Internetowy magazyn katolewicy społecznej. Piszemy o świecie, czerpiąc inspiracje z nauki społecznej Kościoła

Wierzbicki: Odnaleźć światło w szarości

Często pojawia się pokusa życia na najwyższych diapazonach. Tymczasem w strefie szarości jest bardzo dużo światła. W mojej posłudze, w moim powołaniu, staram się to światło w szarości odnaleźć.
Wierzbicki: Odnaleźć światło w szarości
ilustr.: Jan Stanisławski

„Powołani, czy wiedzieliśmy, czym będzie powołanie? […] Uczyliśmy się obcych słów i liturgii. Dość wiele i za mało. Wyruszaliśmy w podróż. Wszędzie u siebie i wszędzie bezdomni” – to księdza słowa z wiersza „Spotkanie”. Zapytam więc: wiedział ksiądz, czym będzie powołanie?

Wiedziałem i nie wiedziałem.

Zawsze na początku powołania stoi drugi człowiek. Za nim stoi ostatecznie Pan Bóg, ale On nie działa bezpośrednio, a przez ludzi. To chyba najbardziej naturalny sposób odkrywania powołania do kapłaństwa – fascynacja postacią księdza. Spotkałem w swojej młodości kapłanów, którzy takową budzili, i te momenty pozwoliły mi zobaczyć siebie samego podążającego w przyszłości tą drogą. Naturalnie jednak te wyobrażenia podlegają później weryfikacji. Tak naprawdę do dziś nie wiem, czym jest moje powołanie, bo moje życie jeszcze nie jest zakończone, jeszcze nie teraz.

To znaczy, że nigdy nie uświadomi sobie ksiądz, czym jest powołanie?

Coraz wyraźniej uświadamiam sobie, że powołanie jest niekończącym się procesem – to nie tylko coś z mojej przeszłości, dawne wzorce, które mogłyby mnie określać. One, mimo że obecne, wciąż ulegają zmianom. W przypadku powołania kapłańskiego konieczne jest odkrycie Jezusa Chrystusa i stworzenie z Nim osobistej więzi. W moim przypadku jednak ta więź była pierwotnie, zdaje się, słabsza z Jezusem aniżeli z Kościołem, reprezentowanym przez tamtych księży, którzy mnie ukształtowali. Tak naprawdę do czasu seminarium ta moja osobista, chrystocentryczna religijność nie była tak silna.

Sądzę, że taki też jest sens różnych kryzysów w kapłaństwie. Można się rozczarować i powiedzieć: „To nie jest ta rzeczywistość, jaką sobie wyobrażałem” albo można przez kryzys dojść do sedna sprawy.

I doszedł ksiądz do tego sedna, do Jezusa, mającego być w kapłaństwie fundamentem.

Tak. Moja relacja coraz wyraźniej się odwraca: dziś pierwsza jest ta z Jezusem, dalsza – z Kościołem. Kościół wydaje mi się ciągle takim niedoskonałym tworem Chrystusa. On ma pewną jego wizję, modli się za nas, „aby wszyscy byli jedno” oraz żeby nie wyrwał nas Szatan (tak przynajmniej mówi do Piotra – a jak mówi do Piotra, to mówi do wszystkich), ale realia potrafią być zgoła inne. Idę tą drogą razem z Kościołem, ale nie mam dziś już żadnej jego sztywnej wizji; takiej, jaką miałem w wieku 18 czy 25 lat. Dzisiaj ten Kościół jest dla mnie jeszcze bardziej tajemniczy i mniej określony.

O Kościół na pewno będę chciała jeszcze zapytać. Wpierw jednak chcę skonfrontować wizję powołania z przywołanego wiersza z tą przedstawioną w utworze „Co się stało”. W nim zaś pisze ksiądz: „Dziś klerycy fascynują się memami zohydzającymi uchodźców i gejów. […] Gdzie się podziejemy?” Gdzie więc współcześnie podziało się powołanie?

Powołanie, chociaż tak głęboko wnika w ludzką osobę i wewnętrzny świat człowieka, nie jest oderwane od naszych kodów kulturowych, stereotypów i otaczającej rzeczywistości. Myślę, że to jest właśnie problemem wielu współczesnych seminarzystów – mają zdeformowany kod kulturowy chrześcijaństwa. Wpływa na to szereg czynników. W ostatnich dwudziestu latach pojawiła się bardzo silna tendencja do rozwoju chrześcijaństwa konfrontacyjnego.

To ono doprowadziło księdza do przemyśleń przedstawionych w wierszu?

