Internetowy magazyn katolewicy społecznej. Piszemy o świecie, czerpiąc inspiracje z nauki społecznej Kościoła

„W te Święta mogłam być sama ze swoją depresją”

Dla części z nas pandemiczna Wigilia była najlepszą w życiu.
„W te Święta mogłam być sama ze swoją depresją”
zdj.: Gerd Altmann, lic. Pixabay

Podczas przygotowań do ubiegłorocznego Bożego Narodzenia powszechne były dwie narracje. Jedna z nich skupiona była na pocieszaniu tych osób, które z powodu pandemii nie mogły (lub czuły, że nie powinny) spotkać się z rodziną. Druga opowieść koncentrowała się na złości na rządowe ograniczenia – czasami frustracja ta znajdowała ujście w formie wyśmiewania obostrzeń. Najciszej jest jednak o doświadczeniach tych spośród nas, którzy te Święta będą wspominać jako najlepsze w życiu – bo rodzinne świętowanie jest dla nich zazwyczaj udręką. Kilka takich osób postanowiło podzielić się ze mną opowieściami o tym przeżyciu.

Joanna: „W te Święta mogłam być sama ze swoją depresją”

Mam trzydzieści pięć lat. Odkąd pamiętam, zawsze coś było ze mną nie tak. Nie mogłam odnaleźć się w życiu, w mojej rodzinie – i ogólnie czułam się bardzo zagubiona. Zawsze czułam, że nie spełniam oczekiwań bliskich mi osób… chociaż właściwie są one bliskie tylko z nazwy. Tak naprawdę wiem, że mogę liczyć tylko na siebie i swojego partnera. Od roku leczę się z powodu umiarkowanej depresji – korzystam z pomocy psychiatry oraz psychologa. Nie ma jednej przyczyny mojego stanu – i nie ma jednej odpowiedzi na pytanie, dlaczego nie znosiłam Świąt z rodziną. U mnie w domu (a raczej u dziadków) Boże Narodzenie, Wielkanoc i imieniny dziadka zawsze były obchodzone hucznie, w dużym gronie. To, co działo się przy stole, to były w znacznej mierze rozmowy o niczym – korporacyjne small talki w wersji rodzinnej. Jednocześnie moja rodzina jest bardzo skonfliktowana. Nie umiałam i nie umiem nadal czuć się w niej swobodnie. Ponieważ dużo jest wśród moich krewnych lęku przed chorobami, to oczywiście Wielkanoc i teraz Boże Narodzenie spędzaliśmy każdy u siebie. O mnie, „starą pannę” (w rzeczywistości mam partnera, z którym nawet chcę wziąć ślub), wszyscy bardzo się „martwili” – jak to ja sama biedna będę spędzała Święta w wynajmowanym mieszkaniu.

Ale dla mnie to było naprawdę cudowne, poczułam się wolna i wreszcie mogłam odpocząć od ciągłych komentarzy pod moim adresem. Że mam beznadziejną pracę (jestem instruktorką stretchingu i tańca), w której niczego się nie dorobię. Że wciąż jestem bez męża, a moja kuzynka w moim wieku miała już dzieci. Że przytyłam – tak, przytyłam, bo początek depresji objawił się u mnie ciągłym poczuciem głodu. Dzięki temu, że jest pandemia, mogłam być sama ze swoją depresją – bez presji na ubiór, który zatuszuje moje dodatkowe kilogramy, bez tłumaczenia się, dlaczego wciąż nie mam „nawet pierścionka”, bez pytań „kiedy znajdę normalną pracę”. Nie wiem, jak bym to przetrwała z moją chorobą; zazwyczaj te spotkania rodzinne bardzo mnie męczyły, ale mam wrażenie, że teraz, z depresją, mogłyby mnie zatruć. Nie miałam siły tłumaczyć się nikomu i z niczego – a o mojej depresji rodzina nie wie i się nie dowie, bo choroby psychiczne to jej zdaniem wstyd.

