fbpx Wesprzyj nas!

magazyn lewicy katolickiej

Wiesztort i Burza: Jolantę Brzeską zabił system

Jolanta Brzeska stała w miejscu, w którym nie chciało stać państwo, w miejscu obrony zasobu komunalnego – i została tam do samego końca. Liderka ruchu socjalnego została spalona na stosie jak czarownica przez gospodarczą inkwizycję.
Wiesztort i Burza: Jolantę Brzeską zabił system
ilustr.: Iga Gosiewska

Z Antonim Wiesztortem i Martą Burzą – członkami Warszawskiego Stowarzyszenia Lokatorów, związkowcami OZZ Inicjatywa Pracownicza – rozmawia Marta Zdanowska.

 Kiedy poznaliście Jolantę Brzeską?

Antoni Wiesztort: Znaliśmy Brzeską z protestów lokatorskich od 2009 roku. W tym czasie zdecydowanie wyłaniała się jako liderka, osoba, która potrafi konkretnie zajmować się sprawami lokatorskimi – zbierać dokumenty, doradzać prawnie – choć nie była prawniczką, tylko samoukiem. Całą wiedzę, która dzisiaj jest znacznie bardziej powszechna, bo powoli przyswoiły ją media i politycy, zdobywali wówczas lokatorzy, samodzielnie rozpracowując poszczególne sprawy na dyżurach lokatorskich. W ten sposób podjęto tak trudne tematy, jak indemnizacja czy kwestia nierozliczonych kosztów odbudowy Warszawy.

Jak powstało WSL, czyli Warszawskie Stowarzyszenie Lokatorów?

A.W.: Jolanta Brzeska włączyła się do walki lokatorskiej poprzez kampanię „Mieszkanie prawem, nie towarem”, zainicjowaną przez anarchizującą Lewicową Alternatywę. Kampanię powołano w reakcji na rządowy projekt deregulacji czynszów w starych kamienicach. Tę epokową ustawę wprowadził ostatecznie rząd SLD–UP w 2005 roku. Wkrótce ruszyła wielka fala przejmowania kamienic, nawet do trzystu rocznie w latach 2008–2009. Sądy stale nie uznawały lokatorów za stronę w postępowaniach reprywatyzacyjnych – w ich imieniu występowały władze miasta, które z zasady działały na rzecz prywatyzacji. Lokatorom odmawiano wglądu do dokumentów związanych z przejęciami. WSL stało się odpowiedzią na konieczność powołania osoby prawnej, która mogłaby reprezentować interesy lokatorskie.

Wspomniałeś o kosztach odbudowy Warszawy…

A.W.: W małej grupce zbadaliśmy skalę zniszczeń i kosztów odbudowy reprywatyzowanych kamienic, w których żyły osoby związane z WSL, między innymi kamienicy Jolanty Brzeskiej. Jola mieszkała w budynku, który został kompletnie zrujnowany w trakcie wojny. Po inwentaryzacji w lutym i marcu 1945 roku został zakwalifikowany do rozbiórki przez Biuro Odbudowy Stolicy. Natomiast już 13 sierpnia 1945 roku w dokumentach zapisano, że mieszka w nim pięć osób, a 24 września 1946 – że budynek przy Nabielaka 9 nie grozi obecnie zawaleniem.

Kto go odbudował?

A.W.: Sami mieszkańcy, do których należał też ojciec Jolanty Brzeskiej, własnymi siłami i na własny koszt wynieśli tę kamienicę z ruin – to powszechna historia w Warszawie 1945 roku. Już po transformacji Marek Mossakowski przejął budynek za niewiele ponad 1500 złotych. Trudno mówić o większej grabieży w powojennej historii stolicy niż te tysiące kamienic przejętych przez byłych właścicieli lub handlarzy roszczeń za darmo, a odbudowanych przez ludzi za własne albo publiczne pieniądze. Oficjalne nakłady na odbudowę do 1959 roku oszacowano na 3 miliardy dolarów, warte dziś około 100 miliardów złotych. To z badań Szulca i Regulskiego opublikowanych w roku 1960.

A krzywda właścicieli mieszkań, którym dekretem Bieruta odebrano rodzinny majątek?

A.W.: Dziś ten argument w dyskusji o reprywatyzacji to jest zwyczajnie wielka emocjonalna manipulacja.

