A więc wojna! 28 lutego, prawie w rocznicę nielegalnej pełnoskalowej inwazji Rosji na Ukrainę, rozpoczęła się nielegalna, niesprowokowana agresja Stanów Zjednoczonych i Izraela na Iran. Irańskie bazy wojskowe, miasta, wsie, a nawet okręty na wodach międzynarodowych znajdują się pod masowym ostrzałem. Iran atakowany jest z dwóch stron: od zachodu przez Izrael z ziemi i z powietrza, od południa Iran przez amerykańską flotę. USA prowadzą ostrzał także z baz położonych na terenie sąsiadujących z Iranem krajów arabskich. Bomby spadają na Teheran, Isfahan, Kom, Minab i wiele innych miejscowości.
W ramach odwetu Iran kontynuuje ostrzał Izraela, a także atakuje kraje regionu powiązane z interesami USA. W ataku na Beit Szemesz zginęło dziewięcioro Izraelczyków. W Bahrajnie ostrzelana zostały instalacje elektryczne, z kolei w muhafazie al-Chardż w Arabii Saudyjskiej irański pocisk balistyczny zabił dwie osoby. Drony i pociski spadły na Dubaj, Bahrajn i Katar, a pojedyncze rakiety zostały przechwycone nawet w przestrzeni powietrznej NATO.
Mamy zatem do czynienia ze scenariuszem, którego powszechnie obawiano się co najmniej od ataku Hamasu na Izrael z 7 października 2023 roku. Oto Bliski Wschód pogrążony jest w chaosie gorącej wojny regionalnej. Jak rozwinie się ta sytuacja? Jakie skutki dla Europy przyniesie agresja USA i Izraela?
Iluzja republiki, rzeczywistość terroru
Nim przejdziemy do oceny obecnych działań USA i Izraela, uczciwość nakazuje ustalić kilka faktów na temat Iranu i jego systemu politycznego. Od rewolucji 1979 w kraju panuje teokratyczna tyrania, wyrosła na gruzach Cesarstwa Iranu. Powodów upadku monarchii w Iranie było wiele: poczynając od głębokiego kryzysu ekonomicznego, przez brutalność tajnej policji, po niezgodę na politykę Izraela, postrzeganego zwłaszcza po wojnie 1967 roku jako roznosiciela zachodniego imperializmu w regionie.
Obalenie znienawidzonego monarchy miało przynieść Irańczykom upragnioną wolność. Szybko okazało się, że zaprowadzony przez szyickich kleryków ustrój ma niewiele wspólnego z poszanowaniem swobód. Współczesny Iran jest państwem na wskroś autorytarnym. Na prawdziwy charakter irańskiego reżimu wskazuje choćby coroczny Democracy Index. W raporcie pod uwagę bierze się takie kryteria jak proces wyborczy i pluralizm, funkcjonowanie rządu, kulturę polityczną kraju czy wolności obywatelskie. W 2025 roku Iran zajął 154. miejsce ze 167 opisanych w raporcie państw. Za bardziej wolne i demokratyczne od Iranu uznano nie tylko Rosję, ale i Kubę, Wenezuelę czy Chiny.
Iran od lat przoduje w rankingu krajów najczęściej wykonujących karę śmierci. Według najnowszych danych Amnesty International w 2024 roku w Iranie przeprowadzono co najmniej 972 egzekucje, co bezsprzecznie czyni Iran krajem o najwyższym współczynniku straceń per capita na świecie. W liczbach całkowitych Iran wyprzedzają tylko Chiny, które co roku dokonują tysięcy egzekucji. Ich dokładna liczba pozostaje jednak pilnie strzeżoną tajemnicą ChRL.
Nie sposób uznać Iranu za kraj wspierający wolność słowa i otwarty dostęp do informacji. Według raportu CPJ ze stycznia 2026 roku nie ma sobie równych w skali represji wobec prasy. Organizacja monitorująca stan wolności mediów na całym świecie zauważyła, że od 1992 roku najwięcej aktów przemocy i tortur wobec dziennikarzy miało miejsce właśnie w tym kraju.
