dwutygodnik internetowy
15.04.2019
magazyn papierowy


Kup
egzemplarz
Magazynu
kontakt
z tym
artykułem

„Jeden z was mnie zdradzi”. Pytania o Judasza

Kim naprawdę był Judasz Iskariota? Największym grzesznikiem, słabym człowiekiem, a może kimś zupełnie innym?

ilustr.: Zofia Klamka

ilustr.: Zofia Klamka

Organizatorzy tegorocznej edycji festiwalu Nowe Epifanie wybrali na jej główny motyw historię Judasza. Przewodnie hasło tych artystycznych wydarzeń, „lepiej by było, żeby się nie narodził” – bulwersujące, bo przecież są to słowa nieskończenie miłosiernego Chrystusa – miało skłonić odbiorców do przejrzenia się w tragicznych losach zdrajcy Boga. Warto więc na sam koniec Wielkiego Postu przypomnieć pytania, które otaczają tę historię, a które wybrzmiały podczas licznych odsłon festiwalowych.

Postać Judasza Iskarioty jest zagadkowa. Pomiędzy poszczególnymi księgami Nowego Testamentu odnajdujemy rozbieżności w opisach wypadków towarzyszących jego zdradzie, a potem samobójczej śmierci. Niejasne jest nawet źródło jego przydomka. Istnieją trzy zasadnicze hipotezy: wedle pierwszej wywodzi się on po prostu od nazwy miejscowości, z której pochodził mężczyzna, miasta Kariot w południowej Judei. Z Ewangelii św. Jana poznajemy go jako syna Szymona Iskarioty (J 13,26), co uprawdopodabnia tę interpretację. Judasz byłby więc jedynym apostołem pochodzącym spoza Galilei.

Wedle drugiej wersji słowo „Iskariota” miałoby się wywodzić od określenia działającego w pierwszej połowie I wieku politycznego ruchu sykariuszy, odłamu zelotów, którego członkowie byli organizatorami zamachów na Żydów współpracujących z Rzymianami. W trakcie publicznych zgromadzeń, zwłaszcza świątecznych, dokonywali wśród tłumu krwawych mordów, uzbrojeni w krótkie sztylety o nazwie sica (stąd „sykariusze”). Wreszcie istnieje przypuszczenie, że ów przydomek wywodzi się od aramejskiego iszkarja, ‘kłamca’, i został nadany przez wspólnotę chrześcijańską. Ciekawe, że w każdej z tych wersji możemy zauważyć przynajmniej cień negatywnej inności Judasza: obcy, wichrzyciel, obłudnik. Należałoby do tego dodać jeszcze „złodziej” (Ewangelia Jana wspomina, że wykradał pieniądze z wspólnego trzosa) i, oczywiście, „zdrajca”.

Mimo tego, jak jednoznaczne na pierwszy rzut oka może wydawać się przedstawienie tej postaci na kartach Pisma Świętego, głębszy namysł nad nią nie pozwala na łatwe wnioski. Wśród twórców kultury odczytujących historię Judasza zauważalne jest całe spektrum postaw, od skrajnego potępienia, przez współczucie dla jego słabości, aż do wywyższających go herezji. Przyjrzenie się próbom wyjaśnienia, kim był Judasz, a przede wszystkim różnorodności tych poszukiwań czy wręcz towarzyszącym im sprzecznościom, może zaprowadzić nas w nieoczekiwane rejony interpretacji. Interpretacji nie tyle historii i roli tego akurat człowieka, co pochodzenia naszej własnej potrzeby dokonania sądu nad sercem drugiego, choćby wszystko przemawiało za tym, że jest, jak chciał Dante, umieszczając go w najgłębszym kręgu piekła wraz ze zdrajcami Cezara Brutusem i Kasjuszem, „największym grzesznikiem w dziejach ludzkości”.

