Internetowy magazyn katolewicy społecznej. Piszemy o świecie, czerpiąc inspiracje z nauki społecznej Kościoła

Wieczny szabat bycia razem

Brak nam właściwej teologii świętowania czy czasu wolnego. W efekcie brak nam również właściwej teologii „pracy opiekuńczej”, w której przeplatają się elementy pracy i świętowania, działania i prostego bycia razem.
Wieczny szabat bycia razem
ilustr.: Magdalena Kupiec

Dawno temu, nie będąc jeszcze mężatką ani matką, usłyszałam z ust bardzo cenionej przeze mnie osoby stwierdzenie dotyczące pewnej kobiety po trzydziestce: „Zdecydowali z mężem, że ona będzie pracować w domu”. Jaka była moja pierwsza myśl? Wiedząc, że pani skończyła filologię słowiańską, pomyślałam, że jest tłumaczką i wybrała taki rodzaj organizacji pracy, który ułatwi jej pogodzenie pracy zarobkowej z opieką nad dziećmi, prowadzeniem domu… Otóż nie. Sensem tej wypowiedzi było stwierdzenie, że nie pracuje ona zawodowo, ale… No właśnie, jak to dobrze ująć? Zajmuje się domem? Pracuje w domu? Poświęciła się rodzinie? Jest niepracującą matką?

Język objawia nasze myślenie

Trudno precyzyjnie i zarazem niestygmatyzująco czy wręcz niedyskryminująco nazwać sytuację, w której jedno z rodziców (najczęściej kobieta) nie pracuje zawodowo, a jego głównym zajęciem staje się opieka nad innymi członkami rodziny (w tej roli występują najczęściej małe dzieci). Już sam ten fakt mówi coś ważnego o istocie zjawiska, które moglibyśmy chyba nazwać pracą opiekuńczą. Chyba, gdyż dla mnie także ta nazwa jest nieco wątpliwa. Dlaczego? Ponieważ na „pracę opiekuńczą” nie składa się szereg elementów, które zwykle z pracą kojarzymy: wynagrodzenie, konieczność „wyjścia z domu”, określone godziny i zasady zatrudnienia… Jest w niej natomiast – przynajmniej w społecznym odbiorze – sporo tego, co nazwalibyśmy odpoczynkiem, przyjemnością, czasem wolnym. A przecież opieka nad innym, słabszym, do łatwych zajęć nie należy.

Właśnie z tego powodu wiele osób, szczególnie tych, które nigdy nie zajmowały się wyłącznie opieką nad członkami swojej rodziny, deprecjonuje tego typu zajęcie i wzbrania się przed używaniem słowa „praca”. Lubią za to stosować dość pogardliwe w swojej wymowie określenia. Kobieta, która gotuje, sprząta, robi zakupy, wychowuje i edukuje swoje dzieci, określana jest jako ta, która „siedzi w domu”, „nie pracuje”, „jest kurą domową”, choć gdyby świadczyła tego typu usługi „na zewnątrz”, otrzymując za to określone wynagrodzenie, byłaby kucharką, opiekunką, gosposią, nauczycielką… Byłaby kobietą pracującą.

Jako kontrreakcję na takie pogardliwe podejście do opieki nad dziećmi możemy zaobserwować pewne strategie językowe, które mają dowartościować to zajęcie. Część osób sprawujących opiekę nad dziećmi i zajmujących się domem (bez łączenia tych zajęć z pracą zawodową) z dumą lub przynajmniej z przekorą nazywa siebie „niepracującymi rodzicami” czy „kurami domowymi”. Strategia ta – przy wszystkich różnicach – podobna jest do nazywania samych siebie „czarnuchami” (angielskie: nigger) przez osoby czarne i ma na celu przekształcenie epitetu w symbol dumy, a przynajmniej radzenia sobie z pogardliwym traktowaniem lub opresją. Ale czy przynosi to zamierzony efekt? Czy przypadkiem nie jest po trosze zaklinaniem rzeczywistości? Czy czarni przestali być dyskryminowani, gdy zaczęli nazywać siebie „czarnuchami”? Rzeczywistość, co obecnie widzimy szczególnie wyraźnie, pokazuje, że to zdecydowanie nie wystarczy.

Jest też inny językowy sposób obrony przed dyskryminacją tych, którzy sprawują niezarobkową opiekę nad członkami swoich rodzin. Podkreśla się w nim trud, poświęcenie, ofiarność tych osób i mówi, że pracują one w domu. Przypomina mi się tytuł książki, którą czytałam jako młoda mama, „Mama na etat w domu”, idącej dokładnie po tej linii myślenia. Podskórnie czuję jednak, że nie jest to najlepszy sposób kształtowania naszego myślenia o opiece nad innym człowiekiem, a mówię to, czerpiąc bardzo mocno z własnego doświadczenia – jako mama, która kilka ładnych lat życia spędziła w stanie wyłącznie opieki nad dziećmi, a jeszcze więcej lat, lawirując pomiędzy pracą zawodową a obowiązkami domowymi. Nazywanie „pracującymi” rodziców opiekujących się dziećmi kojarzy mi się z niektórymi wczesnymi nurtami feminizmu i maskulinizacją kobiet, a więc próbą udowodnienia, że kobiety są równie „dobre” jak mężczyźni, że są jak oni.

