fbpx Wesprzyj nas!

magazyn lewicy katolickiej

Za mało Europejczyków, za dużo Afrykańczyków

Mimo koszmaru II wojny światowej, eugeniczna logika ponownie zyskała poparcie najbardziej wpływowych przywódców świata. Już w latach 60. kontrolowanie populacji wydawało się byłym kolonizatorom świetnym pomysłem na walkę z ubóstwem.
Za mało Europejczyków, za dużo Afrykańczyków
ilustr.: Aleksandra Herzyk

W maju 2009 roku grupa miliarderów spotkała się w Nowym Jorku, żeby poszukać odpowiedzi na dręczące ich obawy. Nie zaskakuje, że w owym czasie nie była to jeszcze katastrofa klimatyczna czy zagrożenie wojną lub bronią masowego rażenia. Może chodziło więc o głód na świecie? Nie. Samozwańczy „The Good Club”, do którego należeli między innymi Bill Gates, Ted Turner, David Rockefeller Jr czy George Soros i Warren Buffet, bał się czegoś innego – przeludnienia.

Wydaje się, że przez lata nie zmienili poglądów. Wskazuje na to raport przygotowany w 2018 przez Fundację Billa i Melindy Gatesów, a także związane z nim wypowiedzi założyciela Microsoftu. „Wzrost liczby ludności w Afryce stanowi wyzwanie”, mówił przy okazji jego prezentacji. Zdaniem autorów szybki wzrost populacji w niektórych z najbiedniejszych krajów Afryki może zagrozić przyszłym postępom w zakresie zmniejszania globalnego ubóstwa i poprawy opieki zdrowotnej.

Co mówią dane?

Przewidywania Departamentu ds. Ekonomicznych i Społecznych Organizacji Narodów Zjednoczonych (DESA) z 2024 roku są jasne. Liczba ludności na świecie to dziś około 8,1 miliarda. Prognozuje się, że będzie rosnąć jeszcze przez około 50–60 lat, osiągając szczytową wartość 10,3 miliarda w połowie lat 80. XXI wieku. Następnie ma zacząć spadać – do 10,2 miliarda pod koniec wieku i dalej.

W 63 krajach zamieszkiwanych przez 28% światowej populacji liczba ludności osiągnęła swoją najwyższą wartość przed końcem roku 2024. Należy do nich większość państw europejskich (choć z wyłączeniem Francji, Wielkiej Brytanii czy państw skandynawskich), a także Chiny, Japonia, i Rosja.

DESA przewiduje, że w 2100 roku lista dziesięciu najludniejszych państw będzie wyglądać następująco: Indie, Chiny, Pakistan, Nigeria, Demokratyczna Republika Konga, USA, Etiopia, Indonezja, Tanzania, Bangladesz, Brazylia. Spośród wymienionych populacja ma wówczas wciąż rosnąć jedynie w Nigerii, DRK i Tanzanii. Po 2100 liczba ludności będzie się jeszcze zwiększać przede wszystkim w krajach Afryki Subsaharyjskiej.

Uratują nas cyfrowi magnaci

W 2021 roku w jedną z wielu internetowych pyskówek wdał się kolejny miliarder, a wkrótce może nawet bilioner – Elon Musk. Ta była jednak o tyle ciekawa, że technologiczny magnat obiecał rozwiązać problem głodu na świecie, o ile Światowy Program Żywnościowy (WFP) przedstawi mu jasny sposób, w jaki mógłby to zrobić za pomocą niecałych siedmiu miliardów dolarów. Była to odpowiedź na wywiad z Davidem Beasleyem, dyrektorem tej oenzetowskiej agendy, który zaapelował do bogaczy o przeznaczenie niewielkiego procenta ich majątku na walkę z głodem. WFP plan przedstawił, a Musk… zamilkł.

Co nam to mówi o współczesności? Raczej nic dobrego, ale pewne ciekawe wnioski nasuwają się same. Program zaprezentowany przez Beasley’ego był szczegółowy, opisywał roczny system wsparcia dla ponad 42 milionów najbardziej dotkniętych głodem ludzi – nie zakładał jednak zmiany systemowej. A to właśnie ona byłaby w tym miejscu kluczowa.