Za wierszami zazwyczaj stoją doświadczenia, których nie trzeba tam zupełnie wprost opisywać. Za tym utworem stoi wspomnienie naprawdę wstrząsające, wręcz traumatyczne. Bodajże w 2016 roku, podczas Dni Jana Pawła II w Krakowie, w których uczestniczyłem, odbywała się między innymi debata o uchodźcach. Słysząc wypowiedzi rozmówców siedzących za mną, myślałem, że to członkowie jakiejś partyjnej, radykalnej młodzieżówki. Odwróciłem się i z przerażeniem odkryłem, że byli to klerycy krakowskiego seminarium. Napisałem zresztą wtedy list do ówczesnego rektora, jednak otrzymałem bardzo pokrętną odpowiedź. To, jak agresywni byli ci młodzi ludzie w stosunku do uchodźców, wywołało we mnie bardzo gorzkie myśli, którymi podzieliłem się zresztą także w artykule „Nacjonalistyczny smog nad Polską” opublikowanym w „Tygodniku Powszechnym”. Również badania socjologiczne przeprowadzone w seminariach tylko potwierdziły moje obawy. Zdałem sobie sprawę, że dzisiaj świadomość kleryka w większym stopniu formują chyba politycy PiS-u aniżeli papież Franciszek. Świadczy to o ogromnym załamaniu kultury chrześcijańskiej w Polsce, o – no właśnie – zdeformowaniu jej kodu.

Nie bez powodu w wierszu przywołuję także rzeczywistość memów. Mają one to do siebie, że bardzo upraszczają świat, a jednocześnie zespalają nas w powierzchowne wspólnoty emocjonalne. To, moim zdaniem, stawia bardzo wielkie znaki zapytania dotyczące przyszłości Kościoła w Polsce. Młodzi ludzie powinni nieść ze sobą nadzieję, znaki odnowy, pragnienia innego Kościoła. Zamiast tego często godzą się na brutalną rzeczywistość polityczną, w której inni ludzie, tacy jak uchodźcy czy geje, są stygmatyzowani. To nie ma nic wspólnego z chrześcijaństwem. Wystarczyłoby przeczytać dzisiaj encyklikę Franciszka „Fratelli tutti” albo nawet bardzo uważnie przeczytać nauczanie Jana Pawła II. Mamy źródła, jest do czego dotrzeć, tylko trzeba chcieć zwrócić się w tę stronę.

Kilka linijek dalej pisze ksiądz: „Przez morza i wszystkie święte wody płynie plama śmieci większa niż Polska”.

Czytałem, że gdyby zebrać wszystkie śmieci porozrzucane po wodach naszych mórz i oceanów, można by nimi zasypać kilka kontynentów. To przerażające. Zagrożenia ekologiczne odnoszą się do naszej egzystencji fizycznej, ale ich znaczenie można przełożyć także na naszą egzystencję duchową. Nie chciałbym (a obawiam się tego), aby nasz Kościół stał się takim „wielkim śmietnikiem” – bo gdzie wówczas się podziejemy? Gdzie podzieją się ci młodzi, którzy często żywią się dziś takimi właśnie duchowymi śmieciami, trują się nimi?

Rozmawiamy o swego rodzaju anatomii powołania, ale chciałabym zapytać także o jego autonomię. O podmiotowość człowieka decydującego się na drogę kapłaństwa, o której przecież mówimy, że jest – tylko lub aż – odpowiedzią na wezwanie Boga. Gdzie ta autonomia?

To zależy od tego, jak rozumiemy autonomię. Kiedy jest człowiek i Bóg, to nie ma autonomii – jest relacja. To trochę tak, jak w małżeństwie. Jeden z moich przyjaciół żartował kiedyś: „Odkąd się ożeniłem, to wciąż jesteśmy autonomiczni, ja i moja żona; tylko na ogół wola jest jedna – mojej żony”. Wiadomo, w małżeństwie zachodzą też tarcia, znów więc dochodzimy do rzeczywistości kryzysu, a nawet konfliktu. Tam, gdzie są osoby ludzkie, autonomia od razu musi być wpisana w relację. I w tym sensie właśnie powołanie jest relacją.

Jaką relacją wobec tego może być powołanie?

Mamy piękne przykłady biblijne, począwszy od Abrahama. Ojciec swojego ludu, ojciec wszystkich wierzących – sam nie do końca od początku wierzył w to, co obiecywał mu Bóg. Czy Abraham idzie prosto drogą powołania, odpowiada Stwórcy wprost, zgadza się od razu? Nie, on się nawet spiera, kłóci z Bogiem. W tym sensie autonomia nie jest tylko stawianiem na swoim –jest odnajdywaniem siebie właśnie w relacji.

