Każdy z nas zna to uczucie. Chwile olśnienia, gdy świat – z pozoru nieprzenikniony – nagle się otwiera. Gdy nocą przewracamy się z boku na bok dręczeni natrętnymi myślami, a rozwiązanie naszych trosk przychodzi nie stamtąd, skąd się go spodziewamy. We fragmencie książki, scenie filmu, półsłówku usłyszanym mimochodem. Nagle to, co niejasne, przybiera formę. Ktoś to już nazwał. Ktoś też tak czuł.
Coś takiego zdarzyło mi się niedawno, gdy w samochodzie słuchałem audiobooka „Podróży z Herodotem”. Analogia do dręczącego mnie problemu była tak uderzająca, że natychmiast po dotarciu do domu znalazłem w papierowej wersji zasłyszany wcześniej fragment. Opisuje doświadczenia autora z pierwszej wyprawy zagranicznej do Indii, kiedy jeszcze słabo znał angielski:
„Język zdał mi się w tym momencie czymś materialnym, czymś istniejącym fizycznie, murem, który wyrasta na drodze i nie pozwala iść dalej, zamyka przed nami świat, sprawia, że nie możemy się do niego dostać. Było coś przykrego i poniżającego w tym uczuciu. To może tłumaczy, dlaczego człowiek w pierwszym zetknięciu z kimś lub z czymś obcym odczuwa lęk i niepewność, jeży się, pełen czujnej i podejrzliwej nieufności. Co to spotkanie przyniesie? Czym się skończy? Lepiej nie ryzykować i tkwić w bezpiecznym kokonie swojskości! Lepiej nie wystawiać nosa za opłotek!
Pojąłem, że każdy świat ma własną tajemnicę i że dostęp do niej jest tylko na drodze poznania języka. Bez tego świat ów pozostanie dla nas nieprzenikniony i niepojęty, choćbyśmy spędzili w jego wnętrzu cale lata. Co więcej — zauważyłem związek między nazwaniem a istnieniem, bo stwierdzałem po powrocie do hotelu, że widziałem na mieście tylko to, co umiałem nazwać, że na przykład pamiętałem napotkaną akację, lecz już nie drzewo, które stało obok niej, ale którego nazwy nie znałem. Słowem, rozumiałem, że im więcej będę znał słów, tym bogatszy, pełniejszy i bardziej różnorodny świat otworzy się przede mną”.
Myślę, że w miejsce wspomnianego przez autora języka podstawić można inną cechę różniącą ludzi, na przykład wyznanie, kulturę, poglądy, pozycję społeczną czy nawet pochodzenie, wygląd lub kolor skóry. Każdy nieznajomy może wywoływać podobny do opisanego lęk, który dzieli i przeraża, dopóki nie spróbujemy go poznać. A to wymaga trochę wysiłku, podobnie jak nauka języka, którą w dalszej części książki opisuje Kapuściński. Uzyskane w ten sposób wiedza i zrozumienie często zmniejszają lęk przed obcymi. Łatwiej wtedy traktować ich nie jako zbiorowość, a jako pojedyncze osoby, których nie możemy wkładać do jednego worka.
Podejść i poznać
Po internecie krąży ostatnio wiele filmów z grupami idących ulicą ludzi wyglądających „inaczej”. Filmiki okraszone są często komentarzem, który ma wywoływać panikę. Sugeruje zagrożenie. Ostrzega. Straszy.
Istnieją oczywiście również takie, które przedstawiają agresję ze strony imigrantów. Pochodzą głównie z Europy zachodniej. Jasne jest jednak także, że ludzie są różni. Nie jestem naiwny. Wiem, że są ludzie, którzy mają złe doświadczenia z imigrantami. Chodzi mi o wyłącznie o to, żeby nie postrzegać wszystkich przez pryzmat jednostkowego doświadczenia, ale żeby każdego człowieka traktować indywidualnie.
Ciekaw jestem, czy autorzy filmów ze złowrogim komentarzem – najczęściej zresztą kręconych z ukrycia – spróbowali kiedyś podejść? Zapytać? Poznać? Czy wolą raczej „nie wystawiać nosa poza bezpieczny opłotek” swojej codzienności? Czy osoby rozpowszechniające takie obrazy mają osobiste doświadczenia z ludźmi, którzy w ten czy inny sposób różnią się od nich? Zaryzykuję tezę, że nie.
Ja miałem szczęście i spotkało mnie wiele takich doświadczeń. Od dziecka uczyłem się języków i wyjeżdżałem za granicę, co na początku lat 90. należało raczej do rzadkości. Dzięki pracy naukowej mojego ojca wyjechałem na kilka miesięcy do Szkocji. Siedmioletni chłopiec w szkockiej podstawówce – obcy, ale przyjęty.
Jednym z moich najlepszych przyjaciół jest imigrant z Wietnamu, który jako dziecko przyjechał z rodzicami do Polski. Przez sześć lat był moim szkolnym kolegą, a dziś pracuje w naszym kraju jako wzięty chirurg i wybitny endoskopista.
