Czy zauważyli państwo, że gdy chcemy zmienić stację radiową, w której zaczynają się reklamy, okazuje się, że w tym samym czasie w innych stacjach również nie posłuchamy muzyki? Przełączają państwo i przełączają, a wszędzie mogą się dowiedzieć, jak pozbyć się zgagi, upławów albo gdzie najtaniej kupić telewizor.
Czy to przypadek? Jeśli ktoś chce wierzyć w takie przypadki, proszę bardzo. Według mnie to jednak spisek. Tak, spisek stacji radiowych i reklamodawców, którzy chcą zmusić nas, byśmy, słuchając radia, dowiedzieli się przy okazji, co zrobić, by wspomóc nasze wątroby – i komu możemy za to zapłacić.
Wszyscy wierzymy w spiski
Teorie spiskowe nie mają dobrej prasy. To jeden z tych poręcznych terminów służących do zamykania dyskusji, leżący w tej samej skrzynce narzędziowej co „populizm”, „lewactwo”, „prawaki” czy „libki”. Na ogół ludzi mówiących o spiskach ocenia się więc jako nieracjonalnych, szalonych lub zmanipulowanych, często także groźnych czy śmiesznych. Krótka podróż po YouTube’ie przekonuje, że nie dzieje się tak bezpodstawnie. A jednak nie chcę wrzucać wszystkich opowieści o możliwych spiskach do worka z napisem: „Płaskoziemcy i wierzący w reptilian”. Zgoda: to teorie jaskrawo nieracjonalne. Ale fakt istnienia nieracjonalnych teorii spiskowych nie dyskredytuje sensu badania potencjalnych spisków jako takich.
Wszyscy przecież uznajemy, że pewne sprawy na świecie są wynikiem jakiegoś spisku – choćby udane lub nieudane zamachy czy też ukrywane i ujawnione afery, za którymi stoją rządzący. Nie to jednak mają na myśli ludzie używający pojęcia „teorii spiskowej” jako inwektywy. Gdy ktoś mówi, że coś jest „teorią spiskową”, na ogół jednocześnie sugeruje, że jest bzdurą. Problem w tym, że opowieści o spiskach dotyczą zarówno wierutnych bredni, jak i prawdziwych interpretacji minionych czy bieżących wydarzeń. Wszak ataki z 11 września 2001 roku były efektem działania spiskowców: grupy ludzi działających w tajemnicy. Jednocześnie w przestrzeni publicznej nie zostanie za „teorię spiskową” uznane stwierdzenie, że dokonali ich bojownicy Al-Kaidy. Za to przekonywanie, że stało za nimi CIA chcące znaleźć pretekst do ataku na Afganistan i później Irak – już tak.
David Coady, filozof badający racjonalność „teoretyków spiskowych”, proponuje więc, by za „teorię spiskową” uznawać tylko to, co stoi w kontrze do oficjalnego wyjaśnienia. Co jednak w sytuacji, gdy autor owego wyjaśnienia wzbudza słuszną nieufność? Okoliczności ataku czeczeńskich bojowników na szkołę w Biesłanie w 2004 roku tłumaczyły rosyjskie władze. Te jednak – jak wiele wskazuje – mogły uczestniczyć w organizacji zamachu, na pewno zaś miały dużo wspólnego ze śmiercią wielu cywilów, w tym dzieci, w wyniku nieudolnej i absurdalnie brutalnej interwencji rosyjskich służb specjalnych. Czy Anna Politkowska, która próbowała nagłośnić nadużycia władzy w tej oraz innych sprawach, co ostatecznie przypłaciła śmiercią w wyniku skrytobójstwa, była zwolenniczką „teorii spiskowych”? Na pewno nie w tym sensie, w jakim nazywa się „teoriami spiskowymi” opowieści o płaskiej Ziemi, reptilianach, sfingowanym Holokauście czy „Protokołach mędrców Syjonu”.
Inny przykład: czyż historia nie przyznała racji tym, którzy od początku kampanii zmierzającej do uzasadnienia inwazji na Irak wskazywali, że opiera się ona na kłamliwych doniesieniach, zmanipulowanych raportach, a jej prawdziwym celem jest przejęcie kontroli nad zasobami ropy?