W przypadku walki o równouprawnienie kobiet jestem zwolenniczką mądrego docenienia wartości tradycyjnie postrzeganych jako kobiece, bez zbędnego i bezpodstawnego wpadania w biało-czarną dychotomię „kobiece–męskie”. Podobnie w tym przypadku chciałabym uniknąć stawiania na piedestale pracy i zbytniego rozdzielenia sytuacji osób pracujących i niepracujących zawodowo, przy równoczesnym docenieniu obu grup, a także tych, którzy się w tym prostym podziale nie mieszczą, łącząc jedno i drugie.

Pomiędzy lenistwem a pracoholizmem

Zarysowana powyżej sytuacja problemu, jakim jest znalezienie adekwatnego języka do opisania sytuacji osób, najczęściej matek, niepracujących zawodowo, aby sprawować opiekę nad innymi członkami rodziny, odnosi się zarówno do przestrzeni ogólnospołecznej, jak i kościelnej. W Kościele również nie funkcjonuje żadna rozsądna nomenklatura na określenia takiej sytuacji. W pewnej mierze Kościół wykazuje tu pewną stereotypowość, gdyż wielu kaznodziejów dość jednoznacznie przypisuje funkcje opiekuńcze wyłącznie kobiecie i – przynajmniej ostatnio, w obliczu tak zwanego kryzysu rodziny – nawołuje kobiety do pozostania w domu, poświęcenia się rodzinie, dzieciom, mężowi… Owszem, biologia predysponuje, czy wręcz predestynuje bardziej kobiety do pełnienia funkcji opiekuńczych na najwcześniejszym etapie rozwoju dziecka (mężczyzna nie może być przecież w ciąży ani karmić piersią…). Jestem jednak przekonana, że również mężczyźni mogą, a nawet powinni takie funkcje spełniać.

Wracając jednak do wątku „kobiet pracujących w domu” (gdyż mentalność kościelna rzadko pozwala dostrzec w tej roli mężczyzn), trzeba stwierdzić, że Kościół, a mam tu na myśli głównie duszpasterzy, choć również tak zwanych „świeckich liderów”, chce wciągnąć na piedestał pracy również niepracujące zawodowo kobiety. Skąd jednak rodzi się w ogóle taka potrzeba i jakie myślenie się za nią skrywa? Dlaczego aby obronić wartość mam pozostających w domu z dziećmi, musimy koniecznie nazywać je „pracującymi”?

Żeby odpowiedzieć na to pytanie, proponuję szybką ankietę, która – jak sądzę – nie będzie zbyt trudna nawet dla osób niewierzących. Pytanie brzmi: „który grzech jest cięższy – lenistwo czy pracoholizm?”. Nigdy nie przeprowadziłam takiej ankiety na grupie większej niż kilkunastu studentów. Podejrzewam jednak, że większość osób, nie tylko wychowanych w wierze katolickiej, ale choćby w kulturze czerpiącej z tradycji chrześcijańskiej, odpowie: „lenistwo”. Osobiście mam wątpliwości, czy tak powinna brzmieć odpowiedź, szczególnie w dzisiejszym kontekście… W tym momencie słyszę już za plecami głosy oburzonych, którzy wołają: „Przecież lenistwo jest jednym z siedmiu grzechów głównych!”. I mają rację. Ja jednak również mam pewne racje, aby obstawać przy swoim.

Zajmując się teologią niepełnosprawności, natknęłam się na słynną tezę Michela Foucaulta mówiącą o najgłębszych przyczynach dyskryminacji osób z niepełnosprawnością intelektualną w naszych współczesnych, zachodnich społeczeństwach. Zdaniem francuskiego myśliciela osoby te są dyskryminowane przede wszystkim dlatego, że uznaje się, iż nie mogą efektywnie pracować. Nie doskakują do „normy pracy”, są „bezproduktywne”, muszą „być utrzymywane” przez innych członków społeczeństwa, którzy często z trudem zarabiają na swój „chleb powszedni” i muszą jeszcze sponsorować „darmozjadów” (sic!). Myślenie Foucaulta w pełni mnie przekonuje. Jestem pewna, że dzisiejsze społeczeństwo traktuje pracę niemal jak bożka. Co więcej, coraz bardziej przekonuję się, że z podobną sytuacją mamy do czynienia w Kościele, skoro tak bardzo piętnujemy lenistwo, a pracoholików traktujemy jak nieszkodliwych dziwaków… Czy jednak rzeczywiście powinno tak być?