Sytuacje takie jak ta sprawiają, że problem głodu postrzegamy jako dla pewnych regionów świata po prostu „naturalny”. W tej optyce jego rozwiązanie wymagałoby zewnętrznej interwencji jakiegoś wielkiego filantropa. To pułapka, w którą łatwo wpaść, bo taką narrację sprzedaje się nam od najmłodszych lat. Do prawdy jest jej jednak daleko.

Zamiast skupić się na tym, że mamy za mało zboża względem potrzeb ludzi, rozmawiamy o zbyt dużej liczbie ludzi w stosunku do zboża. W rzeczywistości problem dotyczy dystrybucji – zasobów jest za mało w określonych regionach. To odwrócenie porządków najprościej będzie wyjaśnić na przykładzie, który opisuje Timothy Mitchell:

„Cechy geograficzne i demograficzne Egiptu określają jego podstawowy problem gospodarczy” – przytacza raport Banku Światowego – „Chociaż kraj ten zajmuje powierzchnię około 386 tysięcy mil kwadratowych, tylko wąski pas ziemi w dolinie Nilu i jego delcie nadaje się do użytku. Obszar ten, o powierzchni 15 tysięcy mil kwadratowych – mniej niż 4 procent całego kraju – jest jedynie wydłużoną oazą pośrodku pustyni. Bez Nilu, który przepływa przez Egipt przez około tysiąc mil bez połączenia z żadnym dopływem, kraj ten byłby częścią Sahary. Na obszarze nadającym się do zamieszkania skupia się 98% populacji… Liczba ludności szybko rośnie i  szacuje się, że od 1947 roku podwoiła się”.

Dowolne opracowanie dotyczące Egiptu przygotowane przez światową agendę będzie podobne, pisze Mitchell – i podobnie uproszczone. Rozwój gospodarczy kraju będzie tam przedstawiony jako problem geografii i demografii. Nie jest to jednak pełen obraz, nawet jeśli bardzo łatwo jest nam go sobie zwizualizować. „Przedmioty analizy nie występują jako zjawiska naturalne, ale są częściowo konstruowane przez dyskurs, który je opisuje. Im bardziej naturalny wydaje się przedmiot, tym mniej oczywista będzie ta dyskursywna konstrukcja”.

Niemniej, warto tej konstrukcji szukać. Ma ona bowiem bezpośrednie przełożenie na to, jakie wnioski wyciągniemy. Jeśli ulegniemy przekonaniu o rzekomej naturalności problemu, zobaczymy tylko część jego potencjalnych rozwiązań: zapanowanie nad rosnącą populacją czy rozwój technologii (transportowej lub żywnościowej). Jeśli natomiast spojrzymy na sprawę z perspektywy globalnych nierówności, będziemy w stanie rozważyć rozwiązania systemowe, społeczno-polityczne.

Kraj (nowych) faraonów

W latach 1965-1980 w Egipcie zdolność produkcji żywności rosła szybciej niż populacja. Jednak w 1990 aż około 30 procent całego importu do tego państwo stanowiły produkty spożywcze. Dziś także, jeśli spojrzeć na wartości netto, Egipt pozostaje importerem żywności. W sposób „naturalny” nasuwa się narracja, że nie byłby w stanie z własnych zasobów wyżywić swoich obywateli.

Spójrzmy jednak szerzej. Znaczną część wspomnianego importu stanowią zboża, przede wszystkim pszenica. W latach 1966-1988 ich lokalna produkcja zwiększała się w tempie zbliżonym do wzrostu populacji. Zużycie zbóż rosło natomiast znacznie szybciej niż liczba ludności, ponieważ coraz większą część przeznaczano na paszę dla zwierząt i, co za tym idzie, produkcję mięsa. Wzrost spożycia tego ostatniego nie świadczył jednak, jak na przykład w Polsce, o większej zamożności społeczeństwa, a raczej o pogłębianiu nierówności – a to dlatego, że dotyczył głównie jego bogatszych warstw oraz cudzoziemców.