W relacji z Bogiem wcale nie tak łatwo rozstrzygnąć, czy ktoś jest wierny, czy niewierny powołaniu, bo ono zwyczajnie nie mieści się w kategoriach zero-jedynkowych. Wierność w powołaniu nie jest czymś automatycznym, pociąga za sobą szczerość, czasem także bunt, ale i zachwyt, oddanie się Stwórcy, powierzenie się Mu. To różne barwy. To nie jest coś, co powie się raz na zawsze; powołanie trzeba stale wypełniać treścią. Choć dla nas może być ona tylko ludzka – Pan Bóg jest Bogiem, a ja tylko człowiekiem.

Tylko? W kapłanie często chcemy upatrywać kogoś więcej niż człowieka.

To mylna tradycja. Znów: kod kulturowy narzucił nam sakralizację kapłana. Mówi się na niego – uważam, że to błędna teologia – „alter Christus”. Nie, kapłan nie jest w żadnym sensie drugim Chrystusem, takie myślenie może stać się bliskie herezji. Chrystus jest jeden. Proszę uważnie przeczytać Pismo Święte lub choćby listy świętego Pawła – jeden Pan, jeden chrzest, jedna wiara. Więcej Chrystusów nie potrzeba.

Choć z drugiej strony, jak mówi nam reżyser Marek Koterski, „wszyscy jesteśmy Chrystusami”. Chrystus, wcielony Bóg, wszedł w ludzką historię, stał się człowiekiem. Także u Norwida znajdujemy niesamowitą frazę, mówiącą o tym, że człowiek to kapłan, ale bezwiedny, czyli ten, który sobie tego nie uświadamia.

A co z kapłaństwem uświadomionym, przyjętym i wybranym przez księdza? Jakie ono może być?

Nie ma jednego nadanego z góry wzorca kapłaństwa, jest ich tak wiele, jak wielu kapłanów. Realizuje się ono w odpowiedzi na powołanie Boże, jest to także sakrament, a sakrament wnosi rzeczywistość łaski, wprowadza jeszcze inny porządek. Ale kapłaństwo jest również czymś twórczym.

Pytała mnie pani o autonomię – ta autonomia jest chyba w tej twórczości. Kapłaństwo trzeba stworzyć. Kiedyś, na prymicjach jednego z księży, dużo młodszego ode mnie, usłyszałem słowa pewnego kaznodziei. Powiedział on, że ksiądz po święceniach już jest księdzem i jeszcze nim nie jest, bo musi się nim ciągle stawać.

Sądzę, że to bardzo cenna myśl.

Jak realizacja kapłaństwa księdza wygląda obecnie, szczególnie w dobie kryzysu Kościoła, który obserwujemy i przeżywamy?

Trudno mi na to odpowiedzieć, bo ta realizacja w obecnym czasie nie wygląda inaczej niż dziesięć czy dwadzieścia lat temu. Zawsze starałem się o dwie rzeczy: zrozumienie, czego szuka świat, i zrozumienie, czy Ewangelia ma na to odpowiedź. Nie jest to takie proste, ale pozwala mi z tą Ewangelią, ze Słowem do świata wychodzić. Ktoś ostatnio zapytał mnie, cytując księdza Tischnera, czy chodzę po manowcach. Powiedziałem, że ja na manowce trafiłem, bo szedłem szerokim gościńcem. To była najpierw moja zwykła droga – długo studiowałem, byłem księdzem, który dobrze czuł się na parafii, zrobiłem doktorat, zacząłem pracować na uczelni; świetnie się czułem i czuję w tym środowisku. Nie szukałem tego, po prostu zacząłem docierać do różnych peryferii egzystencjalnych współczesnego świata. W tym sensie mówię, że nie chodziłem po manowcach, ja dotarłem na manowce.

Dziś moje manowce to coraz większe zrozumienie różnorodności ludzkich dróg, ich niepowtarzalności. To wręcz uwikłanie w ludzkie historie, na które trzeba odpowiadać.

A skąd zrozumienie tych ludzkich dróg, odnalezienie siebie na manowcach, peryferiach?