Dlaczego? Przecież nie wszystkie kamienice zostały zburzone w czasie wojny i odbudowane przez późniejszych lokatorów.

A.W.: To manipulacja, ponieważ ostatecznie służy temu, żeby usprawiedliwić każdą reprywatyzację. Przez dziesięciolecia w Polsce mówiono o krzywdzie właścicieli. W imię naprawy tych krzywd władze i sądy w zasadzie pominęły to, że aby przywrócić do stanu używalności 85 procent z mieszkalnych kamienic, które zostały obrócone w gruzy, potrzeba było ponad 50 milionów roboczogodzin darmowej pracy w czynach społecznych, wspomnianych 100 miliardów dzisiejszych złotych z publicznego budżetu czy 600 milionów cegieł uzyskanych z rozbiórki kamienic w innych miastach. Pominięto fakt, że przed wojną większość kamienic prywatni właściciele postawili za pożyczone, publiczne pieniądze z Banku Gospodarstwa Krajowego i tak zwanej Komunalnej Kasy Oszczędności miasta Warszawy. Po wojnie państwo przejęło wszystkie te niespłacone długi. Wypłaciło też ogromne jak na możliwości biednego kraju odszkodowania za komunalizację kamienic dla właścicieli, którzy przeżyli i przyjęli obywatelstwo innych państw.

Marta Burza: Gdy dziś, po trzydziestu latach masowej grabieży w III RP, ktoś nadal twierdzi, że naczelnym problemem reprywatyzacji jest to, żeby klarownie zrekompensować krzywdy właścicieli kamienic z II RP, to po prostu kpi z obecnych krzywd i nierówności, ignoruje efekty likwidacji zasobu tanich mieszkań. W 2021 roku ważenie krzywd właścicieli i lokatorów to ponura zabawa, a nie żadna moralność. Ludzie z wyższych sfer nie chcą myśleć, co znaczy nie mieć szans na mieszkanie czy wylądować na bruku.

Beata Siemieniako w książce „Reprywatyzując Polskę” stawia też pytanie o to, dlaczego utrata akurat przedwojennego majątku rodziny jest tak ważna, skoro krzywda ludzi polegała również na tym, że tracili bliskich w obronie ojczyzny. Dlaczego jednym należy się odszkodowanie, a drugim nie? Warto też mówić o przekrętach związanych ze skupowaniem za śmieszne pieniądze roszczeń od właścicieli i robienie przez niektórych kolekcjonerów kamienic z reprywatyzacji biznesu życia.

A.W.: O tym już powiedziano wiele – o tym systemie mafijnym i kuratorach 150-letnich właścicieli. To najbardziej jaskrawe przejawy reprywatyzacyjnych patologii, ale to tylko czubek góry lodowej. Prawica podejmuje próbę zawężenia tematu reprywatyzacji do skupywania roszczeń, kuratorów, wielkich przekrętów. Redukowanie dziejowego procesu reprywatyzacji do patologii i mafii to ostatnia deska ratunku dla tego ustroju. To retoryka o zgniłych jabłkach w zdrowym sadzie.

A sad jest chory w całości?

A.W.: Jeśli już trzymamy się sadu i jabłek… Owoce naszej pracy są nam odbierane, a nam zostają ogryzki – to jest istota problemu w kapitalizmie. „Cały naród zbudował stolicę” i wierzył, że robi to dla siebie. Dzisiaj wychodzi na to, że była to tylko zawieszona w czasie akumulacja kapitału. Bez tamtej społecznej pracy nie byłoby dziś czego reprywatyzować. Obecnie tak samo przez swoją pracę tworzymy owoce, które są nam odbierane. Najpierw odbiera je szef – bo płaci ułamek tego, co sam zyskał z naszej pracy. Potem odbiera je prywatny rentier – przez wysoki czynsz. Zostawiają nam wspomniane ogryzki, wkrótce to będą jakieś nanokawalerki, jeśli nie powstrzymamy ich zapędów. Jak mówią budowlańcy z naszego związku Inicjatywa Pracownicza: „Budujemy domy, na które nas nie stać”. I to jest przemoc, z którą musi się zmierzyć ustrój III RP, a nie szantażować nas jakimiś emohistoriami przedwojennych kamieniczników.