Krajowe zboża przekierowano z konsumpcji ludzkiej na paszę, a niedobory próbowano uzupełnić importem. W ten sposób powstawało wrażenie, że problemem jest brak chleba dla ludności. Polityka państwa i subsydiowane kredyty zagraniczne (zresztą głównie amerykańskie) wspierały tę zmianę struktury produkcji, zwiększając zadłużenie i przesuwając zasoby z żywności podstawowej na dobra konsumowane przez zamożniejszych.

Warto przy tym wspomnieć także o nierównościach w dostępie do ziemi, której większość skoncentrowana jest w rękach najbogatszych właścicieli wielkich farm. 42 procent osób posiadających ziemię ma jej poniżej jednego feddana (4200 m²). Wielu zatrudnionych w rolnictwie w ogóle nie posiada własnego pola. Przekłada się to oczywiście na mniejszą społeczną kontrolę nad przeznaczeniem plonów i większe uzależnienie od bogatych.

Jasne jest, że powyższe uwarunkowania należą raczej do politycznych niż naturalnych, niemniej rzadko mówi się o nich w ten sposób. Przypadek Egiptu stanowi zresztą dobrą ilustrację problemów całego kontynentu. Dla państw Globalnej Północy bardzo wygodna jest strategia zrzucania odpowiedzialności na mieszkańców Afryki i umywania rąk. Tymczasem liczby wskazują na coś innego: wartość netto opuszczająca ten kontynent przewyższa wartość dostarczanych tam produktów i usług – pierwsza wynosiła w 2016 roku około 203 miliardów dolarów (surowce, tania siła robocza, unikanie podatków, szkody dla środowiska, odsetki od kredytów, zyski międzynarodowych korporacji odsyłane do centrali), druga: 161 miliardów (inwestycje, pożyczki, pomoc humanitarna, odsyłane do domu dochody emigrantów). Poza Egiptem dobry przykład typowych praktyk stanowi też Kenia: w miejscu, gdzie kiedyś funkcjonowały małe gospodarstwa rolne produkujące żywność na użytek lokalny, znalazły się dziś ogromne hodowle kwiatów przeznaczonych na eksport do Europy, prowadzone w dodatku przez zagraniczne firmy. To państwa rozwinięte dla własnych korzyści zmieniają systemy ekonomiczne i żywnościowe państw Globalnego Południa. Uzależniający Afrykańczyków od zewnętrznych graczy eksport surowców i import żywności nie jest ich wyborem.

Jak pisała Susan George, zmarła niedawno politolożka i aktywistka, specjalistka od spraw rozwoju: kiedy słyszysz o przeludnieniu, „powinieneś sięgnąć jeśli nie po rewolwer, to przynajmniej po kalkulator”. A to dlatego, że rzadko jest jasne, jakiej normy lub punktu odniesienia dotyczy przedrostek „prze-”. Może warto więc przenieść ciężar zainteresowań z pochylania się z troską nad niekontrolowanym wzrostem liczby ludności na rozwiązania polityczne, jak wsparcie dla małych gospodarstw czy reforma własności? Czy nawet, o zgrozo, zmniejszenie globalnych nierówności?

Recepta w antykoncepcji?

Innego zdania są nie tylko wymienieni już członkowie „The Good Club”, ale także liczne organizacje pozarządowe oraz politycy i społeczeństwa Globalnej Północy. „Najważniejsze są nowoczesne środki antykoncepcyjne” – powiedział Gates podczas opisanej wyżej prezentacji raportu. „Jeśli są one dostępne, ludzie mają większą kontrolę nad planowaniem rodziny”. Drugiej części tej wypowiedzi trudno jest odmówić słuszności. Pytanie jednak, komu i dlaczego na antykoncepcji zależy.