Przyszło z czasem, pod wpływem przemyśleń i mądrych słów, które przeczytałem i usłyszałem. Stąd mówię o szerokim gościńcu, wręcz autostradzie, z której wszyscy korzystają. Przez trzydzieści lat moje kapłaństwo polegało na tym, że czułem się przewodnikiem tej czy innej wspólnoty, pełniłem różne funkcje, ale w małym stopniu czułem się towarzyszem. W adhortacji „Evangelii gaudium” znalazłem coś, co przewartościowało moje spojrzenie – że kapłan ma towarzyszyć.

Niektórzy teologowie, jak ksiądz profesor Andrzej Draguła, sporo właśnie o tym piszą: że zmienia się model, paradygmat duszpasterza – z przewodnika na tego, który towarzyszy. To odpowiada też Franciszkowej idei Kościoła jako szpitala polowego. Mój przyjaciel, ksiądz Andrzej Luter, używa innego, kapitalnego zresztą, określenia: „Kościół przenośny”. Kościół przenośny, jak i szpital polowy, to coś, co można przenieść tam, gdzie jest najbardziej potrzebne. Takie pojmowanie Kościoła pozwoliło mi zrozumieć moją obecność kapłańską. W ostatniej dekadzie stała się ona czymś w rodzaju bycia sanitariuszem w trudnych dla ludzi sytuacjach. Później, czytając także teksty księdza Draguły, coraz lepiej zacząłem rozumieć, że to jest właśnie to, czego Kościół dzisiaj potrzebuje, że to jest właśnie oczekiwana i poprawna wizja duszpasterstwa.

A co w takim razie z przewodniczeniem?

Jesteśmy dziś w okresie przejściowym. Być może też jedno z drugim musi współistnieć – i zdolność przewodniczenia, i towarzyszenia. Przewodniczenie kapłana jest nieredukowalne przede wszystkim, jeśli chodzi o Eucharystię. Franciszek pisze o tym w „Querida Amazonia”, adhortacji posynodalnej na temat wyzwań pastoralnych w Amazonii, ale jednocześnie też dokumencie zawierającym bardzo uniwersalną wizję kapłaństwa. Kapłan jest niezastąpiony jako przewodniczący Eucharystii, natomiast we wszystkich innych sytuacjach miejsce kapłana nie jest na czele.

Więc gdzie?

Papież Franciszek podpowiada nam pewien obraz-metaforę, w którym kapłan idzie nie przed stadem, ale za nim. Najlepiej zaś iść w stadzie, razem z nim.  A być w środku stada to znaczy mieć wyczulony słuch na współczesność. Dlatego, jak mówię, uważam za wielką łaskę to, że ten słuch otrzymałem i że mogę go pielęgnować. Gdy Kościół pozostaje głuchy na człowieka, staje się też śmieszny.

I, co gorsza, obcy.

Jedno to bycie głuchym, drugie zaś – niemym. Powiedział ksiądz kiedyś, akurat w kontekście strajku rodziców osób z niepełnosprawnościami: „Zastanawiam się nad tym, dlaczego mój Kościół nie upomina się o niepełnosprawnych. Biskupi, którzy w znacznie bardziej błahych sprawach potrafią mówić głośno, tutaj – milczą”. Co więc z głosem Kościoła, jaki powinien być i gdzie w nim głos księdza?

Mój głos jest moim głosem i chcę to podkreślać. To ważne, przywykliśmy do tego, że Kościół mówi. Kościół nie mówi – mówią ludzie. Chrystus dał nam tak wielką wolność, że w Kościele trzeba mówić swoim głosem. A często albo tych głosów brakuje, albo są za ciche. Nie chciałbym, aby biskupi stawali się ludzkimi marionetkami. Każdy z nich przecież jakoś przeżywał i przeżywa ludzkie dramaty, także dramat niepełnosprawnych i ich rodziców, szczególnie tych, którzy przez czterdzieści dni protestowali w parlamencie. Koczowali traktowani, jak zresztą powiedziała jedna z matek, jak psy, jak zwierzęta. Nawet jeśli pojawił się wśród nich jakiś hierarcha, to powiedział zaledwie kilka sloganów. A w takich momentach to właśnie kapłan powinien, jak wskazuje obraz ze Starego Testamentu, rozedrzeć szaty. Rzucić się na podłogę Parlamentu, rzucić na posadzkę swoją purpurę.

I głośno mówić.