Jola Brzeska stanęła na drodze temu ustrojowi, świętemu prawu własności, stała w miejscu, w którym nie chciało stać państwo, w miejscu obrony zasobu komunalnego. I została tam do samego końca. Liderka ruchu socjalnego została spalona jak czarownica przez panującą ponad partiami gospodarczą inkwizycję.

Kto jest odpowiedzialny za tę śmierć?

M.B.: Muszą za nią odpowiedzieć mordercy, gangsterzy, ale rację mają koleżanki Joli Brzeskiej, które często mówiły: „Jolę zabił system”. Trzeba przy tym pamiętać, że za systemem stoją konkretne osoby, i warto o nich mówić, o konkretnych politykach i partiach. Wszystkie stronnictwa, które do tej pory były u władzy, miały bardzo silne parcie na prywatyzację zasobu komunalnego. Wynika to po prostu z hołdowania ustrojowi liberalnemu.

Kto zatem był i jest przeciwnikiem lokatorów z reprywatyzowanych kamienic?

M.B.: Dużo się mówi o mafii reprywatyzacyjnej, pojawiają się fabuły z Jolantą Brzeską porywaną przez ludzi w kapturach. A nam w zasadzie nie stają na drodze ludzie w kapturach i w dresach. Ci, którzy stają naprzeciwko nas, mają ochronę policji, to ludzie w garniturach i w znakomitych samochodach. To z takimi ludźmi się głównie mierzymy.

Policja zaś nieustannie reprezentuje interesy kapitału, a nie prawo. Prawo jest jednoznaczne. Najemcy – nieważne, czy jest to najemca zasobu publicznego, czy prywatnego – przysługuje ochrona posiadania, więc nie ma takiej możliwości, żeby właściciel zmieniał zamki albo wchodził do środka i demolował mieszkanie. To jest bezprawne, ale funkcjonariusze, mimo że wielokrotnie staliśmy na klatce schodowej z otwartą ustawą i wskazywaliśmy im odpowiedni artykuł, nie egzekwowali przepisów. Wystarczy, że właściciel powie, że jest właścicielem. On nawet nie musi pokazać aktu notarialnego, po prostu samo słowo „właściciel” jest podniesione do takiej rangi w tym systemie. Policja przyznaje mu rodzaj immunitetu.

A.W.: Władze Warszawy dotąd pozostają niechętne, żeby sprzeciwić się temu procederowi.

Od początku byliście pewni, że Jolanta Brzeska została zamordowana?

A.W.: 1 marca 2011 roku policja zanotowała, że w Lesie Kabackim znaleziono spalone ciało młodej kobiety. W międzyczasie przyjaciele i rodzina Jolanty Brzeskiej, między innymi Janusz Baranek i Bożena Baranek, zdali sobie sprawę, że Jolanta zaginęła. Uruchomili coś, co szybko przekształciło się w samorzutną, oddolną grupę śledczą. To nie dzięki policji i prokuraturze, nie za sprawą organów ścigania, ale przede wszystkim za sprawą determinacji ludzi z WSL i rodziny udało się po kilku dniach powiązać częściowo spalone ciało kobiety z Jolantą Brzeską. Dziś po przeciekach z prokuratury krajowej wiadomo, że w tym czasie policja była zajęta po prostu zacieraniem śladów zbrodni.

M.B.: Śmierć Brzeskiej powszechnie ogłoszono w okolicach Dnia Kobiet, na pikiecie dotyczącej polityki lokalowej, którą organizował Komitet Obrony Lokatorów pod Urzędem Dzielnicy Praga-Północ. Pikieta szybko przerodziła się w protest po zabójstwie. To na niej pierwszy raz użyto takich haseł, jak „Wszystkich nas nie spalicie”. Od razu po tym wiecu, wieczorem, zrobiliśmy z Antkiem szablon z Brzeską. Z braku materiału użyliśmy rozłożonej okładki z płyty winylowej. Pojechaliśmy wieczorem na miasto, zaczęliśmy odbijać wzór na murach. Kilkaset wizerunków jej twarzy z tym hasłem: „Pamięci Jolanty Brzeskiej. Wszystkich nas nie spalicie”. To hasło się upowszechniło.