Programy kontroli populacji prowadzą różnorodne organizacje – od wielkich organizacji międzynarodowych (jak United Nations Population Fund) przez jednostki rządowe (do niedawna na przykład USAID) po inne NGO-sy. Tym, co je łączy, jest obejmowanie swoim zasięgiem dość szerokiego w gruncie rzeczy spektrum spraw: często zajmują się równocześnie promowaniem praw kobiet, zapewnianiem wsparcia ginekologicznego i produktów menstruacyjnych czy leczeniem i profilaktyką AIDS. Co istotne, udział w nich często pozostaje warunkiem otrzymywania innych rodzajów pomocy humanitarnej. Zostaje więc umieszczony w jednym rzędzie z wartościami takimi jak na przykład zwalczanie korupcji czy równość płci, w analogiczny sposób promowanymi przez Zachód. W rezultacie także same kraje Globalnego Południa i lokalne organizacje pozarządowe prowadzą politykę ograniczania wzrostu populacji. Tego typu działania aktualnie realizowane są przez 42 państwa afrykańskie.

Oenzetowska UNFPA w niektórych krajach zajmuje się problemami dzietności zbyt niskiej, a w innych – zbyt wysokiej. Wysuwane są wobec niej zarzuty o wątpliwych metodach badawczych, manipulowaniu narracjami i subiektywnej interpretacji prowadzonych badań. Ograniczone przez administrację Donalda Trumpa działania USAID były wieloaspektowe, podobnie jak inne w tym segmencie. W wyniku cięć nie tylko zamknięto ponad tysiąc klinik planowania rodziny (jak wynika z danych udostępnionych „Guardianowi”), ale także odcięto od środków antykoncepcyjnych i opieki miliony osób, w tym dotknięte przemocą seksualną lub chorujące na AIDS. Niektóre z wcześniej realizowanych projektów są teraz zastępowane innymi „dealami”, bardziej korzystnymi dla USA i zgodnymi z rzekomo chrześcijańską moralnością Republikanów w tematach aborcji czy transpłciowości – choć ich stosunek do antykoncepcji pozostaje niezmiennie przychylny. Przynajmniej tak długo, jak stosowana jest przez mieszkańców Globalnego Południa.

Oczywiście zapewnienie godnego poziomu życia mniejszej liczbie ludzi jest łatwiejsze niż większej. Jak już jednak wiemy, problemem nie jest – przynajmniej na razie – wielkość populacji, tylko dostępność żywności. A tę, jak również wiemy, możemy przy wprowadzeniu odpowiednich zmian skutecznie dystrybuować. Jak sprawa będzie jednak wyglądać w przyszłości? Skąd wiemy, że pod koniec obecnego stulecia liczba ludności na Ziemi się ustabilizuje, zgodnie z przytoczonymi przewidywaniami? Może wciąż będzie rosnąć i istotne okaże się działanie na rzecz jej ograniczenia już dziś?

Wróćmy do danych statystycznych. Współczynnik dzietności na świecie wyniósł w 2024 roku 2,3 żywych urodzeń na kobietę. Obecnie prawie połowa światowej populacji mieszka w miejscach, gdzie wynosi on poniżej 2,1 urodzenia na kobietę – zapewniającego zastępowalność pokoleń w społeczeństwach o niskiej śmiertelności. W 2021 dzietność powyżej tego poziomu notowano w Afryce Subsaharyjskiej: 4,6; Oceanii (z wyłączeniem Australii i Nowej Zelandii): 3,1; Afryce Północnej i Azji Zachodniej: 2,8; oraz Azji Środkowej i Południowej: 2,3. Według pośredniego z przygotowanych na potrzeby raportu ONZ scenariuszy na całym świecie poziom dzietności ma spaść ze średniej 2,3 żywych urodzeń na kobietę w 2024 roku do 2,2 w 2050 i 1,8 w 2100. Największy spadek tego wskaźnika siłą rzeczy nastąpić ma w Afryce Subsaharyjskiej.

W 2025 liczba ludności najszybciej rosła w Sudanie Południowym, Nigrze, Somalii, Angoli, Beninie, Gwinei Równikowej, DRK i Czadzie – bez wyjątku państwach afrykańskich. Podobnie rzecz ma się ze średnią wieku obywateli poszczególnych krajów. W Nigrze 56,9% populacji jest poniżej 18. roku życia, w Ugandzie 55%, w Czadzie 54,6%. Ten ostatni należy do najbiedniejszych regionów na świecie, a przewidywana długość życia tam to zaledwie 51 lat. Co do zasady większość przyrostu naturalnego będzie miała miejsce w najuboższych państwach Globalnego Południa, w których śmiertelność jest wysoka.