Trzeba mówić, ale nie głosem namaszczonego hierarchy. Trzeba mówić do ludzkich serc, o ludziach i do nich. Stawiany jest mi czasem zarzut, że mówię bardzo czy nawet nadmiernie emocjonalnie. Boję się tych, którzy nie pozwalają sobie na emocje, uciekają przed nimi. Boję się ludzi, którzy nie mają uczuć. To świadczy też, w pewnym sensie, o słabości ich inteligencji, bo przecież z psychologii wiemy, że intelekt i uczucia są ze sobą głęboko zespolone. Emocjonalność to nie jest jakaś skaza na czystości.

Wobec tego czemu biskupi tak często milczą?

Niektórzy ironizują, że biskupi o wielu sprawach nie mówią, bo „ich rozum obrósł tłuszczem”. Albo że zachowali jakiś „święty spokój” wobec spraw przyziemnych. A ja myślę, że może milczą właśnie z powodu odczuwanego niepokoju. Może boją się o siebie, boją się konsekwencji swoich słów. Część jest uwikłana w bardzo niejasne sprawy i nie chce się nikomu narażać. Upadek moralny wielu duchownych dogłębnie paraliżuje Kościół.

Wracając do parlamentu: tłumaczył ksiądz kiedyś, że słowo to „pochodzi od słowa «parlare», czyli od mówienia. To powinno być miejsce sporu, dyskusji, ale na pewno nie miejsce restrykcji”. „Catholicus” etymologicznie oznacza „powszechny”. Czy nasz Kościół w Polsce jest faktycznie powszechny, jest w nim miejsce dla wszystkich?

W moich tekstach o sytuacji i kondycji Kościoła w Polsce wyrażam obawę, że przestanie być Kościołem powszechnym, a stanie się niewiele znaczącą sektą narodową. To bardzo poważne ryzyko.

Ktoś niedawno powiedział że polski Kościół jest jak tłusty, rozleniwiony kocur.

Rzeczywiście się rozleniwiliśmy?

Bardzo. Mamy też problem ze zbyt silnym związaniem naszego chrześcijaństwa z polskością. I z tą ogłupiającą, zaślepiającą sarmacką pychą. Sarmaci uważali, że to właśnie Polakom dano jakiś szczególny przywilej, wręcz taki sam jak narodowi żydowskiemu. Ale wybranie pojedynczego narodu w Starym Testamencie miało sens, bo od jednego narodu Bóg szedł do wielu, a w przypadku Sarmatów była to czysta aberracja intelektualna. Od chrześcijaństwa, które jest powszechne, urzeczywistnia się we wszystkich narodach, postanowiono przejść z powrotem do jednego narodu. Ta sarmacka mentalność ma także związek z barokową religijnością. Dziś przeżywamy ogromny kryzys, kulturowe załamanie się katolicyzmu w Polsce. Ten „sarmacki” przemawia wciąż do pewnej części, ale też kruszy Kościół pod względem liczbowym. Ludzie, dla których katolicyzm jest religią przemyślaną, religią wyboru – oni się w tej sarmackiej formule już nie odnajdują.

A jednak wielu w Kościele się odnaleźć próbuje. Powiedział ksiądz swego czasu: „Nie zamierzam oczywiście z kapłaństwa odchodzić, bo kapłaństwo kocham, ale gdybym był osiemnastoletnim chłopakiem, czy ja bym dzisiaj poszedł do seminarium – w to wątpię”. Czy to wciąż Kościół, w którym chciałby ksiądz być i służyć?

Tak, bo innego nie ma. Tak, jak nie wypiszę się z mojej rodziny, która nie jest idealna, w której uważam część krewnych (a inni mnie) za odstających od rodzinnej normy. Tak samo w Kościele – po prostu. Nie wyobrażam sobie, żeby przez to odmawiać komuś w nim miejsca. Niektórzy próbują mnie z niego wypychać. A ja z Kościoła się wypchnąć nie dam. Poza tym chciałbym, żeby był różnorodny.

A jednak w wierszu „Szukanie wyjścia”, przy okazji obrazu dzieci na placu zabaw, stwierdza ksiądz, że zawsze znajdzie się inne wyjście. Znajdzie się?

Mojego wyjścia z Kościoła nie ma. Ale czy jest inne wyjście? Jest. Wyjściem jest to, żebyśmy się słuchali, rozmawiali ze sobą. I żebyśmy dawali sobie jak najwięcej przestrzeni w tej samej rzeczywistości duchowej, w jakiej współistniejemy.

„W Ewangelii najpierw jest bezradność, a potem cuda”. Na jakie cuda możemy liczyć dziś, w naszej ogromnej bezradności?

Pani chyba oczekuje ode mnie za dużo – żeby wiedzieć, jakie cuda mogą nas spotkać, sam musiałbym być cudotwórcą, a nim nie jestem. O cud można tylko prosić. I ja proszę.