***

Zasadniczy fakt, który sprawia, że postać Judasza jest niepokojąca, wyraża się w spostrzeżeniu, że z punktu widzenia historii zbawienia może wydawać się on potrzebny jako zdrajca. Potrzebny w sposób, który mógłby świadczyć o przewrotności Boga. Los Iskarioty jest bowiem paradoksalny. Z jednej strony wydał Chrystusa pod sąd i w konsekwencji na śmierć, z drugiej zaś to przez Krzyż ludzie zostali odkupieni. Namysł nad tymi wydarzeniami otwiera przed nami rozważania wokół problemu, nad którym łamią sobie głowę filozofowie i teolodzy. Wymusza pogodzenie zdeterminowania historii – czy może dokładniej, w tym przypadku, celowości dziejów zbawienia – z wolnością ludzkiej woli. Jezus przecież wiedział, że „jeden z nich [apostołów] Go zdradzi”. Nie da się jednak oczywiście uzgodnić wizji nieskończenie dobrego i doskonałego Boga z przekonaniem, że wieczność choćby jednego człowieka poświęcił, skazując go na wieczne męki, aby wszyscy inni zostali zbawieni. Taką wersję wydarzeń należy z gruntu odrzucić. Nie jest ona zgodna ani z chrześcijańskim pojęciem o Bogu, ani z wizją człowieka, który ma wobec Niego wolność podejmowania decyzji. Judasz nie mógł być po prostu „zaprogramowany” tak, by wykonało się dzieło zbawienia, a potem potępiony.

W Ewangelii św. Jana czytamy, że po słowach Jezusa w Iskariotę wstąpił Szatan, jakby stał się nośnikiem nieczystej siły, która pokierowała go ku takim czynom. Być może jest to metafora mówiąca o tym, iż zło ostatecznie zawładnęło sercem apostoła, ale jeśli nie, czy Ewangelista nie wskazuje, że to, co stało się przed Golgotą, było tajemnicą, która rozegrała się ostatecznie pomiędzy Bogiem a siłami zła? Że ze względu na kosmiczny charakter tych wydarzeń nie sposób przykładać do nich miary zwykłego grzechu – choćby najcięższego – dokonanego przez jednego śmiertelnika? Oczywiście, człowiek musi dać złemu duchowi przystęp, by zostać opętany. Domyślamy się jednak, że Ewangelista sugeruje, iż w kulminacyjnym momencie zdarzyło się coś, co przekracza ludzką miarę pojmowania rzeczywistości.

Warto więc w tym kontekście zapytać, czy tradycja nie spowodowała, że przeceniamy sprawczość Judasza. Rzecz nie w tym, by ją negować, lecz by sprawdzić, czy nie traktujemy go na równi z demonami, chociaż nie był diabłem, lecz człowiekiem jak my wszyscy. Czy Jezus nie mógł być pojmany w innych okolicznościach, na przykład podczas któregoś z publicznych wystąpień? Wzrastająca wrogość wobec Niego jest przecież wielokrotnie odnotowana w Ewangelii. Czy zatem rzeczywiście ta historia bez Iskarioty potoczyłaby się inaczej? Z pewnością jej obciążającym i dramatycznie bolesnym aspektem jest sprawa zdrady – fakt, że Chrystusa wydał ktoś, kto był Mu bliski, kto poznawał Go jako Boga i żył w samym sercu Jego nauczania. Zapewne pogłębia to odpowiedzialność moralną Judasza. Ale czy z tamtej społeczności był jedynym gotowym wydać Go na śmierć, gdyby nadarzyła się sposobność, związana w dodatku z jakiegoś rodzaju zyskiem? Czy ponadto był jedynym, którego działanie poskutkowało męką Drogi Krzyżowej? Albo przynajmniej czy mamy absolutną pewność, że tak było?

Pytania te, wbrew pozorom, wcale nie mają na celu ułatwienia rozstrzygnięcia o odpowiedzialności Judasza, lecz jego utrudnienie. A może – sprowokowanie do wejścia o szczebel wyżej i zakwestionowania powodów, dla których w ogóle takie pytania zadajemy. Oddajmy jednak głos tym, którzy pokusili się o odpowiedzi. Nie specjalistom, czyli teologom, lecz artystom, których wyobraźnia i swoboda interpretacji popychała nieraz do dość niepokojących wniosków. I to zapewne niemal od samych początków – gnostycki apokryf, Ewangelia Judasza, wedle której nie zdradził on Jezusa, lecz wydał Go na Jego własne życzenie, datowana jest na III wiek.