Ziemia wytrzyma?

Argument o tym, że zabraknie nam zasobów do wyżywienia rosnącej liczby ludzi jest stary jak rewolucja przemysłowa. Jako pierwszy wysunął go w ostatnich latach XVIII wieku duchowny i ekonomista Thomas Malthus w przechodzącej gwałtowną industrializację Wielkiej Brytanii. Z postępem technologicznym wiązał się szybki wzrost liczby ludności, co zdaniem Malthusa miało w końcu nieuchronnie doprowadzić społeczeństwo do nędzy i klęski głodu. Twierdził, że populacja rośnie wykładniczo, podczas gdy poziom produkcji żywności – liniowo. Z tego powodu był przeciwny wszelkim politykom mającym na celu wspieranie najuboższych. W ten sposób chciał ich powstrzymać przed rozmnażaniem.

Malthus był w błędzie. Po pierwsze, nie docenił możliwości technologicznych związanych z produkcją żywności. Jej przyrost może w rzeczywistości być znacznie większy. Problemem nie jest więc sama możliwość wytworzenia odpowiedniej ilości pożywienia, tylko jej właściwa dystrybucja – z którą do dziś się nie uporaliśmy.  Po drugie, nie wiedział jeszcze, że trendy w rozwoju demograficznym są powtarzalne i można opisać je za pomocą jednego modelu. Zaproponował go w 1929 roku Warren Thompson na podstawie danych z poprzednich dwustu lat.

Jego zdaniem transformacja demograficzna dzieli się na cztery fazy. Pierwsza to niska przewidywana długość życia, wysoka dzietność i wysoka śmiertelność, druga to spadek śmiertelności, wydłużenie przewidywanej długości życia i utrzymujący się wysoki poziom dzietności. Trzecia to okres przejściowy, kiedy poza śmiertelnością spada także dzietność, czwarta: nowa stabilizacja przy niskiej dzietności i śmiertelności. Zmiany te wynikają oczywiście z rozwoju medycyny i rosnącego dobrobytu, który w rezultacie prowadzi do zmiany priorytetów: istotniejszy niż założenie rodziny i przetrwanie staje się rozwój osobisty.

Model stworzony przez Thompsona okazał się adekwatnie opisywać rzeczywistość. Historyczny czas i tempo następowania po sobie kolejnych faz różnią się, ale wzorzec procesów jest taki sam dla wszystkich społeczeństw. Oznacza to, że różne populacje na świecie mogą obecnie znajdować się w różnych fazach.

Szansa, że liczba ludności przekroczy planetarne możliwości na ich wyżywienie, istnieje. Nie mają jednak z nią wiele wspólnego mieszkańcy państw Globalnego Południa. A to dlatego, że związana jest ze zmianami klimatu, za które odpowiedzialne są przede wszystkim kraje Północy – nie tylko na poziomie całych gospodarek, ale i śladu ekologicznego poszczególnych obywateli.

Robinson i Piętaszek

No dobrze, zapyta ktoś, ale jaki jest problem w edukowaniu osób, które tego potrzebują? Odpowiedź brzmi: żaden. Problem pojawia się, kiedy kończy się edukacja, a zaczynają propaganda i nacisk. Trudno jest stwierdzić z całą pewnością, co na poziomie jednostek odpowiada za wysoki przyrost naturalny w krajach Globalnego Południa. Wynika on z chęci i przekonań poszczególnych kobiet czy z braku alternatyw?

Działania prowadzone przez międzynarodowe organizacje zdają się wynikać ze zdecydowanego przekonania, że to drugie. Tymczasem literatura naukowa nie daje jasnych odpowiedzi. Niektórzy badacze twierdzą, że to przede wszystkim kwestia przekonań, inni – że dostępności antykoncepcji, jeszcze inni, że częściowo tego i częściowo tego. Sprawa ta ma znaczenie o tyle, że jeśli przyczyną rzeczywiście jest niewystarczająca dostępność antykoncepcji – czy to ze względu na konflikty, czy sytuację ekonomiczną danego państwa – to rozwiązaniem byłoby potraktowanie środków antykoncepcyjnych jako elementu pomocy humanitarnej. W ten sposób społeczność międzynarodowa mogłaby zapewnić osobom potrzebującym to, czego nie może im w danej chwili zapewnić ich kraj.

