dwutygodnik internetowy
07.12.2015
magazyn papierowy


Kup
egzemplarz
Magazynu
kontakt
z tym
artykułem

Prawdziwe przebudzenie Mocy

J. J. Abrams osiągnął to, na co wszyscy fani tak długo czekali – przywrócił blask i kolor bodaj najwspanialszej filmowej Sadze wszechczasów. Złożył hołd Starej Trylogii, pozwolił puścić w niepamięć prequele i otworzył uniwersum na przyszłość.

przebudzenie mocy2

Mało jest filmów, których zrecenzowanie przysparza tyle kłopotu. Pozornie może się to wydawać prostym zadaniem – jestem wielkim fanem uniwersum, na nową część „Gwiezdnych Wojen” czekałem co najmniej rok, a od trzech miesięcy mój entuzjazm tylko wzrastał. Miło jest pisać o czymś, co się kocha, prawda? Nie do końca. Otóż, nie chcąc nikomu zepsuć zabawy i zaskoczeń (a tych jest kilka), nie mogę napisać praktycznie nic na temat fabuły, co jednocześnie znacznie ogranicza moje możliwości analityczne. Na dobrą sprawę, nie mogę nawet powiedzieć, że ktoś w filmie pełni jakąś funkcję, bo może to od razu oznaczać, że tej funkcji nie pełni ktoś inny. Jak się chwilę zastanowić, napisanie tekstu o „Przebudzeniu Mocy” jest nie lada wyzwaniem. W związku z tym wszystkim, postaram się napisać o fabule tak mało, jak się tylko da – w końcu są pewnie tacy, którzy nie chcieli oglądać nawet zwiastunów przed seansem w kinie.

Żeby jednak nie przedłużać napięcia – „Przebudzenie Mocy” spełnia najśmielsze oczekiwania fana Starej Trylogii „Gwiezdnych Wojen”. Jakiś czas temu zacząłem się bać, że moje wymagania są zbyt duże, że czego by twórcy nie zrobili, nie spełnią ich, bo będzie to zwyczajnie niemożliwe. Na szczęście się pomyliłem. Widać, że reżyser J. J. Abrams jest wielkim fanem oryginalnej trylogii i to właśnie jej składa hołd w swoim dziele. Co jednak ważniejsze, udaje mu się to, czego dokonał chyba tylko „Mad Max: Na drodze gniewu” George’a Millera – „Przebudzenie Mocy” nie jest aż tak związane z wcześniejszymi produkcjami, by nie można było mówić o pewnej samodzielności filmu. Hołd i, mniej lub bardziej widoczne, nawiązania. Ślepe zapatrzenie i kopia? Na szczęście nie. Abrams miał chyba nawet trudniejsze zadanie, bo Miller mógłby powiedzieć, że skoro stworzył wszystkie wcześniejsze odcinki, to może robić, co mu się żywnie podoba.

Prawda jest taka, że Abrams doskonale zna Starą Trylogię, jej mechanizmy, mitologię, strukturę i klimat. Dzięki temu jest w stanie wywołać uczucia, które towarzyszyły oglądaniu Trylogii przed wielu laty. Na dodatek pomagał mu sam Lawrence Kasdan, czyli autor scenariusza do m. in. „Imperium kontratakuje”, czyli najlepszego z dotychczasowych epizodów. Powrót do praktycznych efektów specjalnych i kręcenie w prawdziwych lokacjach sprawiają, że podczas seansu nostalgia widzów zostaje przezwyciężona. Raz na zawsze będzie można zapomnieć o nieszczęsnych prequelach George’a Lucasa i z optymizmem patrzeć w przyszłość uniwersum, które za kilka lat znacznie się powiększy.

Przyjrzyjmy się jednak bliżej samej zawartości filmu. Po pierwsze, rzecz ważna podkreślenia, wszystkie nowe postaci sprawdzają się idealnie. Czy mówimy o Rey, Finnie i Poe Dameronie po stronie Rebelii, czy Kylo Renie i Generale Huxie wśród wrogów, wszyscy oni są bohaterami wyrazistymi, często skomplikowanymi i charyzmatycznymi. Warto zwrócić uwagę zwłaszcza na Rey, w którą wcieliła się, w zasadzie debiutująca, Daisy Ridley oraz na Kylo Rena w wykonaniu Adama Drivera. Ta pierwsza jest nie tylko sympatyczną i bardzo samodzielną osobą, ale to również postać najbardziej ewoluująca i angażująca widza – jej obawy, nadzieje i marzenia udzielają się odbiorcom. Pomysł, żeby była główną bohaterką to strzał w dziesiątkę! Bodaj po raz pierwszy, w „Gwiezdnych wojnach” docenione zostają kobiece charaktery. Innymi słowy, feminizm zawitał w kosmosie (i bardzo dobrze!). Kylo Ren z kolei jest człowiekiem bardzo złożonym, często zmieniającym nastroje, ale przede wszystkim rzeczywiście budzącym grozę. To godny następna Dartha Vadera.