Wreszcie, życie publiczne w Iranie w całości podlega fundamentalistycznej interpretacji szyizmu. Właśnie to wyznanie – druga największa denominacja w łonie islamu – skupia około 90 procent populacji kraju. Formalnie, w Iranie funkcjonują powszechne wybory. Problem w tym, że bierne prawo wyborcze przysługuje jedynie osobom, które uzyskały specjalną akredytację od Rady Strażników Konstytucji. Ta zaś podejmuje wszelkie decyzje w zgodzie z konserwatywną i represyjną interpretacją szariatu. Ten i inne mechanizmy nadzoru wewnątrz Islamskiej Republiki Iranu prowadzą do sytuacji, w której niemal całość procesów politycznych podlega ścisłej kontroli szyickiego kleru. Jemu zaś, a w konsekwencji całemu krajowi przewodzi rahbar, czyli Najwyższy Przywódca, noszący też muzułmański tytuł naukowy ajatollaha.
W czasach autorytarnych rządów dynastii Pahlawich głęboko zakorzeniony w irańskiej kulturze szyizm stał się nośnikiem nadziei na bardziej sprawiedliwy ustrój społeczny. Wiedzieni tym właśnie uczuciem Irańczycy zgodzili się w przeprowadzonym w 1979 roku referendum na wprowadzenie ustroju zwanego „republiką islamską”. Szybko okazało się, że nowy porządek ma dużo więcej wspólnego z szyickim fundamentalizmem niż z demokracją. Brutalne postępowanie policji religijnej – Gaszt-e Erszad – oraz prześladowanie opozycjonistów, a nawet protestujących zwykłych obywateli, doprowadziły do głębokiego kryzysu zaufania do religijnych władz. Co najmniej od zabójstwa Mahsy Amini w 2022 roku w Iranie regularnie dochodzi do masowych, gwałtownych protestów antyrządowych.
Jeśli to nie wystarcza, by uznać władze Islamskiej Republiki Iranu za nieludzki i zbrodniczy reżim, należy odnieść się do bezprecedensowej fali represji, jaką mułłowie zastosowali wobec własnych obywatelek i obywateli na początku 2026 roku. W odpowiedzi na masowe protesty antyrządowe władze zgładziły 8 i 9 stycznia tysiące demonstrujących. Human Rights Watch ustaliło tożsamość 7015 ofiar reżimu. Szacunki podawane przez magazyn „Time” i brytyjskiego „Guardiana” mówią z kolei o 22 do 30 tysięcy ofiar śmiertelnych. Wobec wprowadzonej na czas protestów blokady internetu i autorytarnego charakteru państwa należy przypuszczać, że mówimy o dziesiątkach tysięcy osób zabitych przez własne państwo w zaledwie dwa dni.
Atom, protesty i polityka strachu
To właśnie styczniowe antyrządowe protesty – oraz histeryczna reakcja reżimu – stanowiły preludium do wojennej katastrofy, która rozgrywa się na naszych oczach. A wyrażone przez część opozycji wezwanie do międzynarodowej interwencji posłużyło USA i Izraelowi za pretekst do ataku, którego dokładne skutki pozostają trudne do przewidzenia.
Obecna wojna na Bliskim Wschodzie nie spadła z nieba. Bezpośrednio poprzedziła ją największa od inwazji na Irak w 2003 roku koncentracja wojsk USA na Bliskim Wschodzie. Stany Zjednoczone wysłały w rejon Zatoki Perskiej dwie grupy uderzeniowe lotniskowców i około dwudziestu okrętów. Z kolei w bazach wojskowych w Izraelu, Jordanii, Katarze oraz na lotniskowcach USA zgromadziły w regionie nawet do trzystu samolotów bojowych. Bezprecedensowa koncentracja amerykańskich wojsk była z niepokojem obserwowana przez polskie i światowe media, które w przededniu ataku słusznie obawiały się, że Bliski Wschód stoi u progu wyczekiwanej wielkiej wojny.