Według danych ONZ w Afryce Subsaharyjskiej tylko 56 procent potrzeb związanych z planowaniem rodziny jest zaspokajana przy użyciu nowoczesnej antykoncepcji. W 41 krajach lub regionach (w tym w 21 krajach Afryki Subsaharyjskiej) to już mniej niż połowa. W Albanii, Czadzie, Somalii i Sudanie Południowym natomiast – mniej niż jedna czwarta.

Sytuacja staje się bardziej skomplikowana, jeśli założymy, że brak możliwości stosowania antykoncepcji nie jest uwarunkowany obiektywnie, a na przykład przez to, że mężczyźni wywierają na kobiety presję. Zachód chce, żeby kobiety same mogły decydować o sobie i swoim ciele, ale takie postrzeganie sprawy wcale nie jest uniwersalne. Czy zachodnie interwencje to wtedy faktycznie wspieranie kobiet czy raczej „biali mężczyźni ratujący brązowe kobiety przed brązowymi mężczyznami”? Granicę można tu postawić w różnych miejscach.

Mniej dyskusyjny jest szerszy problem „białego zbawcy”. Przedstawiciele Globalnej Północy często sądzą, że jako jedyni zdolni są ocalić „biednych i opresjonowanych” mieszkańców Globalnego Południa. Tymczasem jeśli z różnych powodów – kulturowych, religijnych czy osobistych – kobiety po prostu chcą mieć więcej dzieci, a ktoś mówi im, że mają tego nie robić, na pewno nie mamy do czynienia z podmiotowym traktowaniem, a raczej rzekomym ratowaniem kogoś, kto wcale nie chce być ratowany.

Z jednej strony nic nam do tego, dlaczego ktoś chce mieć dzieci, z drugiej – to dosyć wdzięczny temat badań socjologicznych. Spójrzmy więc na kilka przykładów. W krajach, gdzie bieda i głód są powszechne, niska jest śmiertelność dzieci i przewidywana długość życia w ogóle. Nie przestają przy tym być potrzebne ręce do pracy w rodzinnym gospodarstwie. O Egipcie sprzed prawie czterdziestu lat pisał Mitchell w cytowanym już artykule następująco:

„W społeczeństwie, w którym córki opuszczają rodzinę rodziców po ślubie, aby dołączyć do rodziny męża, i gdzie praktycznie nie ma systemu zabezpieczenia społecznego wspierającego rodziców, gdy stają się zbyt starzy lub chorzy, aby pracować, można argumentować, że pragnienie posiadania co najmniej dwóch żyjących synów nie jest nadmierne”.

Analogicznie sytuacja wygląda w wielu krajach Globalnego Południa. Zupełnie poważnie należy traktować też kwestie religijne czy osobistych przekonań: traktowania potomstwa jako daru od Boga i największego szczęścia oraz spełniania się w roli rodzica.

Na północ od Edenu

Po co więc tak szeroko zakrojona akcja przeciwko przyrostowi naturalnemu na Globalnym Południu? Z jednej strony zapewne wynika ona z braku zrozumienia szerszych procesów, z drugiej ze strachu i uprzedzeń, z trzeciej – z korzyści, które mają państwa Globalnej Północy z takiej polityki.

Strachem przed migrantami oraz innymi kulturami od lat gra w Europie populistyczna prawica. Ona też promuję teorię „wielkiego zastąpienia”, o której w Kontakcie szerzej pisze Tomasz Hryciuk. Utrzymywanie populacji państw rozwijających się na możliwie niskim poziomie pozwala też przedłużyć utrzymywanie status quo, w którym podstawową zasadą polityki wobec nich jest ekstraktywizm. Zachód czerpie wielkie korzyści małym kosztem.