A.W.: Potem powstały jeszcze dwie wersje szablonu, już na skłocie Syrena, który zajęliśmy też w marcu 2011 roku. Wtedy okupacja zreprywatyzowanego pustostanu była dla nas częścią lokatorskiej walki z rzeczywistością, którą opisuje hasło: „Ludzie bez domów, domy bez ludzi”. Odbiliśmy budynek z rąk czyścicieli. Społeczne przejęcia pustostanów są dla liberałów horrorem, ostatecznie zamiast tego wolą PiS. W każdym razie przez te dziesięć lat od marca 2011 roku, w grupie raz mniejszej, raz większej, staramy się prowadzić kampanię wokół sprawiedliwości dla Jolanty Brzeskiej, robić banery, plakaty, murale, szablony, pisać, tłumaczyć materiały, a obok tego staramy się utrzymać i rozwijać lokatorską organizację…

M.B.: Zrobiliśmy swego czasu większy vlakat z Mossakowskim na ulicy Widok.

Ten, na którym trzyma kanister z benzyną, z podpisem „Mossakowski. Warszawa jest łatwopalna”? Krytykowano was za to.

A.W.: Tak, to był czas, kiedy media normalizowały kwestię reprywatyzacji. Bardziej oburzające dla nich było to, że pokazywaliśmy jego wizerunek na murze, niż to, że te mury są w całości przejmowane. Tak zwana afera reprywatyzacyjna została przez media ogłoszona w okolicach 2016 roku. Już wcześniej naciskaliśmy na media, aby poszerzały granice tego, co można powiedzieć o reprywatyzacji; w zasadzie zresztą robimy to do dziś. Swego czasu władze nalegały też na przykład, aby nie używać słowa „reprywatyzacja” i mówić o „restytucji mienia”. Jeszcze w 2012 roku wiceprezydent Michał Olszewski, na gorących spotkaniach po okupacji kolejnego pustostanu w Warszawie, stale przerywał nam, gdy słyszał słowo „reprywatyzacja”, i poprawiał: „restytucja mienia”.

M.B.: Nikt też nie zwrócił uwagi na to, że nasz vlakat był wywieszony na pustostanie. To piękna kamienica, która nadal świeci pustką co najmniej od tych dziesięciu lat, jak wiele innych w Warszawie. Z jednej strony przez lata dochodzi do brutalnego wyrzucania ludzi z mieszkań, a z drugiej – jest wiele pustostanów. Część z nich należy do miasta. Władze latami nic z nimi nie robią, w końcu wolą je zburzyć i sprzedać grunt w prywatne ręce.

A.W.: Mało tego, że miasto nic z nimi nie robi. Miasto organizuje policję, żeby wszystkie warszawskie pustostany – publiczne czy prywatne – pozostały pustostanami, żeby ludzie ich nie zajmowali. W ten sposób władze dbają, aby nie spadły ceny prywatnych mieszkań, wolą, by zmarnowało się coś, co zapewnia byt ludziom.

M.B.: Bronią spekulacji i windowania cen jak konstytucji. Częścią krytyki władz ze strony lokatorów zawsze był ten paradoks – domy bez ludzi i ludzie bez domów.

Wojciech Tymowski napisał na łamach „Gazety Wyborczej”: „To, co zrobili anonimowi autorzy kampanii z Centrum Informacji Anarchistycznej, jest zdziczeniem obyczajów. Sprzeciwiam się temu, bo nie chcę, by Polska była krajem, w którym obowiązuje prawo linczu, a nie sądu”.

A.W.: Uważam, że to były słowa tchórza, za którym stoi potężna siła medialna. Jeśli vlakat to było zdziczenie obyczajów i lincz, to jak nazwać to, co robił Mossakowski z Brzeską, zanim zginęła? Nikt w „Gazecie Wyborczej” nie zareagował słowem, kiedy ekipa czyścicieli na Mokotowie cięła diaksą drzwi wejściowe Brzeskich. Czemu Mossakowski nie został ujawniony i skompromitowany przez redakcję, czemu „Wyborcza” nie zrobiła wtedy swojej wizualizacji jego ekipy z tą piłą do cięcia? Gdyby mieli taką odwagę, czy w ogóle pokazali zainteresowanie, to Mossakowski by się wystraszył, Brzeska by pewnie po prostu żyła. Ważny redaktor ogromnej gazety „odważył się” skrytykować jakiś vlakat z czyścicielem na mieście mocniej, niż ośmielił się wtedy wypowiedzieć o czyścicielach i całej reprywatyzacji. Tymowski był wówczas dla mnie symbolem tchórzostwa „Wyborczej”. Tak samo teraz, w całej Polsce, żadna gazeta nie oddelegowała choćby jednego reportera, który by przez dziesięć lat pilnował sprawy śmierci Brzeskiej. Historia Jolanty Brzeskiej jest także poniekąd historią ogromnej słabości mediów jako niby ostoi demokracji.