Przez Święta odpoczywałam – wzięłam leki, zjadłam normalną kolację i spotkałam się z partnerem przez wideorozmowę. Mogłam być smutna. Mogłam sobie popłakać i nie tłumaczyć się z tego, dlaczego nie dopisuje mi humor. Nie musiałam nawet zmieniać dresu na jakąś niewygodną sukienkę. Nie czułam się samotna. Czułam się wolna. Szkoda, że za rok na pewno to się zmieni i znowu będę obiektem drwin i głupich żartów. To dziecinne, ale czuję, że mimo wszystko muszę w tym uczestniczyć.

Martyna: „Czy mam prawo być zachwycona pandemią?”

Nigdy nie lubiłam Świąt. Jestem wierząca i przeżywam je duchowo – ale jeśli chodzi o świętowanie rodzinne, to zawsze była to męka. Mój ojciec jest alkoholikiem, a matka – osobą współuzależnioną. Nienawidzę przyjeżdżać do domu rodzinnego (obecnie studiuję w innym mieście), od zawsze obecna była w nim przemoc. Ojciec w Święta bardzo się upijał, lał mnie, mojego brata, ale najbardziej moją matkę. Przez całe dzieciństwo wstydziłam się Świąt, bo inni chwalili się prezentami i późniejszymi wyjazdami z rodziną. My siedzieliśmy w domu, wiedząc, że ojciec znowu będzie chlał i nas gnębił. Kiedyś w Wigilię uciekliśmy do babci, ale ona – jak mi mówiła mama – stwierdziła, że rodzice mają „sami załatwiać swoje problemy”. A wiedziała, że ojciec jest agresywny i życie z nim jest nie do zniesienia.

Kiedy był pierwszy lockdown, bardzo cieszyłam się z tego, że będę mogła mieszkać w moim studenckim mieszkanku i nie będę musiała przyjeżdżać do rodziców. Powiedziałam mamie, że w pracy mam kontakt z różnymi ludźmi i nie wiem, czy nie złapałam wirusa, więc nie przyjadę do domu. Mama popłakała się i powiedziała, że najważniejsze jest zdrowie, choć szkoda, że nie będziemy w te dni razem, bo rodzina jest najważniejsza. Ona sama siebie oszukuje, że tworzymy normalną rodzinę. Uczestniczyłam w pasterce przez internet, a w pierwszy dzień Świąt poszłam na obiad do koleżanki, która również ma trudną sytuację rodzinną. Nie czułam się samotna. Myślałam o mamie i o tym, że w pewnym sensie ją zostawiłam, ale czułam, że ja naprawdę nie mam już siły w tym uczestniczyć. Zastanawiałam się nawet, czy mam prawo być zachwycona pandemią, skoro dzięki niej spędziłam chyba pierwsze normalne i spokojne Święta w swoim życiu. Niektórych uziemiła i pozbawiła pracy – mnie umożliwiła spędzenie czasu bez awantur, płaczu matki, poczucia bezradności. Gdybym mogła, już nigdy nie wróciłabym do tego miejsca.

Agnieszka: „Nie chcę się tłumaczyć, dlaczego wciąż nie mamy dziecka”