W wieku siedemnastu lat spędziłem rok w szkole z internatem w Anglii. Nawiązałem tam relacje z ludźmi z całego świata. Ktoś mógłby powiedzieć, że miałem do czynienia z młodzieżą „z dobrych domów” – działo się to w Ampleforth College, zwanym czasem katolickim Eton. Może rzeczywiście tak było, ale z imigrantami w Wielkiej Brytanii miałem do czynienia także w innych okolicznościach. Rok później przez kilka miesięcy pracowałem na zmywaku w restauracyjnej kuchni w Nottingham. Tam nawiązałem znajomość z pochodzącym z Maroka praktykującym muzułmaninem Abdulem. Różniąca nas religia nie stanowiła problemu. Po skończonej zmianie w kuchni biegłem często przez pół miasta do domu opieki dla pacjentów z otępieniem, gdzie pracowałem jako opiekun na nocne zmiany. Była to praca za minimalną stawkę, rzadko wybierana przez rodowitych Anglików. Dlatego też wśród moich współpracowników było wielu imigrantów z Jamajki czy Afryki subsaharyjskiej. Dobrze pamiętam, że wykonywali swoją pracę – w tym toaletę starszych, schorowanych pacjentów – bynajmniej nie gorzej niż Polacy czy Anglicy.
W Polsce też można
Doświadczenie zawodowe lekarza-kardiologa również utwierdza mnie w moim przekonaniu. Z racji wieloletniej pracy w szpitalu oraz przekonania, że wywiad i rozmowa są warunkiem sine qua non dobrego badania kardiologicznego poznałem ludzi z różnych środowisk i warstw społecznych. Choroba nie pyta o pochodzenie. Tylko słuchając, można naprawdę pomóc. I tylko patrząc poza dzielące różnice, można naprawdę zobaczyć.
Z ludźmi pochodzącymi z innych niż ja środowisk mam do czynienia także w ramach współpracy ze Stowarzyszeniem Zupełne Dobro, które zajmuje się pomocą osobom w kryzysie bezdomności. Poznałem bliżej ludzi, powszechnie nazywanych „żulami”, traktowanych jak powietrze – albo gorzej. Wielu z nich cierpi z powodu uzależnienia od alkoholu, jednak poznając ich historie, zrozumiałem, że nikt nie wybiera takiego losu. I że sam – w innych okolicznościach – mógłbym znaleźć się w podobnej sytuacji.
Pełnoskalowa wojna na Ukrainie sprawiła, że do naszego kraju przybyło wielu uchodźców, głównie kobiet z dziećmi. Jedną z takich rodzin wzięliśmy z żoną pod swoje skrzydła i pomogliśmy zacząć nowe życie. Dzisiaj Ukrainka, którą na początku wojny wsparliśmy, pracuje w swoim zawodzie, a jej córki świetnie radzą sobie w polskiej szkole.
Przytaczam te przykłady, ponieważ są osobiste i konkretne, a przez to bardziej autentyczne niż propaganda strachu, która anonimowo publikowana jest w internecie.
Nie piszę tego, by się chwalić. Wiele moich doświadczeń zawdzięczam innym ludziom, a także szczęściu. Znaczenie ma zapewne także empatia, którą przekazywano mi w rodzinie. Wychowałem się między innymi na historii mojej babci pochodzącej z Kresów, która wraz z samotnie wychowującą ją matką ukrywała w czasie II wojny światowej żydowską rodzinę. Obie zostały uhonorowane tytułem Sprawiedliwych wśród Narodów Świata. Niestety, nigdy nie miałem okazji porozmawiać o tym z babcią, która zginęła w wypadku, gdy miałem siedem lat. Jednak historia jej heroizmu odcisnęła na mnie olbrzymie piętno.
Osobiście mogłem natomiast posłuchać opowieści mojego taty, założyciela i działacza krakowskiej Solidarności, który po upadku komunizmu zaangażował się w pracę społeczną. Pamiętam, że kiedy miałem jakieś dziesięć lat, towarzyszyłem mu w wyjazdach do biednie żyjących ofiar systemu komunistycznego czy wdów po ofiarach. Bywaliśmy także w domu dziecka, gdzie nieraz pomagałem w zadaniach domowych. Wydawało mi się to wtedy takie normalne i naturalne. Dopiero po latach widzę, że było czymś wyjątkowym.
Wierzę, że wielu z Was ma podobne historie. Po prostu brakuje czasu, by je opowiedzieć. Ale może właśnie dziś – w czasach, gdy lęk przed obcym znów staje się narzędziem politycznym – warto je przypominać.
Rozumiem lęk o kogoś, o swoich najbliższych, o swoje miejsce. Ja też chciałbym, żeby moje dzieci żyły w bezpiecznym kraju. Jestem jednak za tym, żeby nasze działania i postawy były oparte na prawdzie, a nie jest prawdą, że wszyscy imigranci są zagrożeniem. Tymczasem populiści wmawiają nam, że powinniśmy się ich bać, bo wyglądają inaczej. Jestem przeciwny takim kłamliwym manipulacjom, które niepotrzebnie podsycają u ludzi lęk. Z tego miejsca jest już niestety blisko do nienawiści, przemocy i traktowania ludzi jak masy – a nie jednostek.
Warto starać się nie szufladkować ludzi i nie oceniać wszystkich jedną miarą. Z mojego doświadczenia wynika, że sposobem na zmniejszenie lęku jest poznanie i wejście w relacje – a nie ucieczka. Nie chciałbym, by drugiego człowieka widziano jako „ciapatego”, „żółtka”, „Ukra” czy „żula”.
Mam marzenie – żebyśmy w drugim człowieku zawsze potrafili dostrzec przede wszystkim człowieka.