M.B.: Mossakowski groził mediom sądami za każdym razem, kiedy ktoś chciał ujawnić jego wizerunek. W mediach obowiązywał więc zakaz używania jego wizerunku, wszyscy się do tego stosowali przez te wszystkie lata. Nie dość, że nie można było wypowiedzieć jego nazwiska, tylko musiał być przedstawiany jako Marek M., to jeszcze przez wiele lat nie było wiadomo, jak wygląda. Mieliśmy jedno zdjęcie, które działacz lokatorski zrobił mu ukradkiem. Ten mural był pierwszą prezentacją jego wizerunku w przestrzeni publicznej, próbą obnażenia go, żeby nie czuł się kompletnie bezkarny. Wiadomo, że to się nie kończy na nim, on reprezentuje prawdopodobnie o wiele potężniejsze osoby, ale i tak należało powiązać jego twarz z nazwiskiem. I po to też był ten vlakat.

Warto pamiętać, że kiedy powstał vlakat, mieliśmy okres masowego podpalania zamieszkanych i pustych budynków z roszczeniami. To było na porządku dziennym, zwłaszcza na Pradze-Północ.

Jolanta Brzeska stała się symbolem walki i cierpienia ofiar reprywatyzacji. Poszkodowanych jest jednak dużo więcej, można ich liczyć w dziesiątkach tysięcy. Miało miejsce także wiele innych śmierci, na przykład w wyniku chorób z powodu stresu związanego z życiem w poczuciu zagrożenia.

M.B.: Ludzie są wprowadzani przez elity w silną depresję, wynikającą ze świadomości, że stoją sami naprzeciwko potężnego aparatu państwa i biznesu. Dyżury lokatorskie, które do tej pory są prowadzone przez WSL na Wilczej 30, nierzadko przeradzają się trochę w psychoterapię. Ludzie po prostu sobie nie radzą z problemami i dopiero przy okazji tych spotkań zdają sobie sprawę, że jest nas więcej… Niejedna osoba wspomina, że bez grupy by się poddała, załamała.

A.W.: Natomiast trzeba podkreślić, że Jolanta Brzeska nigdy nie była taką osobą. Dodawała otuchy innym, nigdy się nie poddawała, miała bardzo silny kręgosłup moralny i wprost mówiła, że to nie jest wina lokatorek, że znalazły się w takiej sytuacji. Bo to nie tak, jak mówią cały czas w telewizji, kiedy szczują na biedę, że jeśli jesteś lokatorem komunalnym, to jesteś osobą nieporadną albo pijakiem. To właśnie ci niebogaci, ludzie pracy, są solą tego miasta i to oni je utrzymują. Ludzie, którzy mieszkają w mieszkaniach komunalnych – żłobianki, pocztowcy, kucharki, kurierzy, bibliotekarki, pracownice sektora usług i tak dalej. Bez nich i ich pracy Warszawa w kilka dni zostałaby kompletnie sparaliżowana. I nagle przyjmuje się, że oni w tym systemie są nikim, że muszą się zawijać ze swoich mieszkań gdzieś na przedmieścia.

M.B.: Cały czas musieliśmy walczyć z taką narracją. Czasami, gdy blokowaliśmy eksmisję, przyjeżdżał komornik i policjanci, którzy z góry zakładali, że to na pewno jest pijak i patologia, no bo kto inny mieszka w mieszkaniu komunalnym? Dla nich to było wręcz „oczyszczanie miasta z patologii”.

Jolantę Brzeską bardzo trudno było im zmieścić w tej opowieści. Kiedy wiedzieli, że nie można o niej opowiedzieć jako o spatologizowanej pijaczce, to zaczęto ją przedstawiać jako ofiarę, starszą, biedną panią. A było odwrotnie! Zdecydowała się walczyć, była działaczką społeczną. Jej mąż umarł w toku tej walki, nie wytrzymał presji. To była długa droga, żeby dojść do tego, by mówić o niej jako o działaczce, która się organizowała z innymi ludźmi, która była sprawcza, a jej morderstwo miało szerszy kontekst. Śmierć Joli była bardzo silnym ciosem w organizację lokatorską, która straciła swoją liderkę.