W sensie nieco bardziej metaforycznym, grunt pod agresję przygotowała wielotygodniowa kampania oskarżeń ze strony władz USA i Izraela pod adresem irańskiego reżimu. Jeszcze w styczniu 2026 roku Donald Trump na antenie Fox News groził, że Iran przekracza „czerwone linie” USA, stosując brutalną przemoc wobec demonstrujących. Zarówno prezydent USA, jak i premier Izraela oskarżali Iran o bycie „głową ośmiornicy”, która steruje grupami takimi jak Hezbollah, Hamas oraz Huti. Bezpośrednim usprawiedliwieniem dla ataku okazał się jednak nieszczęsny program jądrowy Iranu, prowadzony od lat 50. XX wieku. Podczas wystąpienia w Knesecie w styczniu 2026 roku Beniamin Netanjahu przedstawiał zgromadzonym zdjęcia satelitarne nowych instalacji jądrowych w pobliżu miasta Natanz. Premier Izraela nazwał je „fabrykami zagłady”, a skojarzenie irańskiego zagrożenia z ludobójstwem Żydów w Europie miało ostatecznie zamknąć dyskusję o zasadności planowanej interwencji w Iranie.
Problem w tym, że na tę samą argumentację rząd Izraela powoływał się już w czerwcu 2025 roku podczas tak zwanej wojny dwunastodniowej. Zgodnie z deklaracjami rządu Izraela, ówczesny atak konieczny był właśnie z powodu zagrożenia, że Iran pozyska broń jądrową. Premier Izraela nazwał tę ewentualność „egzystencjalnym zagrożeniem” dla swojego kraju. Obiecywał też, że atak „otworzy drogę pokoju i dobrobytu dla narodów regionu”, a zwycięstwo Izraela zostanie „zapamiętane na pokolenia”. Najwyraźniej premier Izraela lubi rzucać słowa na wiatr, skoro niecały rok po tych słowach potrzebna było kolejne „uderzenie wyprzedzające” – tym razem na o wiele większą skalę.
Choć Iran prowadzi swój program atomowy od lat, nic poza deklaracjami USA i Izraela nie wskazuje na to, że faktycznie znajdował się blisko zbudowania broni ostatecznej. Jeszcze do niedawna Iran dopuszczał regularne kontrole Międzynarodowej Agencji Energii Atomowej. Wedle doniesień Reutersa z czerwca 2025 roku Iran był w posiadaniu około 400 kilogramów uranu wzbogaconego do poziomu 60 procent. To pozwalało mu na uzyskanie „kilku” głowic w ciągu trzech tygodni od momentu podjęcia decyzji o uzyskaniu broni jądrowej.
Brakuje źródeł wskazujących na to, że irański reżim podjął w ostatnich latach decyzję o wytworzeniu bomby atomowej. A po bombardowaniu irańskich instalacji jądrowych przez Izrael i USA w czerwcu 2025 roku trudno uwierzyć, aby zdolności jądrowe Teheranu były wyższe niż przed rokiem. Mimo to, apologeci polityki Trumpa sugerowali, że w przededniu tegorocznej agresji Iran znajdował się o krok od stworzenia broni masowego rażenia.
Irański program jądrowy należy raczej postrzegać w kontekście politycznym. Bardziej niż na faktycznym uzyskaniu broni masowej zagłady Iranowi zależało na rozgrywaniu relacji z Zachodem. Zgoda na ograniczenie wzbogacania uranu nie raz była nagrodą za ustępstwa z jego strony. Mowa tu choćby o podpisanym w 2015 roku Joint Comprehensive Plan of Action – na mocy tego porozumienia Teheran zobowiązał się do ograniczenia wzbogacania uranu w zamian za między innymi złagodzenie amerykańskich sankcji. Negocjacje na temat kolejnego porozumienia między Iranem a USA trwały jeszcze na początku tego roku – podjęta przez Trumpa i Netanjahu decyzja o agresji trwale przekreśliła szanse na wypracowanie akceptowalnego dla obu stron kompromisu.
Prewencja czy destabilizacja?
Oficjalne uzasadnienie ataku na Iran pozostaje zatem mało wiarygodne. Jeszcze trudniej odgadnąć prawdziwe cele obecnej wojny. Zwłaszcza, że w tej kwestii władze USA stosują iście putinowską retorykę. W pierwszym dniu ataku Trump wygłosił przemówienie, w którym oskarżył Iran o wspieranie terroryzmu w regionie oraz agresywne plany. Niczym Władimir Putin w swoim orędziu rozpoczynającym inwazję na Ukrainę, Trump wezwał irańskich żołnierzy do złożenia broni, do obywateli Iranu zaapelował zaś, by wyszli na ulice i obalili irański reżim, określając agresję „jedyną szansą na pokolenia”.