***

Jednym z tekstów literackich, które w fascynujący, choć heretycki sposób roztrząsają wątpliwości na temat postaci Iskarioty, jest opowiadanie Trzy wersje Judasza z tomiku Fikcje Jorge Luisa Borgesa. Jego bohater, pisarz Nils Runeberg, autor dwóch książek, prezentuje w swoich dziełach własne interpretacje historii ewangelicznej. W pierwszym, zatytułowanym Kristus och Judas (Chrystus i Judasz) przedstawia Judasza jako ziemskie, czysto ludzkie odbicie Jezusa – człowieka, który miał pomóc Mesjaszowi w zbawieniu świata. Przyjmuje więc optykę deterministyczną, czyli wersję z góry zaplanowanej historii, wedle której należy mówić nie o zdradzie, lecz przeciwnie – o współpracy Judasza z Jezusem.

Tekst Runeberga spotyka się z radykalną krytyką. Pisarz zmuszony jest więc zmodyfikować swoje argumenty i w rezultacie wyostrza je, wygłaszając kolejne herezje. Przekonuje bowiem, że to poświęcenie Judasza było większe: Jezus oddał tylko zniszczalne ciało i będzie królować na wieki, tymczasem Judasz poświęcił swego ducha, skazując się na nieskończoną, piekielną mękę. W końcu Runeberg wydaje jeszcze jedną książkę, Den hemilge Fraelsaren (Ukryty zbawiciel), w której osiąga szczyt bluźnierstwa, twierdząc, że tak naprawdę to Judasz był Mesjaszem. Prawdziwy Bóg, jak twierdzi, gdyby chciał przyjąć postać człowieka, stałby się podobny do niego rzeczywiście we wszystkim i to nie „oprócz” grzechu, lecz właśnie łącznie z nim, ponieważ bez zaznania go nigdy nie można poznać w pełni nędzy człowieczeństwa i zjednoczyć się z ludzkością. Niemożliwe także, by trud zbawienia miał się ograniczać tylko do jednego popołudnia, choćby był to niewyobrażalny znój męczeńskiej śmierci. To Judasz, powiada bohater Borgesa, wziął na siebie największe cierpienie – ciężar dźwigania wiecznej hańby, wstyd największego zdrajcy. Tylko Bóg mógłby tak upodlić się dla człowieka. Tymczasem cierpienie Jezusa było przemijające, a Jego prawdziwym udziałem jest wieczna chwała.

Choć przekaz opowiadania Borgesa może oburzać, to wsłuchanie się w wątpliwości stojące u podstaw herezji miewa znaczenie poznawcze. Potrafi odsłonić pewne trudności, które człowiek napotyka w konfrontacji z tekstem Ewangelii czy z nauczaniem Kościoła. Z pewnością w Trzech wersjach Judasza ujawnia się, choć bardzo przetworzone, współczucie dla ludzkiej słabości: tragiczne poczucie kontrastu między chwilą upadku, nawet największego, a wiecznością potępienia. Zauważmy przy tym, że niekoniecznie musimy mówić o potępieniu w sensie eschatologicznym. Być może Borges wskazuje przede wszystkim na potępienie wśród ludzi, na konieczność dźwigania odium zdrajcy do końca czasów.

Podobnie kontrowersyjną wizję relacji Jezusa i Judasza przedstawia Nikos Kazantzakis w Ostatnim kuszeniu Chrystusa, powieści przez niektórych uważanej wręcz za obrazoburczą (istnieje także jej znana ekranizacja autorstwa Martina Scorsese). Judasz wydaje Chrystusa w wyniku wspólnych ustaleń, aby pomóc Mu w realizacji zbawczej misji. Sam jest jednostką zdolną do heroizmu, Jezus natomiast ukazany zostaje jako tchórz i szaleniec. Wątki Judaszowe pojawiają się zresztą w wielu innych arcydziełach literatury światowej. Wystarczy wspomnieć choćby Mistrza i Małgorzatę Bułhakowa, u którego Piłat skupia na Judaszu swój gniew za to, że ten doprowadził do osądzenia Jezusa, i nakazuje go zabić, czy Nędzników Hugo, w których figurę Judasza dostrzega się niekiedy w postaci policjanta Javerta (podanie powodów mogłoby odebrać czytelniczą przyjemność tym, którzy tę lekturę mają jeszcze przed sobą, wypada więc pozostawić to stwierdzenie z prośbą o zaufanie i zachętą do przeczytania powieści).

