dwutygodnik internetowy
17.03.2014
magazyn papierowy


Kup
egzemplarz
Magazynu
kontakt
z tym
artykułem

Turbot, piotrosz, dwa lucjany. Targ rybny Tsukiji.

Targowisko ma prawie tysiąc siedemset stanowisk handlowych, które odwiedza dziennie pięćdziesiąt tysięcy tokijskich handlarzy, od właścicieli sklepów, małych restauracji i hotelów oraz fabryk, na grubych rybach kończąc.


Targowisko ma prawie tysiąc siedemset stanowisk handlowych, które odwiedza dziennie około pięćdziesięciu tysięcy tokijskich handlarzy, zaczynając od właścicieli sklepów, małych restauracji i hotelów oraz fabryk, na grubych rybach kończąc.
 
Tokyo, 4:30 rano. Po nocy spędzonej w hostelu tak małym, że właściciele nazywają go domem na obrzeżach miasta w dzielnicy Nishi-Kawaguchi, próbuję wstać aby nie obudzić nikogo ze współlokatorów, którzy wrócili po całonocnej balandze w którymś z tokijskich klubów. Ostrożnie zwijam się z mojego posłania na ziemi w tym zaskakująco czystym i sprawnie działającym domostwie. Cel dzisiejszej wyprawy, targ rybny. Ale nie jakiś tam przypadkowy, tylko Centralny Tokijski Hurtowy Targ Metropolitalny, największe tego typu targowisko na świecie, sprzedawane jest tutaj dwa tysiące ton ryb i owoców morza dziennie.
 
Póki co, jadę pierwszym tego dnia pociągiem. Japończycy podróżują w osobliwy sposób, zazwyczaj nikt ze sobą nie rozmawia, starsi ludzie przeważnie zapadają w stan ni to snu ni to medytacji, zamykają oczy i opuszczają głowy, niemniej od razu reagują gdy pociąg przyspieszy lub ktoś usiądzie obok (albo próbuje zrobić im zdjęcie). Druga część podróżujących przez większość czasu korzysta ze smartfonów, grają, piszą smsy, czytają wiadomości z kraju i ze świata, niektórzy zabierają ze sobą nintendo i inne podręczne konsole do gier. Tak spędzają te pół godziny w drodze do pracy lub szkoły.
 

W tokijskim metrze.

Na największą atrakcję dnia czyli licytację tuńczyka niestety nie zdążę, bo właśnie się zaczęła. To wydarzenie może oglądać pierwsze sto dwadzieścia osób które ustawiło się w kolejce, a ja właśnie siedzę w pociągu. Zbliża się ostatni przystanek. Na targowisko docieram po godzinie szóstej, pytam ludzi o drogę, zawsze starają się pomóc, nawet gdy za bardzo nie rozumieją o co mi chodzi, bo z angielskim w Japonii o dziwo nie najlepiej. Tsukiji znajduje się w centrum Tokyo, więc przedzieram się przez dżunglę drapaczy chmur, które co i rusz prześcigają się w wysokości i kształcie, aż w końcu na drodze staje labirynt targowiska.
 

Centrum Tokio, Tsukiji po lewej na drugim planie, po prawej park Hamarikyu.


Elektryczne wózki śmigają tu jak w ukropie, pracownicy wydają się nie zwracać na mnie najmniejszej uwagi nawet kiedy praktycznie wchodzę im na stanowisko, czasem ktoś rzuci ponure spojrzenie, czasem się uśmiechnie. Wszędzie słychać zgrzyt styropianu, a eksponaty nie przestają mnie zadziwiać. Japońską dbałość i precyzję widać na każdym kroku, owoce morza są starannie wyselekcjonowane i zapakowane, świeże! Po krótkim czasie dochodzę do miejsca gdzie masy ryb są trzymane żywe w wielkich kontenerach i stopniowo ubijane na sprzedaż.
 

Man at work.

Jak pisze Theodor Bestor w swojej książce o Tsukiji: “Sześć poranków w tygodniu, pomiędzy czwartą a dziesiątą rano, Tsukiji zamienia się w wir szalonej akcji i industrialnego dźwięku, najnowsze zdobycze techniki koegzystują tutaj z pracą sprzed okresu manufaktur”. Targowisko ma prawie tysiąc siedemset stanowisk handlowych, które odwiedza dziennie około pięćdziesięciu tysięcy tokijskich handlarzy, zaczynając od właścicieli sklepów, małych restauracji i hotelów oraz fabryk, na grubych rybach kończąc. Zastanawia mnie tylko jedno: gdzie oni wszyscy teraz są?
 