Śledczy od początku przyjęli wersję o samobójstwie Jolanty Brzeskiej.

M.B.: Policjanci przyjechali na miejsce zbrodni, uznali ją za samobójstwo, co pozwoliło im nie zbierać dowodów. Było to kuriozalne, Brzeska miała się sama podpalić, po czym zabrać stamtąd kanistry z ropą. Biegli w 2013 roku opracowali ekspertyzę, która wykluczała samobójstwo. Wkrótce jednak prokuratura umorzyła sprawę z powodu niewykrycia sprawców. Ale to nie zakończyło naszej kampanii.

Upowszechnianie historii Jolanty Brzeskiej od początku wzmacnia negatywny odbiór reprywatyzacji, pokazuje, do czego można się dopuścić w toku przyspieszania przekształceń własnościowych. Z drugiej strony biznesmeni w innych częściach Warszawy, na przykład na Wilczej, grozili lokatorom: „Czy chcesz skończyć jak tamta Brzeska?”. Zabójstwo w pewnym stopniu ośmieliło ich, że elity mają takie możliwości w swoich rękach, że lokatorzy powinni się bać. Dlatego ważne było, aby ciągle prowadzić protesty, być obecnym na mieście chociażby po to, by nie dać się zastraszyć.

W 2016 roku minister sprawiedliwości Zbigniew Ziobro zwołał konferencję prasową, by zapowiedzieć, że doprowadzi do ukarania zabójców Jolanty Brzeskiej oraz śledczych, którzy popełnili błędy w badaniu tej sprawy. Postępowanie wznowiono. Jak podaje PAP, prokuratorzy zebrali dotychczas 50 specjalistycznych opinii, przesłuchali 230 świadków i zgromadzili ponad 40 tomów akt. Do tej pory jednak nikt nie usłyszał zarzutów w tej sprawie.

A.W.: Minęło dziesięć lat od morderstwa Jolanty i to, że konkretni policjanci i prokuratorzy, którzy zajmowali się tą sprawą, chodzą na wolnym powietrzu, jest dla mnie co najmniej tak samo oburzające jak to, że wolni są mordercy.

Śledczy przyjęli, że znaleziono zwłoki młodej kobiety, chociaż było widać, że to osoba starsza. Nie zabezpieczyli śladów na miejscu, przesłuchali głównych podejrzanych dopiero po pół roku. Dochodzą do nas także informacje o zacieraniu śladów i skasowanym monitoringu.

Osoby, które spartaczyły to śledztwo na całej linii, znane z imienia i nazwiska, nadal pracują w prokuraturze i policji. Wszystko jest zamiecione pod dywan. Dlatego trzeba wywierać na władzy presję. Elity polityczne i gospodarcze w tym kraju mają zbyt wiele do stracenia, żeby zająć się tą sprawą, co zresztą było widać nawet przy zwykłym, symbolicznym upamiętnieniu Jolanty w Sejmie. Krytyka reprywatyzacji jest tak wrażliwą kwestią, ponieważ elity zarobiły i cały czas zarabiają na niej potężne pieniądze.

Reprywatyzacja wciąż nie została zatrzymana? W październiku zeszłego roku weszły w życie przepisy zakazujące zwrotu zamieszkanych przez lokatorów kamienic.

A.W.: W Warszawie reprywatyzacja i niszczenie zasobu nie zostały powstrzymane. Dziś władze miasta zasłaniają się roszczeniami, ilekroć lokatorzy apelują o remonty i podłączenie kamienic do centralnego ogrzewania. Z wewnętrznych dyskusji i wymiany pism wynika, że władze traktują nowe regulacje państwowe w sposób nadal możliwie najbardziej sprzyjający właścicielom.

Rzeczywiście, ustawa blokuje przejęcia budynków, gdy są zamieszkałe. Władze miasta interpretują to w ten sposób, że roszczenia są zawieszone, dopóki mieszkają tam ludzie. Jeśli jednak przez brak gruntownych remontów, awarie elektryki, doprowadzanie budynku do ruiny uda się ludzi wysiedlić, to kamienica nie jest już zamieszkała. W ten sposób same roszczenia pozwalają doprowadzać zasób do ruiny i wysiedlać ludzi. Dziś władze miasta mówią nam wprost, że nie mogą doposażać w centralne ogrzewanie budynków, które są poddane roszczeniom. Czyli te roszczenia cały czas traktuje się jako obowiązujące, choć zawieszone.