Już 2 marca sekretarz wojny USA Pete Hegseth zaprzeczył słowom Trumpa, jakoby ostatecznym celem wojny miałoby być obalenie reżimu. Być może Amerykanie zdecydowali się na spontaniczną korektę swojej narracji, gdy po dwóch dniach bombardowań stało się jasne, że irańskie państwo nie zawali się pod naporem ostrzału niczym domek z kart. Z kolei 10 marca Trump zapewnił, że agresja na Iran nie jest wojną z prawdziwego zdarzenia, lecz „krótką, ograniczoną kampanią”. Złośliwi widzą w tym paralele do argumentacji, jaką w związku z wojną w Ukrainie stosuje Kreml.
Prawdziwy powód przystąpienia USA do agresji wyjawił amerykański sekretarz stanu Marco Rubio. Zdradził, że Stany Zjednoczone wiedziały o izraelskich planach ataku na Iran. W obawie przed potencjalnym odwetem Iranu, podjęły decyzję o przyłączeniu się do izraelskiej agresji, co Rubio określił mianem kroku „absolutnie niezbędnego dla amerykańskiego bezpieczeństwa”. Trudno zatem uwierzyć w prewencyjny charakter obecnej wojny – mamy tu raczej do czynienia z uderzeniem wyprzedzającym, które wyprzedza uderzenie wyprzedzające Izraela przed uderzeniem wyprzedzającym Iranu…
Nie sposób odgadnąć, jaki dokładnie tok rozumowania stał za podjęciem decyzji o ataku na Iran. Być może Trump i Netanjahu chcieli pochwalić się łatwym sukcesem podobnym do porwania prezydenta Wenezueli Nicolása Maduro. Niewykluczone, że za atakiem nie kryje się głębszy sens, a znużeni trudnym życiem milionerów chłopcy u władzy mieli po prostu ochotę na jakąś awanturę. Patrząc na sposób prowadzenia wojny nie ulega wątpliwości, że jej nadrzędnym celem jest zniszczenie lub przynajmniej destabilizacja instytucji irańskiego państwa – bez względu na potencjalne skutki uboczne takiego scenariusza. Świadczy o tym dobór celów izraelskich i amerykańskich ataków. Oprócz baz wojskowych, systemów obrony przeciwlotniczej i wspomnianych wcześniej instalacji nuklearnych, atakowane są także urzędy i posterunki policji na terenie całego kraju. Nawet jeśli irański reżim przetrwa obecną agresję, będzie miał po wojnie poważny problem z utrzymaniem kontroli nad własnym społeczeństwem, a także ze znalezieniem środków na odbudowę własnego potencjału militarnego.
Mimo deklarowanego przez Trumpa i Netanjahu poparcia dla opozycji w Iranie nie sposób uwierzyć, że obecna interwencja będzie wsparciem dla demokratyzacji. Wprost przeciwnie: wojna jest być może najlepszą od lat szansą dla reżimu na odbudowanie własnego autorytetu. Decyzje USA i Izraela wskazują też na głębokie niezrozumienie irańskiej kultury i państwowości. Bombardując irańskie miasta Zachód przypomina Irańczykom, kto tak naprawdę jest ich wrogiem – działa tutaj ten sam mechanizm, w wyniku którego Ukraina staje się coraz bardziej prozachodnia i antyrosyjska z każdą kolejną agresją Moskwy.
Za manewr zupełnie idiotyczny należy uznać zabicie ajatollaha Chameneiego w pierwszych dniach wojny. Prawie dziewięćdziesięcioletni Najwyższy Przywódca i tak zbliżał się do kresu swoich dni, a pozbycie się go w żaden sposób nie osłabiło Republiki Islamskiej. Zabicie Chameneiego uczyniło z niego męczennika, na dodatek zabitego rękoma małego i wielkiego Szatana, jak w irańskiej propagandzie nazywane są Izrael i Stany Zjednoczone. Tymczasem dla szyitów nie ma zaszczytu większego niż zostanie męczennikiem. Osoby zabite przez wrogów islamu trafiają wedle ich wierzeń prosto do raju, w przeciwieństwie do pozostałych śmiertelników, którzy po śmierci oczekują na Sąd Ostateczny w grobie – islamska teologia nazywa ten pośredni stan barzahem. Na ulicach Teheranu i innych miast już wiszą banery przedstawiające Chameneiego jako wielkiego męczennika.
