Internetowy magazyn katolewicy społecznej. Piszemy o świecie, czerpiąc inspiracje z nauki społecznej Kościoła

Z resztek wydobyty – „Świergot” Marcina Mokrego

Poetyckie kompozycje z tomu Marcina Mokrego to terytorium, na którym życie próbuje przebywać przy innym, kruchym życiu, by ochronić je lub znaleźć sposób na współbycie z nim, nawet jeśli zostało już ono zabrane przez śmierć.
Z resztek wydobyty – „Świergot” Marcina Mokrego
ilustr.: Natasza Kornobis

Nadmiar komunikatów i przekazów, z którymi zderzamy się w sferze publicznej, sprawia, że informacje mogą zlewać się w językowy biały szum atakujący nasze zmysły. Obcowanie z nimi jest trudne, bo przypomina przedzieranie się przez strumienie danych bez wyznaczonych początków i końców ich nadawania – trudno uznać to, co słyszymy lub czytamy, za jednoznacznie wartościowe. Nie tylko tworzenie, ale i odbiór treści jest z tego powodu pracą, która potrafi męczyć tym bardziej, że jej sensu nie zawsze możemy być pewni. Co pozostaje z nieustannego przyjmowania, wchłaniania komunikatów? Co z pamięci krótkotrwałej odciśnie się na dłużej (często bez naszej intencji) w postaci śladu albo tego, co będzie prześladować?

Czytanie, przeciwstawione pasywnemu prześlizgiwaniu się po komunikatach – jako trudna, niekończąca się praca, ale też jako uważne działanie, które z powodzi tekstu pozwoli wyłowić pewną esencję – to jeden z głównych motywów debiutanckiej książki poetyckiej Marcina Mokrego, zatytułowanej wyjątkowo adekwatnie: „czytanie. Pisma”.

Tom składa się z różnorodnych form językowo-wizualnych, które powstają przede wszystkim jako obróbka treści pochodzących z wielu źródeł. Ich aktywna lektura skutkuje krytycznym gestem, czyli radykalną ingerencją zamieniającą bezkształtną masę w coś w rodzaju rzeźby. Może po niej zostać naprawdę niewiele, czasem zaledwie kilka słów. Być może więcej przepuścić nie można, co sugerowałoby motto otwierające książkę – z listu poety Friedricha Hölderlina (piszącego po niemiecku może najpiękniej, jednak w wyniku szaleństwa od pewnego momentu zdolnego wypowiadać zaledwie jedno, pozbawione znaczenia słowo „Pallaksch”) do matki: „Moje listy niewiele mogą […] powiedzieć, bo to, co mówię, mówić muszę w możliwie najskąpszych słowach, gdyż teraz nie mam żadnego innego sposobu mówienia”.

Złożone z „najskąpszych słów” kompozycje Mokrego mogą również przywodzić na myśl pozostałości czy resztki w sensie zupełnie materialnym – tak jakby chodziło tu o archeologiczne obiekty, których znaczna część wykruszyła się wraz z upływającym czasem. Efekty tej redukcji bywają bardzo niepokojące, o czym najlepiej świadczą utwory z części zatytułowanej „Widzenie”. Rozbiórce podlegają w niej często absurdalne, sensacyjne i diametralnie nieprzystające do siebie artykuły z pisma „Vice”, z których pozostają jedynie nieliczne słowa, tworzące często nowe, dziwne układy znaczeń; poza tym jednak znajdujemy tu puste ramki, niewypełnione kolumny, miejsca po nazwiskach autorów lub autorek tekstów, słowem – obrysy nicości. Można tu jednak znaleźć także manipulacje odwrotne, czyli polegające na dopisywaniu. Poetycki komentarz dołączany jest w pierwszej części książki do makabrycznych nagłówków zaczerpniętych z internetowych serwisów:

Poślizg, dachowanie, śmierć.

Początkujący kierowca

jechał za szybko


W deszczu. Topola przy drodze. Dotyka

jedną gałęzią latarni. Pozostałe wiszą

w powietrzu. Odcięte od światła.

Cień przebiega przez jezdnię i znika,

gdy nadjeżdża samochód. W nocy. Siedzę

przy ognisku. Ten znicz zapaliła moja matka.