Sekcja uboju i pakowania ryb.

Japończycy kochają ryby i owoce morza, na Tsukiji możemy kupić Kanadyjskiego i Chilijskiego łososia, krewetki z Tajlandii, kraby przyjechały tu z rosyjskiego Ochocka, a tuńczyk z Nowego Jorku i Istambułu. Czerwony lucjan przybył do Tokyo z Chin a ośmiornice z zachodniej Afryki. Wybór jest ogromny.
 

Jedna z hal targowych dla większych przedsiębiorców.


A jednak udało się! Docieram do sekcji z tuńczykiem, aukcja już wprawdzie skończona, ale ryby dalej leżą w przestronnej hali, są wielkie, aż chciało by się zobaczyć jak dostojnie muszą wyglądać pływając w oceanie. Pracownicy powoli ładują i tną na porcje te które zostały sprzedane. Nagle podchodzi do mnie pracownik służby porządkowej i pyta jak ja się tu znalazłem. Ale jak to? Normalnie po polsku wszedłem od tyłu.
 

Porcjowanie tuńczyka


Okazuje się że market jest dostępny dla zwiedzających od godziny dziewiątej (teraz jest parę minut po siódmej) a sekcja dla hurtowników w której się znalazłem jest zamknięta dla turystów od lat, trzeba specjalnego pozwolenia aby tutaj wejść. Czyli trochę mi się upiekło, pracownik wskazuje ręką w stronę wyjścia i nie ma przebacz. Ciekawe, że do tej pory nikt nie zwrócił mi na nic uwagi, a jestem tu już od ponad godziny. Dopiero osoba odpowiedzialna za porządek mnie wyrzuciła. Kolejna rzucająca się w oczy cecha Japończyków – obowiązkowość, nikt nie wykracza poza swoje kompetencje.
 

Osobom nieupoważnionym wstęp wzbroniony.

Posłusznie oddalam się i wracam po godzinie dziewiątej. Sekcja w której teraz się znajduję przypomina targ jakiego się wcześniej spodziewałem, małe stragany, sprzedawcy specjalizują się w kilku rodzajach ryb, wszędzie mokro i ciekawie. Większość wózków kursuje do nieco archaicznego z wyglądu stanowiska wydawania lodu, gdzie wielkie zamrożone bloki wody są szatkowane i wypluwane do plastikowych kontenerów. Turystom bardzo się podoba, więc robią sobie tutaj pamiątkowe zdjęcia.
 

Turystyczno-detaliczna część Tsukiji.

Handel powoli dobiega końca, turyści ustawiają się w kolejkach do położonych nieopodal restauracji bo na oglądaniu nie może się przecież zakończyć, stoiska są sprzątane i zamykane. Najgorszą robotę ma mężczyzna, którego obowiązkiem jest pozbycie się góry (dosłownie) styropianowych pojemników, wydaje się jednak pozostawać niewzruszony, szacunek proszę Pana.
 

Sprzątanie styropianu

Na zakończenie odbiegnę trochę tematem od targowiska. Niedawno w ręce wpadł mi artykuł brytyjskiego żeglarza Ivana Macfadyena, który opisuje podróż jachtem z Australii do Japonii i spustoszenie jakie następuje w oceanie. Pisze tak: “Cisza była tematem przewodnim tej wyprawy, jednak nie zupełny brak dźwięku. Wiatr nadal targał żagle i gwizdał w takielunku, fale rozbijały się o kadłub. […] Brakowało krzyku ptaków które towarzyszyły naszej łodzi w poprzednich wyprawach, brakowało ptaków ponieważ nie było ryb.”
 
Ivan opisuje też spotkanie z traulerem wybebeszającym dno oceanu, oraz komitetem powitalnym jaki z niego przypłynął. Podczas spotkania został im podarowany ogromny wór pełen ryb. “To były dobre duże ryby różnego rodzaju, powiedzieliśmy im że nigdy nie zdołamy ich wszystkich zjeść, byliśmy tylko we dwoje. Wzruszyli ramionami i powiedzieli żebyśmy wyrzucili je za burtę, stwierdzili że to tylko ułamek ich dzisiejszego połowu, że tak naprawdę interesował ich tylko tuńczyk a wszystko inne było zabijane i wyrzucane do morza”. Przerażający reportaż, który przybliża mechanizmy działania i myślenia współczesnych piratów morskich. Zdziwiłbym się, gdyby ryby z takich połowów nie trafiały na Tsukiji.