Otoczenie Iranu przez wrogie mu kraje doskonale wpisuje się w szerszą narrację, w której to szyici od wieków toczą osamotnioną walkę z niemalże całym światem. Nagrodą za ich opór jest przewaga moralna oraz dostęp do ezoterycznej Prawdy na temat wszechświata. Wybór Modżtaby Chameneiego, powszechnie uważanego za twardogłowego, jedynie potwierdza tezę o tym, że w reakcji na atak Iran pójdzie drogą radykalizacji, a nie demokratyzacji.
Jeszcze większe zagrożenie niesie za sobą destabilizacja Iranu. Doświadczenia ostatnich dekad dobitnie pokazują, że nie przyniesie ona pozytywnych skutków. Obalenie despotycznego reżimu Saddama Husajna zmieniło Irak w kraj upadły. Podobnie w Syrii i Libii na gruzach dawnych autorytaryzmów ukazały się fundamentalistyczne tendencje islamskie. W konsekwencji po całym regionie krążyć zaczęło mroczne widmo Państwa Islamskiego, które nie tylko prześladowało mieszkańców Bliskiego Wschodu, ale też organizowało krwawe zamachy w Europie.
Można ze zrozumieniem podejść do obaw Izraelczyków względem Iranu, postrzeganego przez nich w ten sam sposób, co Rosja w naszym regionie. Nie sposób jednak mieć nadziei, że niestabilny, podzielony i pogrążony w wewnętrznych walkach Iran będzie stanowił dla Izraelczyków mniejsze zagrożenie niż dotychczasowy reżim, który mimo swej radykalnej retoryki i bezlitosnego stosunku do opozycji wewnętrznej kierował się w polityce zagranicznej pragmatyzmem i starał się unikać niekontrolowanej eskalacji.
Katastrofa dla Bliskiego Wschodu i prezent dla Kremla
Dojmującym symbolem tego, czym naprawdę jest obecna wojna, jest atak na szkołę dla dziewczynek w Minab. W wyniku amerykańskiego ostrzału życie straciło ponad 150 uczennic i nauczycielek. Ani Izrael, ani USA nie wzięły odpowiedzialności za tę tragedię – z ustaleń mediów wynika jednak, że do ataku użyta została rakieta Tomahawk, której w swym arsenale nie ma żadne państwo bliskowschodnie. Jeszcze w pierwszych dniach wojny celem ataku padła infrastruktura służąca do odsalania wody, co jest kolejnym dowodem na postępującą brutalizację współczesnej wojny i coraz powszechniejsze skupienie na zadawaniu cierpienia cywilom. Z kolei ataki na instalacje naftowe doprowadziły do pojawienia się nad Teheranem toksycznych czarnych obłoków. Nagrania przedstawiające to zjawisko szybko stały się viralem.
Obecna wojna to fatalny obrót sytuacji nie tylko dla Bliskiego Wschodu. W odpowiedzi na zachodnią agresję Iran doprowadził do blokady cieśniny Ormuz, przez którą przechodzi nawet 20 procent światowego transportu węglowodorów. Spowodowało to eksplozję cen ropy na światowych rynkach. To doskonała wiadomość dla Rosji, dla której eksport nafty i gazu jest podstawowym źródłem finansowania wojennych eskapad. Włączenie się USA do wojny pokazuje też, że kraj ten będzie długofalowo angażował się w bliskowschodnie konflikty kosztem naszego regionu. Rosja nadal zamierza pędzić zagubione owieczki do wszechsłowiańskiej stajenki – jeśli nie po dobroci, to podstępem lub za pomocą militarnej agresji. Nie należy mieć wątpliwości, że Kreml nie przegapi żadnej okazji do realizacji swoich imperialnych celów, a po ataku na Iran sytuacja geopolityczna stała się dla Rosji o wiele korzystniejsza.
Atak na Iran to również fatalna wiadomość dla samych Stanów Zjednoczonych. Stanowi dowód na głęboki kryzys tamtejszej demokracji – o ile ustrój polityczny USA można jeszcze określić tym mianem. Oto prezydent, który całą swoją kampanię zbudował na straszeniu wojną i oskarżaniu demokratów o chęć podpalenia świata, przyczynił się do wybuchu największej od lat wojny na Bliskim Wschodzie. Uczynił to bez zgody Kongresu i wbrew nastrojom amerykańskiego społeczeństwa, które w swej większości sprzeciwia się amerykańskiej interwencji w Iranie.