Nakaz świętowania i wieczny szabat

Kościół zaczął przeceniać wartość pracy, równocześnie zaniedbując nauczanie dotyczące nakazu świętowania i powołania człowieka do „wiecznego szabatu”, odpoczynku, świętowania, radości, bycia razem i tak dalej. Do tej tezy przekonało mnie (oprócz codziennego doświadczenia bycia w Kościele, pośród osób wierzących) pobieżne przebadanie literatury teologicznej na ten temat, a więc literatury, która przecież kształtuje duszpasterzy, ci zaś – wiernych. Mało w niej treści dotyczących trzeciego przykazania, więcej tych, które odnoszą się do nakazu czynienia sobie ziemi poddaną (sformułowanego tuż po stworzeniu człowieka) i przedstawiania lenistwa jako grzechu. Jednak Pismo Święte zachowuje w tych kwestiach dużo większą równowagę.

Biblijny opis stworzenia świata ukazuje człowieka jako istotę, która powołana jest przez Boga do „czynienia sobie ziemi poddaną”, a więc do pracy, jak to się tradycyjnie (i – należałoby dodać od razu – dość jednostronnie) rozumie. Jan Paweł II w encyklice „Laborem exercens” stwierdza – opierając się na przywołanym fragmencie biblijnym – że praca ma wielką wartość: jest wręcz naśladowaniem aktywności Boga Stwórcy.

Co więcej, nakaz czynienia sobie ziemi poddaną został ofiarowany człowiekowi w stanie pierwotnej szczęśliwości, praca jest więc czymś dobrym, zamierzonym przez Boga. Dopiero po grzechu człowiek usłyszał od Stwórcy, że będzie się ona łączyć się z ogromnym trudem. Również inne fragmenty biblijne potwierdzają wielkość i znaczenie ludzkiej pracy oraz potępiają lenistwo (por. Prz 31,10-31; 6,6-11).

Jeśli jednak przeanalizujemy cały opis stworzenia, nie sposób nie zauważyć, że cała narracja kończy się odpoczynkiem dnia siódmego. Człowiek naśladuje zatem Boga również w odpoczynku szabatowym, nie tylko w pracy. Ponadto, jak czytamy w Katechizmie Kościoła Katolickiego: „Szabat znajduje się w centrum prawa Izraela” (KKK 348). Zauważmy, że prawo żydowskie, a w ślad za nim Kościół, nakazuje odpoczynek i świętowanie.

Można więc powiedzieć, że Bóg nakazuje nie tylko pracę, ale też odpoczynek – jedno i drugie to naśladowanie Boga (Wj 20,8-11). Co więcej, to dzień szabatu jest dniem świętym, nie zaś powszedni dzień pracy. Czy zatem człowiek nie naśladuje Boga co najmniej tak samo wyraziście, świętując, jak pracując? Należy również pamiętać, że Biblia i nauczanie Kościoła zapewniają nas o tym, iż wieczność stworzenie spędzi w stanie szabatowego odpoczynku, a nie pracy. Praca jawi się w tym kontekście jako środek do osiągnięcia ostatecznego szabatu, jako „czasowe” powołanie człowieka, a nie jako ostateczny cel.

Podobny obraz wyłania się z Ewangelii, z przykładu życia Jezusa. Przyglądając się Jego historii, możemy znaleźć argumenty na poparcie stanowiska nawołującego do pracy. Prawdopodobnie przez pierwszych trzydzieści lat swojego życia Jezus był człowiekiem pracy w znaczeniu bardzo konkretnym – pracował fizycznie tak, jak Jego ojciec, jako cieśla. Gdy rozpoczął działalność publiczną jako nauczyciel, choć Jego praca nie była już tak utylitarna, pochłonięty był swym zadaniem niemal całkowicie i bez przerwy. Wciąż spieszył się, aby wykonać wolę Ojca – spieszył się do Jerozolimy, spieszył się, aby dotrzeć do wielu miejsc i miejscowości (Mk 1,38), uzdrawiał (pracował?) nawet w szabat (Mk 3,1-5), pozwalał swym uczniom zrywać kłosy w szabat (Łk 6,1), nie miał czasu nawet na posiłek (Mk 6,31). Jednak jeśli uważnie czytamy Ewangelię, zobaczymy również Jezusa, który śpi w łodzi (Mk 4,35-38), ucztuje, pozwala wylewać na swe stopy drogi olejek (Mk 14,3-9), kontempluje na modlitwie obecność Ojca. Usłyszymy słowa Jezusa, który nakazuje uczniom odpocząć (Mk 6,31), uwalnia ich od zbytnich trosk (Łk 12,22-31) czy też nakazuje im modlitwę do Ojca, aby ten posłał nowych robotników na Swoje żniwo (Mt 9,37-38). Jezus nie mówi do nich: „Jest dużo pracy, musicie się bardziej postarać”…