Historycznie nie jest to nowa sytuacja. Przedstawiciele bogatych społeczeństw Globalnej Północy nie tylko w czasach kolonialnych uzurpowali sobie prawo do podejmowania decyzji dotyczących życia innych ludzi – najczęściej biednych i niebiałych. Choć wydawałoby się że eugeniczna logika była po II wojnie światowej już nie do pomyślenia, wkrótce zyskała oficjalne poparcie części agencji ONZ i najbardziej wpływowych przywódców świata, o czym pisze Matthew Connelly w książce „Fatal Misconception”. Już w latach 60. XX wieku kontrolowanie populacji wydawało się byłym kolonizatorom świetnym pomysłem na walkę z ubóstwem. Wiele z dawnych wpływów przerodziło się w tak zwane współprace ekonomiczne i rozwojowe, w teorii nastawione na pomoc, w praktyce w znacznej mierze na zysk i kontynuowanie dominacji.

Pierwsze sponsorowane przez Zachód programy kontroli populacji na obszarach wiejskich Indii i Pakistanu nie przyniosły większych rezultatów. Mieszkańcy wsi nie widzieli powodów, by przyjmować dystrybuowane w ramach eksperymentu tabletki. „Zwolennicy kontroli populacji zwrócili się ku metodzie wysoce inwazyjnej: zakładaniu wkładek domacicznych wybranym kobietom. Praktyka zakładania spiralnych lub pierścieniowych wkładek domacicznych do pochwy kobiety była powszechnie dyskredytowana w kręgach medycznych. Znana była z powodowania bardzo wysokiego odsetka infekcji, bólu i krwawień”, pisze Connelly. Wkrótce prezydent USA Lyndon Johnson powiązał pomoc dla Indii ze zgodą na realizację na ich obszarze programu kontroli urodzeń.

Zwolennikiem zmniejszenia liczby ludności w „krajach Trzeciego Świata” był także Henry Kissinger, który w grudniu 1974 roku wyznaczył to jako jeden z głównych celów amerykańskiej polityki zagranicznej. Jak można się domyślać w przypadku tego bezwzględnego polityka, liczył się dla niego wyłącznie strategiczny zysk Stanów Zjednoczonych: „gospodarka Stanów Zjednoczonych będzie wymagała dużych i rosnących ilości minerałów z zagranicy, zwłaszcza z krajów słabiej rozwiniętych. Fakt ten sprawia, że Stany Zjednoczone są bardziej zainteresowane stabilnością polityczną, gospodarczą i społeczną krajów dostarczających surowce. Wszędzie tam, gdzie zmniejszenie presji demograficznej poprzez obniżenie wskaźnika urodzeń może zwiększyć szanse na taką stabilność, polityka ludnościowa staje się istotna dla dostaw surowców i interesów gospodarczych Stanów Zjednoczonych”.

Metoda kija i kija

Ten zachodni reżim kontroli populacji na Globalnym Południu został przerzucony na lokalne rządy, jak na przykład w Indiach. Na początku lat 70. zwolennicy kontroli populacji zyskali poparcie większości politycznych elit i wyższych kast. Przed kryzysem naftowym w 1973 roku programy planowania rodziny stanowiły 59 procent całkowitego budżetu Indii przeznaczonego na opiekę zdrowotną. Całą sprawę dokładnie opisuje Connelly:

„Sterylizacja stała się warunkiem nie tylko przydziału ziemi, ale także dostępu do wody, energii elektrycznej, kart żywnościowych, licencji na rikszę, opieki medycznej oraz awansów i podwyżek. […] Wszyscy, od wysokich urzędników państwowych po konduktorów pociągów i policjantów, otrzymali limity sterylizacji. Stworzyło to ogólnokrajowy rynek, na którym ludzie kupowali i sprzedawali, czasami więcej niż raz, możliwość reprodukcji. Oczywiście dla najbiedniejszych, którzy nie mieli pieniędzy ani nic innego do sprzedania, sterylizacja w takich warunkach nie była wyborem”.