Moja świąteczna opowieść nie jest wyjątkowa… niestety. Razem z mężem mamy historię starania się o dziecko od ponad trzech lat – bez sukcesu. Oboje pragniemy być rodzicami i mamy ku temu warunki – wszystkie, z wyjątkiem tych zdrowotnych. A nasza bezdzietność jest przez otoczenie odczytywana jako egoizm i nieliczenie się z upływem czasu, bo przecież oboje jesteśmy już po trzydziestce, a małżeństwem jesteśmy ponad pięć lat. Jestem jedynaczką i moi rodzice mają fiksację na temat wnuków – mój mąż pochodzi z wielodzietnej rodziny i jego krewni nie są w stanie pojąć, dlaczego my wciąż jesteśmy tylko we dwoje. Dwa lata temu podczas dzielenia się opłatkiem i składania życzeń podejrzewałam, że mogę być w ciąży (okazało się, że nie byłam), a teściowa życzyła mi, „żebym otworzyła się na nowe życie”. Miałam nadzieję, że to dobry znak. Kiedy wyszło, że w ciąży jednak nie jestem, myślałam nie tylko o swoim żalu, ale też o tym, że zawodzę obie rodziny. Czuję, że w rodzinie nie jesteśmy akceptowani, nie chcę jednak tłumaczyć, dlaczego wciąż nie mamy dziecka (sami nie do końca znamy jeszcze przyczyny, choć są już pewne tropy). Boję się, że moja niepłodność zniszczy moje małżeństwo – jest między nami coraz gorzej. Pragniemy dziecka chyba już nawet bardziej niż siebie nawzajem. U mnie pojawiły się stany lękowe – czasami czuję się wybrakowana, mam wrażenie, że się rozpadam, że jestem skazana na karę…

Myśl o tym, że mielibyśmy spędzać Święta tak, jak zawsze – czyli spotykać się z rodziną, która w mało delikatny sposób dopytuje nas, kiedy będziemy mieli córkę lub syna – przytłaczała nas bardzo. Pomysły naszych rządzących na radzenie sobie z pandemią uważam za bezsensowne, ale ograniczenie liczby osób podczas spotkań świątecznych sprawiło, że poczułam się wolna od wielkiego ciężaru. Razem z mężem spędziliśmy spokojny czas w naszym domu. Zostawiliśmy nawet nakrycie dla nieoczekiwanego gościa. Tym gościem ma być nasze dziecko. Gdy łamaliśmy się opłatkiem, mój mąż zaczął płakać. Coś się w nim odblokowało. Mogliśmy wreszcie mówić o swoim bólu – w domu moich albo jego rodziców byłoby to niemożliwe, bylibyśmy ciągle napięci, naszykowani do obrony. Takie świętowanie we dwoje zbliżyło mnie i męża. Przytulaliśmy się i razem byliśmy smutni. Po raz pierwszy porozmawialiśmy też o tym, co zrobimy, jeśli okaże się, że jednak nie będziemy mogli mieć biologicznego dziecka. Pomyśleliśmy, że być może każde Święta będą takie, jak te – my plus ktoś, na kogo czekamy. Zrozumiałam, że to przy moim mężu, mimo kryzysu, czuję się bezpiecznie.

Maja: „Nie musiałam tłumaczyć się z odmienności mojego syna”

Razem z mężem wychowujemy syna z autyzmem. Kamilek, nasze dziecko, jest raczej nisko funkcjonujący. Ma napady złości, nie wszystko chce jeść; gdy ma dużo bodźców, wpada w „trudne” zachowania. Święta przed rokiem 2020 spędzaliśmy u rodziny mojej siostry, która ma trójkę dorosłych, zdrowych, zaradnych dzieci. Ja i mój mąż zawsze czuliśmy się podczas tych spotkań źle – jeszcze bardziej było widać, że Kamil jest inny. On jest nastolatkiem, a wymaga opieki jak trzylatek: trzeba czasami pokroić mu jedzenie, zdarza mu się zwymiotować, gdy zje za dużo, trzeba przygotować się na jego złość i łzy. Kilka lat temu wyrwał prezent malutkiej wnuczce mojej siostry i ją uderzył – mąż go uspokoił, ja uspokajałam przerażoną dziewczynkę, a siostra niby wszystko rozumiała, ale patrzyła na mnie z wyrzutem. Nikt, powtarzam, nikt, kto nie wychowuje dziecka z niepełnosprawnością (ale w domu, a nie w jakiejś instytucji przez parę godzin), nie zrozumie, czym jest takie życie. I nikt nie rozumie, że w te Święta było mi naprawdę dobrze. Z mężem i synem siedzieliśmy w domu i jedliśmy tradycyjne potrawy (choć kupione). Nikomu nie musiałam się tłumaczyć z odmienności mojego syna. Matkom niepełnosprawnych dzieci często mówi się: „Wyjdź z domu, uczestnicz w życiu!”, ale nikt nie wie, jakim wysiłkiem jest okupione każde takie wyjście. Mój syn może coś zniszczyć, może się zanieczyścić, może być pobudzony albo krążyć bez celu. W domu jestem w stanie to ogarnąć – poza nim cały czas jestem na posterunku. Wolę już zostać u siebie, tutaj nic mnie nie zaskoczy. Dla mnie każde Święta mogłyby być właśnie takie. Wręcz boję się tego, że pandemia się skończy.