 

Dopisek sprawia, że dramatyczne wydarzenie ostaje się na dłużej, jego obraz jest pogłębiany, my zaś zostajemy nieoczekiwanie skonfrontowani z głosami bohaterów. Różnego rodzaju zgrzyty i zapętlenia obecne są z kolei w kolażowych „Głosach”, które w znacznie bardziej chaotyczny sposób naśladują kakofonię medialnego przekazu. Z nim właśnie zmagają się czytający, bezradni wobec nawału znaków, a jednak próbujący przedrzeć się przez nie jeszcze i jeszcze dalej – „jeszcze” to zresztą jedyne słowo urwanego zdania, które kończy cały tom – wierząc być może, że tylko w tym czytaniu (rozszerzonym chyba także do próby czytania świata), jednocześnie przygnębiającym i osaczającym, odnajdą ratunek. Mokry pisze:

„nawet jeśli zmęczeni zatrzymujemy się, na tym lub innym wyrazie, pomimo
dotkliwego zimna. Bolących oczu. Godzin spędzonych w tłoku bezgłośnej wędrówki
niepozbawionej wysiłku. Prędzej czy później musimy wszystko oddać. Słowa wchodzą w nas i opuszczają
a pisaniu towarzyszy nie mniejsza udręka niż przy czytaniu. Trzeba to wszystko zostawić, chociaż
chciałoby się coś, co mogłoby, coś, co. Póki jest jasno, są siły, a człowiekowi się chce. Dajemy więc sobie godzinę
lub więcej. Czytamy. Początkowo, no tak, uważamy że zawodzimy. Jednak porażka, która spotyka nas w czasie lektury
ma rację i zawsze jest pożyteczne uprzytomnić sobie, że w gruncie rzeczy
jest się niczym. Nie ma powodu by w to wątpić. Usiłowaliśmy czytać”

 

Poezja ta waha się między owym „w gruncie rzeczy jest się niczym”, czyli ciężarem negatywności stopniowo wyniszczającej nadzieję, a zdefektowaną resztką, ostańcem pozostałym po niszczeniu. Z tego powodu może najważniejszym mottem z wszystkich zamieszczonych w debiucie Mokrego jest fragment „Króla-Ducha” Słowackiego, który zachował się tylko w szczątkach, a który Tadeusz Komendant nazwał „autografem ognia”, podkreślając jego dziwną nie-bytność:

„A jednak o dziw… żadnej z i e ……………………………………………..

Ani też kształtu — n ………………………………………………………….

Ja sam jak larw a i……………………………………………………………….

Ja sam jako g r o ……………………………………………………………….

Potem n o c ……………………………………………………………………………”

 

Kropki (znane również z „resztkowych” edycji niezachowanych w pełni wierszy Safony) są już to świadectwem zniszczenia, już to przestrzenią domysłu, już to wreszcie chroniącym przed pustką siedliskiem dla liter pozostałych jeszcze na papierze. Wskazują na materialny wymiar zanikającego tekstu, który nie poddaje się konserwującej mocy archiwów, ale raczej pozostaje wystawiony na zagrożenie: kruchy, niestały, tymczasowy. Takie właśnie przeżarte kropkami wiersze-obiekty wypełniają drugą książkę Mokrego, „Świergot”.

Można ją podzielić z grubsza na dwie części, regularną i rozregulowaną. W tej pierwszej na każdej lewej stronie z kropek wyłaniają się wersy, które otrzymują różnorodne uzupełnienie u dołu kartki – znajdziemy tam na pozór chaotyczne wyimki z haseł słownikowych i encyklopedycznych (najczęściej dotyczących roślin), przekazy reklamowe i informacje medyczne. Każda prawa strona jest z kolei przeznaczona na skorowidz nazw geograficznych, współgrający może z przypominającą mapę i podzieloną na kwadraty okładką książki. „Świergot” sprawia z tego powodu wrażenie spójnej wizualnej całości – jest jednocześnie książką poetycką i swego rodzaju atlasem. Pytanie tylko: atlasem czego? Odpowiadam nie bez wahania, że kompozycje z tomu stanowią terytorium, na którym życie, jednocześnie obstające przy nadziei i nękane lękiem, próbuje przebywać przy innym życiu, by jeśli to w ogóle możliwe, ochronić je – lub współbyć z życiem już martwym. Rozwinięcie tej koncepcji przynosi druga część książki, przypominająca partyturę utworu rozpisanego na głosy, które dochodzą z różnych czasów i miejsc.

Uobecnia się w nim troska o istnienie kruche i podatne na krzywdę. Tak rozumiem obecną w „Świergocie” opowieść o ojcostwie, wcześniej ironicznie anonsowaną przez zapisek u dołu strony: „Jesteś w ciąży – podziel się z nami dobrą nowiną”. Maria i Antoni, dzieci Mokrego, to główni bohaterowie tomu, a ich mowa, choć równie zdefragmentowana jak wszystko tutaj, jest szczególnie piękna:

„……………….Mówisz coś, czego chcesz

………………. ode mnie. Co do mnie, dzięki temu wciągasz w te swoje sprawy. Tam

………………żeby z tobą pójść. Wiele dla ciebie znaczy

………………ze mną. […]”

 

Dziecko „przynosi z zewnątrz”, przychodzi z odkrytą właśnie cząstką świata, którą trzeba mu przybliżyć, czyli wspólnie z nim (zgodnie z poprzednią formułą) przeczytać, nierzadko odkrywając przy tym coś trudnego. Może być to na przykład spotkanie ze śmiercią, równie trudne dla ojca i dziecka:

„………………pamiętasz, że ptak. Wracamy

………………w to miejsce. Chociaż żaden kamień

……….gdzie może być, którego zakopaliśmy.