Podobny i o wiele bardziej znany jest przykład polityki jednego dziecka w Chinach. Rodzice najpierw musieli otrzymać pozwolenie na posiadanie dziecka, następnie pod warunkiem posiadania tylko jednego otrzymywali od władz subsydia i inne benefity. Jeśli mieli więcej, czekały ich kary finansowe. Podczas fazy najbardziej represyjnego egzekwowania założonej polityki, czyli w latach 80., „kobietom mającym jedno dziecko wszczepiano zabezpieczoną przed manipulacją wkładkę domaciczną ze stali nierdzewnej, wszyscy rodzice mający dwoje lub więcej dzieci byli poddawani sterylizacji, a wszystkie nieautoryzowane ciąże były przerywane”.

Kojarzy nam się to z czasami dawno minionymi, jednak Chiny wciąż stosują politykę jednego dziecka względem represjonowanej mniejszości Ujgurów, co prowadzi do bardzo szybkiego spadku ich liczby. Stanowi to też podstawę do mówienia o trwającym ludobójstwie: „stosowanie środków, które mają na celu wstrzymanie urodzeń w obrębie grupy” wymienia jako jedną z przesłanek w tej kwestii Konwencja ONZ ws. zapobiegania i karania zbrodni ludobójstwa.

Tragiczna prz_szłość

Na przełomie lat 80. i 90. zachodnie polityki kontroli urodzeń przejmowane przez lokalne rządy zahamowały. Zaczęły być coraz wyraźniej krytykowane, występowały przeciwko nim grupy feministyczne, a świadomość doznawanych krzywd rosła. Punkt zwrotny stanowiła konferencja ONZ poświęcona populacji (Kair, 1994). Pod presją delegatów z krajów Globalnego Południa konferencja oficjalnie zrezygnowała z kontroli populacji jako swojego celu.

Teorie eugeniczne były popularne także w kontekstach z naszej perspektywy dalece nieoczywistych. Promowały je na przykład niektóre socjaldemokracje czy pierwsze feministki w Stanach Zjednoczonych. Znany jest przypadek duńskiej wyspy Sprogø, gdzie prowadzono ośrodek dla kobiet z niepełnosprawnościami intelektualnymi, popełniających przestępstwa i postępujących „niemoralnie”. Kobiety umieszczano tam pod przymusem, pod przymusem także przeprowadzano ich reedukację i sterylizację. Pionierka antykoncepcji w USA, Margaret Sanger, pisała natomiast:

„Gdyby miliony dolarów, które obecnie wydaje się na opiekę i utrzymanie tych, którzy z całą dobrocią nigdy nie powinni byli przyjść na świat, zostały przekształcone w system premii dla nieodpowiednich rodziców, płacąc im za powstrzymanie się od dalszego rodzicielstwa i kontynuując wypłacanie im tych środków, dopóki kontrolują swoje zdolności prokreacyjne, byłaby to nie tylko opłacalna inwestycja, ale także zbawienie amerykańskiej cywilizacji”.

Oba te przykłady dowodzą, jak głęboko zakorzenione w społeczeństwach Globalnej Północy jest eugeniczne myślenie.

W świecie idealnym Zachód powinien skończyć z ekstraktywistyczną polityką względem Globalnego Południa. Powinien spojrzeć prawdzie w oczy i przestać przerzucać odpowiedzialność za własne czyny na przyrost ludności. Powinien przestać bać się utraty własnej kultury, którą postrzega zresztą bardzo sztywno – tak jakby nie przenikała się z innymi i nie ulegała naturalnym zmianom. Kultura Zachodu wcale nie powinna rościć sobie prawa do wyższości, a mieszkańcy Globalnej Północy prawa do układania spraw w krajach Południa według własnego widzimisię, żeby potem ewentualnie wesprzeć rządy i organizacje pozarządowe w zakupie i dystrybucji prezerwatyw. Jak dowodzi jednak historia, bardzo trudno jest o takie zmiany.



Potrzebujemy Twojego wsparcia
Od ponad 15 lat tworzymy jedyny w Polsce magazyn lewicy katolickiej i budujemy środowisko zaangażowane w walkę z podziałami religijnymi, politycznymi i ideologicznymi. Robimy to tylko dzięki Waszemu wsparciu!
Kościół i lewica się wykluczają?
Nie – w Kontakcie łączymy lewicową wrażliwość z katolicką nauką społeczną.

I używamy plików cookies. Dowiedz się więcej: Polityka prywatności. zamknij ×