Marek: „Przyjaciele w Święta dali mi to, czego nie umiała dać rodzina”

O moich relacjach z rodziną mógłbym opowiadać naprawdę długo, ale chyba nikt nie będzie chciał tego czytać ani o tym słuchać. W domu była bierna agresja, matka ciągle się na mnie obrażała, a ojciec był zawsze zanurzony w swoim świecie. Święta były katastrofą – mniejszą lub większą, ale nigdy miłym przeżyciem. Odkąd osiem lat temu umarła moja babcia, moja rodzina jest w nieustannej żałobie. Każde Święta polegały na wspominaniu babci, odpytywaniu mnie z moich planów życiowych (czy planuję wreszcie podjąć pracę w zawodzie, czy kupię mieszkanie, czy w końcu zacznę zachowywać się i ubierać jak przystało na trzydziestoletniego faceta). W Wigilię i pierwszy dzień Świąt zawsze się męczyłem – rodzice najpierw wszczynali awantury, matka manifestacyjnie odchodziła od stołu, żeby potem do niego wrócić i mówić coś w stylu: „Dobrze, kochani, w Święta spokój jest najważniejszy”. Prawdziwa dulszczyzna, wszystko było zamiatane pod dywan. Nawet gdy okazało się, że ojciec ma kochankę, to w Święta musieliśmy siedzieć razem i udawać, że jesteśmy super rodziną – bo „babcia by tego chciała”.

W tym roku wreszcie stwierdziłem: „Dość”. Powiedziałem rodzicom, że nie chcę ich zarazić i zostaję u siebie w mieszkaniu sam. Tak naprawdę Święta spędziłem z czwórką dobrych przyjaciół. Jedliśmy pierogi z dyskontu i spalonego makowca, którego upiekł mój kumpel. Było normalnie, naturalnie, bez spiny – rozmawialiśmy o Bogu, o życiu, o śmierci. Przyjaciele w te Święta dali mi to, czego nie umiała dać rodzina: bliskość i poczucie, że jestem akceptowany. Miałem uczucie, że było w tym coś duchowego, że w pewnym sensie byłem bliżej Boga – bo z moją rodziną skupiałem się na przetrwaniu, a nie na Absolucie. Zadzwoniłem do rodziców około osiemnastej – usłyszałem, że bardzo za mną tęsknią i jest im beze mnie pusto. Beze mnie skazani są sami na siebie. Lecz oni nie są osobami, przy których mogę być sobą.

Nie jesteśmy domem z ciepłą, rodzinną atmosferą. Ciekaw jestem, ile jest jeszcze takich domów w Polsce. Mam wrażenie, że nie tak mało.

Niektóre imiona zostały zmienione.

Potrzebujemy Twojego wsparcia
Jesteśmy magazynem i środowiskiem lewicy katolickiej. Piszemy o wykluczeniu, sprawiedliwości społecznej, biedzie, o współczesnych zjawiskach w kulturze, polityce i społeczeństwie. Potrzebujemy stabilnego finansowania – możesz nam w tym pomóc!
Wybieram sam/a
Kościół i lewica się wykluczają?
Nie – w Kontakcie łączymy lewicową wrażliwość z katolicką nauką społeczną.

I używamy plików cookies. Dowiedz się więcej: Polityka prywatności. zamknij ×