PiS ogłosił sukces na tym polu, koniec dzikiej reprywatyzacji, powołał komisję weryfikacyjną. Nie oceniacie tych działań jednak jako dużego kroku naprzód?

A.W.: Zależy, z jakiej perspektywy na to patrzeć.

M.B.: To jest duży krok, ale on nie oznacza wygrania wojny, ona cały czas się toczy. Właściciele i miasto, którzy ciągle nie chcą inwestować w budownictwo komunalne, wykorzystują przepisy w tej samej logice, tylko że teraz mają inny sposób.

A.W.: Komisja weryfikacyjna działa na zasadzie szpitala covidowego, który jest już przeładowany i po prostu ratuje ofiary na tyle, na ile to możliwe. Trudno krytykować szpital, który jakoś ratuje ludzi. My też to robiliśmy, tylko na jeszcze mniejszą skalę, blokując eksmisje. Tu się udaje robić nieco więcej na poziomie oficjalnym, a policja nie spałuje polityków tak, jak nas pałuje na klatkach. Ale reprywatyzacja to nie wirus, tylko mechanizm ustrojowy. Neoliberalny kierunek przekształcania Polski w wielki, prywatny folwark nie został zakwestionowany.

Reprywatyzacja jest tylko jednym z narzędzi przyspieszających przemiany własnościowe. Jednym z najbardziej skutecznych, ale nie jedynym. Z naszej perspektywy, jako uczestników ruchu lokatorskiego, spekulacja mieszkaniami, to, że dziś ludzi na mieszkania nie stać, jest częścią tego samego procesu, co reprywatyzacja. Natomiast z perspektywy, powiedzmy, prawicowo-liberalnej reprywatyzacja jest czymś kompletnie innym. Gdyby nie ona, to wszystko byłoby super. A gdyby nie nasza walka, to nawet reprywatyzacja dla nich byłaby super. Zresztą przecież PiS i sam Jarosław Kaczyński w odpowiedzi na listy związków właścicieli, związków szlachty jeszcze te 10–15–20 lat temu wprost pisali, że reprywatyzacja jest szalenie pozytywnym procesem i że trzeba ją prowadzić. Dopiero pod wpływem nagłaśniania tych tragedii, walk, czasami skutecznych, udało się zmienić perspektywę niektórych polityków. Ale to wciąż za mało.

Jako WSL domagacie się obecnie powołania sejmowej komisji śledczej w sprawie zabójstwa Jolanty Brzeskiej. Nie wierzycie już w prokuraturę? Uważacie, że ta droga daje większą szansę dojścia do prawdy?

A.W.: Po tych dziesięciu latach widać, że kiedy tylko lokatorzy odpuszczają, organizacje się trochę rozprężają, władze od razu starają się zamieść sprawę pod dywan. Jeśli natomiast ludzie starają się, aby sprawa Joli Brzeskiej była na afiszu, to wtedy władze zaczynają podejmować jakieś kroki. Tego wynikiem jest choćby symboliczne upamiętnienie Jolanty Brzeskiej w Sejmie.

Kryzys mieszkaniowy w Warszawie i w Polsce nie zaczął się po spaleniu Joli Brzeskiej i nie skończy się po rozwikłaniu zagadki tego, kto ją zamordował. Jednak musimy domagać się wyjaśnienia tej zbrodni i zbadać, w jaki sposób elity polityczne naciskały, by przez dziesięć lat zamiatać sprawę Brzeskiej pod dywan i skazywać śledztwa na obstrukcję. To są te same elity, które od dekad skazują nas na bardzo wysokie czynsze i brak mieszkań.

Potrzebujemy Twojego wsparcia
Od ponad 15 lat tworzymy jedyny w Polsce magazyn lewicy katolickiej i budujemy środowisko zaangażowane w walkę z podziałami religijnymi, politycznymi i ideologicznymi. Robimy to tylko dzięki Waszemu wsparciu!
Kościół i lewica się wykluczają?
Nie – w Kontakcie łączymy lewicową wrażliwość z katolicką nauką społeczną.

I używamy plików cookies. Dowiedz się więcej: Polityka prywatności. zamknij ×