[…]

…………..znowu chcesz tam iść. Coś od tego, co

………….gdzie ciągniesz mnie. Tatusiu,

…………………no chodź. Dobrze wiesz,

…………gdzie jesteś, że w ziemi. Z pamięci”

 

Rodzicielstwo u Mokrego jest przesycone nie tylko troską, ale też lękiem i niepokojem, który w tomie objawia się w związku z chorobą dzieci (w wierszach „Marcin nie śpi” i „Maria ma gorączkę”). Staje się coraz bardziej dojmujący wraz z woltą tematyczną i kompozycyjną – oto w prywatną teraźniejszość wdziera się historia, która z przeszłości niesie niejasne komunikaty. Maria, Marcin i Antoni znajdują się nagle w tekstowych światach opatrzonych minionymi datami, a poprzez to czasoprzestrzenne połączenie dochodzi do zupełnie już nieintymnego spotkania z tym, co martwe.

Odtąd w „Świergocie” nakładają się na siebie fragmentaryczne przekazy dotyczące przede wszystkim Zagłady i masakr dokonywanych na ludności bośniackiej w czasie konfliktów na Bałkanach. Pojawiają się liczne nazwy i daty odsyłające do tragicznych zdarzeń; jest wśród nich między innymi Sarajewo i Litzmannstadt Ghetto, czyli getto łódzkie. Prawe strony książki, dotychczas wypełnione monotonnie przez indeksy nazw, zostają nagle uzupełnione przez jedno naddatkowe słowo: „szyny”. Sama jego obecność uruchamia dodatkowe skojarzenia – być może, wracając do metafory partytury, „Świergot” jest tekstową kompozycją przypominającą niesamowite „Different Trains” Steve’a Reicha, być może chodzi tu o szyny, po których do obozów zagłady jadą kolejne transporty, być może wreszcie Mokry odnosi się do faktu, że przez getto Litzmannstadt (podobnie jak getto warszawskie) przejeżdżał tramwaj, którego pasażerowie mogli zobaczyć na własne oczy dramat ludności żydowskiej albo odwrócić od niego wzrok? Jeszcze inny tramwaj zatrzymuje się tu najwyraźniej na jednej z ulic Sarajewa.

Ale na tym nie koniec; prawe strony książki zaczynają porastać rośliny – chaber, wiesiołek, krwawnik, przymiotno. Wygląda to tak:

Jak rozumieć ich obecność? Czyżby, zgodnie z hipotezą „archeologiczną”, zaczęły porastać glebę, pod którą leżą teksty? A może to gest bliski awangardowym konstrukcjom, takim jak „Mechaniczny ogród” Tytusa Czyżewskiego? To możliwe; musimy jednak zwrócić uwagę na fakt, że gatunki tu wymienione pojawiają się w także (w cytowanym przez Mokrego) raporcie z ekshumacji zwłok ludzi zamordowanych w bośniackiej wsi Kozluk. By oszacować czas dokonania masakry, badacze wyjmowali spod martwych ciał zakonserwowane rośliny i porównywali ich wygląd z tymi, które w momencie przybycia ekipy świeżo porastały pole.

Śmierć jest w tym sensie datowana przez delikatne cząstki przyrody, będące w pewnym sensie jedynymi świadkami zdarzenia. To jednak dość szczególne, pozbawione języka świadectwo:

„[…] To tutaj powraca, przed ulicą

………nic innego jak z resztek wydobyty

…………………świergot. Rozrywać ze strun

…………..doprowadzić jednak na głos, mówić do końca”

 

Czyżby świergot przekraczał ramę tekstu i ulatywał w powietrze, zaznaczając swoją materialną obecność jako źródłowy głos kruchego życia – podatnego na zranienie lub martwego? To tylko początek czytania resztki, tak bardzo opornej wobec naszych uparcie ponawianych lektur.

***

Marcin Mokry, „Świergot”, Fundacja na rzecz Kultury i Edukacji im. T. Karpowicza, Wrocław 2019

Potrzebujemy Twojego wsparcia
Jesteśmy magazynem i środowiskiem lewicy katolickiej. Piszemy o wykluczeniu, sprawiedliwości społecznej, biedzie, o współczesnych zjawiskach w kulturze, polityce i społeczeństwie. Potrzebujemy stabilnego finansowania – możesz nam w tym pomóc!
Wybieram sam/a
Kościół i lewica się wykluczają?
Nie - w Kontakcie łączymy lewicową wrażliwość z katolicką nauką społeczną.

I używamy plików cookies. Dowiedz się więcej Polityka prywatności zamknij ×