Marzę o tym, abyśmy zaczęli wspólnie rozmawiać i myśleć o Kościele, przestali bać się reformy, której dziś, chyba bardziej niż kiedykolwiek, mu potrzeba. Choć może to źle powiedziane: „bardziej niż kiedykolwiek”. Kościół w XVI wieku stał przed wielką potrzebą reformy, i w XIII wieku też stał przed potrzebą reformy. Wtedy dokonywała się ona we snach…

Snach?

Najpierw Franciszek z Asyżu usłyszał głos Chrystusa z Krzyża, który wzywał go słowami: „Idź, odbuduj mój Kościół!” Później Papieżowi Innocentemu III przyśnił się niepozorny człowiek podtrzymujący walące się mury kościoła, chylącej się ku upadkowi arcybazyliki Laterańskiej. Właśnie tego młodzieńca ze snu rozpoznał potem we Franciszku.

A Kościół za Innocentego III faktycznie wydawał się wielką potęgą, papiestwo otrzymało supremację nad cesarstwem – był to zresztą wielki spór średniowieczny, dziś trudno nam zrozumieć, jak bardzo rozogniało to ówczesne umysły. Wydawało się, że Kościół jest wielki i potężny, zwycięża cesarza, a jednak się walił. Papież też nie wiedział, że jest słaby – a mimo to ktoś zbliżał się do niego we śnie.

A ksiądz jakie ma sny o Kościele i jego reformie?

Mam sen polskiej drogi synodalnej, podobnej do tej, którą przechodzi Kościół niemiecki. Przechodzi ją, co prawda, z konwulsjami, ale ta droga pozwala Kościół odbudować. Wiele rzeczy trzeba wspólnie ustalić, wypracować. Krok w tę stronę musi podjąć wspólnie hierarchia – czyli ci, którzy mają sakrament kapłaństwa – i laikat, uczestniczący w kapłaństwie powszechnym. Podział na duchownych i świeckich jest w Kościele w zasadzie wtórny – wszyscy jesteśmy ochrzczeni, od tego trzeba zacząć. To teologiczna podstawa drogi synodalnej. Chciałbym, żebyśmy na nią wkroczyli, żebyśmy rozmawiali i odbudowywali Kościół.

Nie wiem, czy ten sen kiedyś spełni się na jawie. To byłby wielki cud.

Jeden z tomików księdza zatytułowany jest „Jak ciemność w ciemności”. To jak być w Kościele światłem?

Dobre pytanie. Chyba nie znajdziemy go w sobie. Trochę ciemności trzeba w sobie mieć – właśnie po to, żeby szukać światła, żeby do niego dążyć. Ale ono samo jest gdzie indziej. To zresztą jedna z podstaw filozofii dialogu – dopiero w relacji odkrywamy prawdę, dobro, piękno. I to światło przychodzi jako wydarzenie, gdy spotykamy ludzi.

Wspaniały wiersz Czesława Miłosza „Przyjdź, Duchu Święty” kończy się słowami: „zbudź więc jednego człowieka, gdziekolwiek na ziemi […] i pozwól abym patrząc na niego podziwiać mógł Ciebie”, z tym że dodaje on: „nie mnie, bo jednak znam co to przyzwoitość”. Chodzi o to, by zobaczyć kogoś, spotkać go. To w sile spotkania jest światło; wejściem w strefę światła jest wyjście ku drugim.

Ten tomik, do którego kilka razy pani wracała, kończę wizją szarości. Nie za dużo światła, nie za dużo mroku. Chwalę tę szarość. To trochę gra z figurami światła  i ciemności. Często pojawia się pokusa życia na najwyższych diapazonach. Tymczasem w strefie szarości jest bardzo dużo światła. W mojej posłudze, w moim powołaniu, staram się to światło w szarości odnaleźć.

Potrzebujemy Twojego wsparcia
Jesteśmy magazynem i środowiskiem lewicy katolickiej. Piszemy o wykluczeniu, sprawiedliwości społecznej, biedzie, o współczesnych zjawiskach w kulturze, polityce i społeczeństwie. Potrzebujemy stabilnego finansowania – możesz nam w tym pomóc!
Wybieram sam/a
Kościół i lewica się wykluczają?
Nie – w Kontakcie łączymy lewicową wrażliwość z katolicką nauką społeczną.

I używamy plików cookies. Dowiedz się więcej: Polityka prywatności. zamknij ×