Doskonały casting to oczywiście nie ostatnia zaleta „Przebudzenia Mocy”. Kolejnym atutem jest zaskakująco duża dawka humoru, który sprawdza się w każdym momencie, w którym zostaje użyty. W „Gwiezdnych Wojnach” nigdy nie było tak dużo udanych żartów, co jednak nie znaczy, że film zbliża się do komedii. Abrams jest po prostu bardzo uzdolnionym reżyserem i bez problemu łączy ze sobą tonacje. Nie popełnia błędu Lucasa z prequeli, który potrafił w jednej scenie przejść od obcinania kończyn, przez akcję, aż do slapsticku. Abrams wywołuje u publiczności śmiech, wzruszenie, strach i wiele innych emocji, ale na tyle sprawnie, że ani przez chwilę nie ma się problemu z odbiorem wydźwięku poszczególnych scen.

Warto też podkreślić, że „Przebudzenie Mocy” jest filmem o ogromnym rozmachu. Wspomniane kręcenie w autentycznych plenerach sprawia, że świat na ekranie żyje, nie ma w nim cienia sztuczności, co dodatkowo podkreślane jest dzięki praktycznym efektom specjalnym. Ich najwspanialszym przedstawicielem jest nowy droid – BB-8, którego pokocha nawet najbardziej niewrażliwy odbiorca. W filmie dużo jest scen akcji, które są szalenie efektowne – największe wrażenie robią walki statków kosmicznych, które dzięki wirtuozerskiej pracy kamery dosłownie wbijają w fotel. Abrams rozumie też, że jeden z symboli uniwersum, miecze świetlne, powinien być wykorzystywany oszczędnie. A kiedy już jacyś bohaterowie krzyżują ze sobą klingi, musi między nimi dziać się znacznie więcej w sferze psychicznej. Dzięki temu, starcia te mają odpowiedni ciężar i napięcie. I chociaż efekty specjalne są bardzo dopracowane i stoją na najwyższym możliwym poziomie, ani przez chwilę nie górują nad opowieścią i postaciami. A to wielki plus.

J. J. Abrams osiągnął więc to, na co wszyscy fani tak długo czekali – przywrócił blask i kolor bodaj najwspanialszej filmowej Sadze wszechczasów. Złożył hołd Starej Trylogii, pozwolił puścić w niepamięć prequele i otworzył uniwersum na przyszłość. Z szacunkiem, ale ze świadomością własnych zdolności. I, co równie ważne, nie odkrył wszystkich kart. Wręcz przeciwnie, bo gdy tylko w trakcie seansu widz dostanie rozwiązanie którejś tajemnicy, natychmiast rodzą się trzy dodatkowe pytania. Jest więc na co czekać. Szkoda tylko, że Abrams nie będzie reżyserem kolejnych epizodów, a ograniczy się tylko do roli producenta. Na dzień dzisiejszy nie sądzę jednak, by dopuścił do tego, by kolejne części były porażką. Abrams wygląda na człowieka, który, nawet jako producent, okiełzna Przebudzoną Moc.

  • Alaknár

    Wartym zaznaczenia jest również całkowity brak Gunganów, czy jak im tam.

    A serio – ogromnie mnie cieszy powrót do “klasycznego” stylu walki mieczami. Nie ma tu absurdalnego skakania rodem z chińskich filmów akcji, nie ma robotów uzbrojonych w milion mieczy – jest oszczędnie, poważnie, z rozmysłem. W pojedynkach jest moc oraz Moc.

    Nadal mam wątpliwości co do Drivera. Być może dlatego, że ciągle bardziej go kojarzę ze jego roli w Dziewczynach (dzięki bogu, ogolił się), może dlatego, że wygląda za bardzo… “Dzieciakowato”. Z drugiej strony, rolę zagrał świetnie, a w końcu nie ma żadnego prawa nakazującego złym postaciom zawsze wyglądać super-groźnie.

    Bitwy powietrzne – miodzio! Czekam jednak na wersję reżyserską, bo znana ze zwiastunów scena ataku X-Wingów była zdecydowanie zbyt krótka.

    Moja ocena: KIEDYDVD!?!?!?!?!?/10