija się w wielu fragmentach „Amoris Laetitia”, jest zagrożenie „wybujałym indywidualizmem”, który doprowadza do „traktowania każdego członka rodziny jako samotnej wyspy, sprawiając, że w niektórych przypadkach dominuje idea podmiotu, który tworzy się zgodnie z własnymi pragnieniami traktowanymi jako absolut” (33). Żyjemy w świecie, w którym do naczelnych wartości należą autentyczność i niezależność. Także w wychowaniu promuje się takie modele, w których właśnie te cechy są szczególnie rozwijane. Samo w sobie nie jest to złe, a każdy powinien kiedyś odciąć symboliczną pępowinę. To wartości, które mogą pomagać rozwijać szczególne zdolności osobowe, uczą nas odwagi i krytyczności. Mimo tego bez włączania ich w kontekst społeczny bardzo łatwo mogą zaskutkować wyalienowaniem samodzielnej jednostki. Papież pisze, że „indywidualizm naszych czasów niekiedy prowadzi do zamknięcia się w bezpieczeństwie małego gniazdka i postrzegania innych jako groźną udrękę. Ta izolacja nie daje jednak więcej spokoju i szczęścia, lecz zamyka serce rodziny i pozbawia ją szerokiej perspektywy życiowej” (187).

Żyjemy w czasach, w których zamknięcie na innych, także tych teoretycznie najbliższych, przychodzi szalenie łatwo. Cenimy niezależność tak bardzo, że coraz trudniej nam wyobrazić sobie dobrowolną ofiarę z siebie dla kogoś drugiego. I choć nikt samotną wyspą się nie rodzi, to wydaje się, że współcześnie coraz łatwiej się nią stać. Coraz trudniej dojść do decyzji „o przekształceniu dwóch dróg w jedną jedyną, niezależnie od tego, co by się działo” (132), bo przyjmujemy tymczasowość tego, co nas otacza: łatwo się wiążemy, łatwiej rozstajemy, zaś najłatwiej pozostajemy samotni. To nie tylko często wspominana sytuacja statystyczna dotycząca zwiększającej się ilości rozwodów. To przede wszystkim sytuacja egzystencjalna, w której papież Franciszek i biskupi dostrzegają wielkie zagrożenie współczesności.

Tu dochodzimy do samego sedna treści adhortacji. Ludzie, którzy oczekiwali po „Amoris Laetitia” dokumentu wprowadzającego nowe przepisy, musieli być mocno zaskoczeni, bo właściwie nic się nie zmieniło. Papież podkreślił wagę dotychczasowego nauczania z jednoczesnym silnym wskazaniem na konieczność rozeznawania każdego przypadku osobno, kierowania się empatią i nastawiania nie na potępienie, lecz miłosierne zrozumienie. Współczesność stawia nas przed poważniejszymi zagrożeniami i odpowiedzią na nie ma być głęboki, wielowątkowy tekst „Amoris Laetitia”. To przede wszystkim potężna, wielowymiarowa refleksja o miłości i wspólnotowym charakterze rodziny.

Arystoteles, pisząc o człowieku jako zwierzęciu politycznym, miał na myśli niezbywalność wspólnoty w kształtowaniu tego, kim jestem. Zawsze pozostaję uwikłany w stosunki społeczne, choćbym nie wiem, jak chciał od nich uciec. Jestem czyimś dzieckiem, wnukiem, sąsiadem. Małżeństwo zawierane przez kobietę i mężczyznę tworzy kompletnie nowy świat, w którym naprawdę dwoje staje się jednym. Choć zachowują swą odrębność ontologiczną, to jednak w pewnym sensie tworzą jeden byt – jedno nowe społeczeństwo, które będzie podlegać dalszemu rozwojowi przez dzieci, które zrodzą. To rodzina jest miejscem, w którym następuje pierwsza socjalizacja. To w niej każdy uczy się, co to znaczy być człowiekiem. Jak być wolnym i odpowiedzialnym, jak kochać, jak płakać, jak się śmiać. Rodzina spajana miłością, która jest między małżonkami i która spływa na dzieci, ma za zadanie tę miłość wypuszczać dalej, bo „wie, że taka miłość jest powołana, by leczyć rany opuszczonych, by budować kulturę spotkania, by walczyć o sprawiedliwość” (183).

Miłość jest darem, który rodzinę łączy i domaga się tego, by być dawanym dalej. W takim ujęciu widzimy, że to właśnie małżeństwo i rodzina stanowią podstawowy budulec dowolnej społeczności. Są także warunkiem jej przetrwania. Żyjemy w takich czasach, w których poszukiwanie rozmaitych kryzysów i ich źródeł stało się codziennością. Jaka jest na nie odpowiedź? Ano taka, by tworzyć silne wspólnoty, które stwarzają warunki dla bezpieczeństwa jednostki. Takie też zadanie stoi przed każdą rodziną, bo: „Bóg powierzył rodzinie projekt «przekształcania świata w dom», aby wszyscy mogli odczuwać, że każdy człowiek jest bratem” (tamże). Każdy człowiek – nie tylko żona czy mąż, mama czy tata – każdy: to znaczy sąsiad, z którym jestem w zwadzie; brudny biedak, którego mijam w drodze do pracy. Każdy jest członkiem tej wspólnoty, do której wprowadza mnie moja własna rodzina. Często mówi się, że indywidualizm jest obroną przed opresyjnym działaniem wspólnoty, kolektywu; że będąc niezależnym, zachowuję w pełni własną podmiotowość. To bzdura, bo przecież są takie społeczności, które dają kompletną wolność przy jednoczesnym pełnym oddaniu siebie. Taką wspólnotą jest Kościół, a rodzina jest miejscem do niego podobnym. To w nim poznaję Boga, a szereg relacji, które zachodzą między małżonkami i dziećmi, są przecież relacjami, które mają miejsce w samym Bogu. I rodzina takim „małym Kościołem” pozostaje – bo przy maksimum zależności daje mi maksimum swobody.

To nie przypadek, że akurat w jubileuszowym roku miłosierdzia papież opublikował adhortację o rodzinie i małżeństwie, a szerzej – o miłości. Miłosierdzie uczy, że każdego bezwarunkowo mam obdarzać miłością, którą sam otrzymałem – także bez żadnych warunków. Bo tylko wtedy nie będę samotny, kiedy przestanę bać się drugiego człowieka i dokonam z siebie bezinteresownego daru. To znacznie bardziej istotne niż dowolne Kościelne przepisy.