Wojna w Iranie to również zła wiadomość dla wszystkich lewicowych Izraelczyków, którzy z przerażeniem obserwują postępującą klerykalizację i autorytaryzację kraju. Obecnie w Izraelu trwa wzmożenie narodowo-patriotyczne, któremu kształt nadaje retoryka najbardziej skrajnych partii, takich jak Żydowska Siła Itamara Ben Gwira czy Unia Narodowa Becalela Smotricza. Nieprzypadkowo na moment ataku wyznaczono żydowskie święto Purim, upamiętniające cudowne ocalenie perskich Żydów przed grożącym im ludobójstwem. Zgodnie z opowieścią opisaną w Księdze Estery, lud Izraela uniknął kaźni, a knujący przeciwko Żydom Haman powieszony został na drzewie wraz ze swoimi synami. Środowiska popierające obecną politykę Izraela natychmiast uznały wojnę z Iranem za powtórkę purimowego cudu, z kolei ajatollaha Chameneiego okrzyknięto Hamanem naszych czasów..
W Izraelu w związku ze stanem wojny wprowadzono zakaz zgromadzeń. Zamknięto szkoły, ograniczono pracę instytucji publicznych, a wielu pracowników biurowych przeszło na pracę zdalną. Miało to na celu ochronę izraelskiej ludności cywilnej przed niebezpieczeństwem irańskiego ostrzału odwetowego. Pomimo wojennych obostrzeń, 3 marca w jesziwie Merkaz ha-Raw w Jerozolimie doszło do nielegalnego zgromadzenia. Beniamin Netanjahu wraz z żoną Sarą i synem Ja’irem czytali wspólnie Księgę Estery. Nieprzypadkowe było miejsce ceremonii: wspomniana jesziwa, założona w 1924 roku przez Abrahama Izaaka Kooka znana jest ze swojego narodowo-religijnego profilu. Miejsce to jest istotne dla izraelskiej prawicy także ze względów martyrologicznych: w 2008 roku na terenie jesziwy palestyński zamachowiec zastrzelił osiem osób, po czym sam został zabity. Jeśli zachowanie Netanjahu kojarzy się komuś z pewnym pandemicznym epizodem w polskiej polityce, to skojarzenie to jest jak najbardziej zrozumiałe.
W tle wojennej zawieruchy Izrael pozostaje obecny w Gazie, gdzie nadal zabija Palestyńczyków. Od ogłoszenia zawieszenia broni 13 października IDF zabił tam co najmniej 600 osób. Choć amerykańska administracja już kilka razy ogłaszała przejście do drugiej fazy rozejmu, zakładającej rozbrojenie Hamasu, a w dalszej kolejności wycofanie izraelskiej armii, nie widać sygnałów świadczących o postępach. Co więcej, Izrael wznowił działania wojenne przeciwko Hezbollahowi w południowym Libanie, zmuszając ponad 700 tysięcy osób do opuszczenia swych domów. Izrael zdążył podczas ataku na Liban użyć bojowo białego fosforu, broni zakazanej przez prawo międzynarodowe.
Na okupowanym Zachodnim Brzegu trwają krwawe czystki etniczne, a izraelskie władze wznowiły proces rejestracji własności ziemi. Zdaniem krytyków ruch ten ma na celu wywłaszczenie jak największej liczby Palestyńczyków. Kneset debatuje ustawę o karze śmierci dla palestyńskich bojowników, a rzekomo liberalni mainstreamowi politycy otwarcie flirtują z ideą Wielkiego Izraela. Jeszcze dekadę temu religijni nacjonaliści funkcjonowali na marginesie życia politycznego Izraela, uważani za groźnych szaleńców zarówno przez lewicę, jak i centrowych, świeckich syjonistów. Dziś to Smotricz i Ben-Gwir wyznaczają kierunek, w którym zmierza państwo.