Wspomnijmy także o ikonografii. Judasz – z wyjątkiem przedstawień Ostatniej Wieczerzy i sceny pojmania w Getsemani – wśród apostołów otaczających Chrystusa pojawia się, co zrozumiałe, rzadko. Jeśli już jednak jest, to jego wizerunek nosi znamiona inności. Niekiedy posiada, jako arcygrzesznik, czarną aureolę, czasem nie ma jej wcale; w ilustracjach Ostatniej Wieczerzy w wielu przypadkach jako jedyny umieszczany jest po przeciwnej niż reszta stronie stołu. Wokół jego ust krąży kruk (być może wręcz to z nich się wydostał), ucieleśnienie obłudy, jak ciemny posłaniec, który „co ma czynić, uczyni czym prędzej”. Ikonografia prawosławna przedstawia natomiast zwykle Judasza bez brody, na znak, że był jeszcze zaledwie nastolatkiem (sic!).

Szczególnie interesujący jest fresk Giotta z kaplicy Scrovengich w Padwie. Tu apostołowie siedzą po obu stronach stołu. Wszyscy mają czarne aureole, inaczej niż Chrystus, bo jedynie Jego głowę otacza złoty nimb. Judasz, zwrócony do nas plecami – możemy zobaczyć tylko delikatnie zarysowany profil, należący najwyraźniej do młodziutkiego chłopaka – zanurza rękę w misie w tym samym momencie, gdy czyni to Chrystus. Jest to jednocześnie chwila, w której zaczyna blaknąć jego aureola: widzimy, że czarne halo rozwiewa się, niknie. Być może jest to znak utraty marnej, ludzkiej, skażonej grzechem świętości, na którą miał szansę. A być może czegoś zupełnie innego, czego poszukiwania pozostawiam czytelnikowi.

Gest przedstawiony na fresku Giotta, jak wiemy z Ewangelii, jest gestem, przez który Chrystus wskazał Janowi swego zdrajcę. Umoczył kawałek chleba w winie i podał go Judaszowi do ust. Warto o tym znaku pamiętać, bo przecież jesteśmy jego adresatami za każdym razem, gdy przystępujemy do Komunii Świętej. Paradoks: to nie manifestacja oskarżenia, lecz miłości i czułości Boga. Po spełnionej Mszy – po wieczerzy – wychodzimy w świat i, przez własną grzeszność, wciąż wydajemy Chrystusa na śmierć, tak że ofiara w Eucharystii nieustannie musi się odnawiać. Co zatem Kościół mówi nam o Judaszu poprzez swoją liturgię? A także: co mówi nam o nas samych przez historię Iskarioty? Pytanie o to, czy Judasz został potępiony, czy był największym zdrajcą ludzkości, albo przeciwnie, czy jego czyn był konieczny i usprawiedliwiony wyrokami historii (czy nie są to kwestie wyrwane z rachunku cudzego sumienia, do którego nie mamy prawa?), ma chyba dla naszej wiary ostatecznie niewielkie znaczenie. Zwłaszcza wobec tego pytania, które stawia w jednym z wierszy Julia Hartwig: sięgając do ewangelicznych opowieści – czy powracamy odmienieni?

A za nim podąża kolejne, w kontekście historii Iskarioty wcale nie szokujące, choć mowa o Piśmie Świętym: jeśli odmienieni, to czy na lepsze? Czego uczy nas imię „Judasz”, które jest, jak powiedział kiedyś Dylan, „najbardziej znienawidzonym imieniem historii”?

***

Dobry tekst? Pomóż nam pisać więcej! Działalność Kontaktu można wspierać finansowo w serwisie Patronite.

Pozostałe teksty z bieżącego numeru dwutygodnika „Kontakt” można znaleźć tutaj.

***Polecamy także:

Dobrowolski: W oczekiwaniu na zmartwychwstanie sztuki

ks. Michalczyk: Meandry Pisma. Skąd te Ewangelie?