Podsumowując, zarówno unikanie obowiązków i lenistwo, jak i praca ponad miarę to postawy sprzeczne z tym, co Bóg zaplanował dla człowieka. Śmiem jednak twierdzić, że to przesadna koncentracja na pracy czy po prostu pracoholizm (którego nie należy mylić z pracą ponad siły wynikającą z życiowej konieczności) są bliższe najbardziej niebezpiecznej postawie człowieka – chęci „bycia jak Bóg”, a więc chęci zatroszczenia się o siebie, zapracowania na zbawienie, zabezpieczenia swojej przyszłości, zapanowania nad rzeczywistością… Szczególnie dziś w naszej kulturze i Kościele widać mocne przesunięcie akcentów w kierunku obowiązku pracy i wytwarzania zysku. Dlatego wydaje mi się, że tak bardzo potrzebny jest tu zdrowy kontrapunkt.

Na marginesie chciałabym przytoczyć jeszcze jeden autentyczny przykład z życia Kościoła, który utwierdza mnie w moich przekonaniach. Kilka lat temu była świadkiem powstawania nowej wspólnoty zakonnej, której założycielki postanowiły żyć z jałmużny czy też – jak same to określały – z Opatrzności Bożej. Ich pomysł spotkał się jednak z totalną negacją ze strony… wielu duchownych, którzy postrzegali ten projekt jako nierozsądny, nieodpowiedzialny, ryzykowny. Siostry jednak zrobiły swoje i od kilku lat z powodzeniem żyją – jak każdy z nas – z Opatrzności. Czy ten przykład to wyizolowany przypadek, czy raczej potwierdzenie, że również Kościół jest spenetrowany przez myślenie podkreślające absolutny charakter obowiązku pracy (w domyśle: zarobkowej) albo wręcz łączące wartość człowieka z pracą?

Teologia przeciw utylitaryzmowi

Jestem przekonana, że brak nam właściwej teologii świętowania, czasu wolnego, odpoczynku, spotkania i tak dalej. Właśnie z tego powodu brak nam również właściwej teologii „pracy opiekuńczej”, w której przeplatają się – w różnych proporcjach – elementy pracy i świętowania, działania i prostego bycia razem. Wciąż – również w Kościele – za dużo w nas utylitarnego podejścia do człowieka. Wychodzi to na każdym kroku, gdy na przykład traktujemy dzieci jako „niedokończonych dorosłych”, którzy w przyszłości będą mieli coś do zaoferowania społeczeństwu i Kościołowi. Teraz są co najwyżej pociesznymi istotkami, traktowanymi przez nas często równie „poważnie” jak nasze pieski i kotki. A nasze dzieci są już ludźmi w pełni, od pierwszej chwili ich życia, ich wartość jest nieskończenie większa, niż jesteśmy w stanie to pojąć, bez względu na to, ile „korzyści” nam dają, ponieważ największą korzyścią jest sam fakt ich istnienia.

Nie musimy się wstydzić ani za siebie, ani za nasze dzieci, kiedy akurat nie pracujemy, nie działamy, nie wytwarzamy, nie jesteśmy rentowni, użyteczni, produktywni, nie jesteśmy opłacalni z punktu widzenia ekonomii. Warto docenić wkład, jaki w społeczeństwo wnoszą osoby zajmujące się innymi członkami rodziny czy domem. Owszem, to wkład często okupiony także ciężką pracą, zmęczeniem, frustracją, trudami – doświadcza tego każdy rodzic opiekujący się dziećmi. By uznać wartość tego wkładu, nie trzeba jednak ujmować go w kategoriach znaczenia dla PKB (które istnieje), opisywać pojęciami zaczerpniętymi ze sfery życia zawodowego czy wtłaczać w produktywistyczną wizję świata, w której każdy moment życia musi służyć pomnażaniu zysków. Opieka nad drugim człowiekiem jest częścią naszego człowieczeństwa. Więcej uzasadnień nie potrzeba.

Potrzebujemy Twojego wsparcia
Jesteśmy magazynem i środowiskiem lewicy katolickiej. Piszemy o wykluczeniu, sprawiedliwości społecznej, biedzie, o współczesnych zjawiskach w kulturze, polityce i społeczeństwie. Potrzebujemy stabilnego finansowania – możesz nam w tym pomóc!
Wybieram sam/a
Kościół i lewica się wykluczają?
Nie – w Kontakcie łączymy lewicową wrażliwość z katolicką nauką społeczną.

I używamy plików cookies. Dowiedz się więcej: Polityka prywatności. zamknij ×