Stan izraelskiego społeczeństwa podczas wojny z Iranem z bolesną szczerością podsumował felietonista Ha-Arec, Gideon Levy. W głośnym artykule opublikowanym 5 marca oskarżył wszystkich Izraelczyków o postradanie zmysłów. Lewicowy dziennikarz pytał, dlaczego nikt zdaje się nie kwestionować sensu obecnej wojny – pomimo ogromnego ryzyka, jakie niesie dla całego regionu oraz stale rosnącej liczby ofiar, także po stronie Izraela.
To nie czas na optymizm
Naprawdę chciałbym zakończyć ten pełny przykrych informacji tekst jakimś pocieszającym akcentem. Przyglądając się wielkiej wojnie na Bliskim Wschodzie nie widzę, niestety, żadnych powodów do optymizmu. Wręcz przeciwnie: obecna eskalacja przyczyni się raczej do pogłębienia polaryzacji, wzrostu postaw ekstremistycznych na całym świecie i rozpadu powojennego ładu międzynarodowego.
Decyzja o zaatakowaniu Iranu pokazuje, że Zachód nie wyciąga żadnych wniosków ze swoich błędów. Atakując Iran w sposób niesprowokowany i pozbawiony jakiegokolwiek umocowania w prawie międzynarodowym Trump ostatecznie udowodnił, że Zachód nie ma nad swymi rywalami żadnej przewagi moralnej, a jego narracja o demokracji i liberalnym porządku światowym jest czystą demagogią.
Podczas ostatniego wielkiego przetasowania w stosunkach międzynarodowych – które nastąpiło wraz z upadkiem Związku Radzieckiego – panowało powszechne przekonanie o przyrodzonej wyższości zachodniej demokracji. A wyzwolone spod jarzma komunizmu narody mogły naprawdę wierzyć, że Zachód ma dla nich ofertę lepszą niż znienawidzona Moskwa. Obecnie Zachód oferuje krajom niezaangażowanym świat niekończących się wojen i bombardowań, w którym Izrael i Stany Zjednoczone co rusz przeprowadzać będą kolejne uderzenia „wyprzedzające” przeciwko wrogom, których same tworzą. To doskonała wiadomość dla antysemitów: ma miejsce utrwalenie toksycznego układu, w którym Izrael pozostaje skonfliktowany ze swoimi sąsiadami i regularnie ich atakuje. Przemoc izraelskich wojsk oraz coraz bardziej szowinistyczna postawa izraelskiego społeczeństwa niechybnie przyczynią się do wzrostu popularności tak zwanego nowego antysemityzmu oraz wrogości względem wszystkich Żydów i Izraelczyków – także tych, którzy chcieliby żyć z sąsiadami w zgodzie i na równych prawach.
Wojna z Iranem powinna dać do myślenia także tym, którzy naiwnie wierzą w inherentną wyższość „cywilizacji judeochrześcijańskiej” nad światem islamu. Według powszechnej w Polsce interpretacji to właśnie islam jest religią w swej naturze agresywną, opresyjną i wojowniczą. Tymczasem to Izrael i USA dokonały ataku na muzułmański kraj, odwołując się przy tym otwarcie do religijnej symboliki. Przed atakiem amerykańscy dowódcy przekonywali szeregowych żołnierzy, że atak na Iran jest przepowiadanym w Apokalipsie Armagedonem, mającym poprzedzić paruzję – a prezydent Trump został niejako namaszczony przez samego Zbawiciela na tego, który ma przygotować drogę pod jego ponowne przyjście.
Powinniśmy z szacunkiem podejść do nadziei części irańskiej opozycji, która liczy na osłabienie reżimu w wyniku zachodniej agresji. Wobec opresyjności władzy mają prawo do desperacji. To nie oznacza jednak, że musimy w pełni przyjmować ich argumentację. Możemy i powinniśmy wspierać irańską opozycję, nie popadając przy tym w apologię wojny napastniczej.
Wojna Trumpa i Netanjahu to ogromny błąd. Niesprowokowana, nielegalna agresja na Iran to poważne zagrożenie dla regionu i całego świata oraz zwiastun nowej, mrocznej epoki. Najwyższy czas, by dogłębnie zrewidować nasz stosunek do sojuszników zza oceanu. Oraz głośno i bezkompromisowo domagać się ukarania winnych tej irracjonalnej, gorszącej zbrodni – przykłady Maduro i Gazy pokazują, że nic nie zachęca zachodnich zbrodniarzy wojennych tak, jak poczucie bezkarności.