Kolejny, tym razem literacki: fabuła książki „Mam do pana kilka pytań” autorstwa Rebekki Makkai dotyczy dokonanego kilka dekad wcześniej zabójstwa oraz pytania, czy został za nie skazany właściwy człowiek. Podważający to ludzie wydają się spełniać wszystkie kryteria grupy wyznającej „teorię spiskową”. Komunikują się na internetowych forach, publikują fatalnie przygotowane filmiki na YouTube’ie, sekciarsko się nakręcają, tworzą absurdalne wyjaśnienia i koncepcje. A jeśli jednak, podważając oficjalne wyjaśnienie, wykazują się słuszną intuicją, że na etapie śledztwa coś zostało prześlepione lub – no właśnie – celowo zatuszowane? Wszak i w rzeczywistości znajdziemy podobne przypadki.
A sprawa Jeffreya Epsteina, która, jak się wydaje, uwrażliwiła wiele osób dotąd opierających się wszelkim „teoriom spiskowym” na to, że nie należy ich odrzucać dla samej, rzekomo oświeceniowej, zasady?
***
Niektórzy mówią, że z tymi reklamami w radiu to nieprawda, bo zdarzyło się im, że przełączyli stację i z reklam trafiali na muzykę. I że trudno zsynchronizować bloki reklamowe, gdy piosenki, utwory, audycje, niekiedy całe koncerty mają tak różną długość.
Czy jednak sprawdzali to w obrębie jednego rodzaju stacji? Może nie istnieć synchronizacja między Programem Drugim Polskiego Radia i Radiem Eska, ale między tym pierwszym i RMF Classic? Albo tym drugim i Vox FM? Albo w obrębie stacji informacyjno-publicystycznych? To, że spisek jest bardziej przemyślny, nie znaczy, że go nie ma.
„Czy na pewno?” jest złotem
Gdy mówimy o teoretykach spiskowych, nie mamy więc na myśli tych, którzy – jak Politkowska – badają draństwa autorytarnej władzy. Nie mówimy tak o osobach, które wierzą w spiski, na rzecz istnienia których mają sensowne argumenty. Na ogół mianem „teoretyka spiskowego” określamy kogoś, kto wierzy w spiski przesadnie, kto ma tendencję do wyolbrzymiania zakresu, w jakim wyjaśniają one rzeczywistość wokół nas. To może być wiele spisków, może być jeden wielki – nie w tym rzecz. Rzecz w tym, że potocznie rozumiany „teoretyk spiskowy” jest gotów widzieć spiski nie tylko tam, gdzie one – choćby potencjalnie – istnieją, ale także tam, gdzie nie mają sensu. A gdy napotyka na trudności logiczne, dowodzi to według niego tylko większej przebiegłości spisku i tego, że więcej osób jest w niego zaangażowanych. Tak, z całą pewnością przekonywanie, że światowe elity utrzymują nas w fałszywym przekonaniu, że ziemia jest okrągła, chociaż tak naprawdę jest płaska, jest irracjonalne, bo nie ma żadnego – żadnego! – racjonalnego powodu, dla którego miałyby to robić.
Jednocześnie nieracjonalne, a bywa, że szkodliwe, jest także zakładanie z góry, że nieracjonalny jest każdy, kto wierzy w spiski i podważa oficjalne wyjaśnienia – nawet jeśli robi to w sposób tak intensywny, że budzi nasz dyskomfort.
Gdy więc Neil Levy, filozof z Oxfordu, przekonuje, że problem z teoriami spiskowymi polega na tym, że zaprzeczają one „prawidłowo ukonstytuowanym opowieściom i treściom”, a takowymi są na przykład nauka i doniesienia medialne, wykazuje się co najmniej daleko idącą naiwnością.
Nauka? Czy Levy nie słyszał o preparowanych badaniach? O związkach między źródłem finansowania a wynikami? O nieetycznych praktykach, w których cel badawczy był ważniejszy niż godność badanych? Levy zapewne byłby gotów argumentować, że wiele z tych naruszeń zostało wykrytych w obrębie samego środowiska naukowego dzięki strukturze, w jakiej nauka jest – powinna być? – uprawiana. Po części to prawda. Niektóre ze skandali ujrzały jednak światło dzienne nie dzięki innym naukowcom, lecz dociekliwym obserwatorom z zewnątrz – na przykład organizacjom pacjentów. Czy Levy uznałby ich przedstawicieli za „teoretyków spiskowych”? Oraz: czy nawet niektórych naukowców sugerujących wadliwość badań innych naukowców nie musiałby takowymi nazwać, gdyby chciał być konsekwentny w swoim myśleniu?
A media? Chciałoby się wierzyć, że media działają tak jak w filmach w rodzaju „Czwartej władzy” czy „Wszystkich ludzi prezydenta”. Ale nie działają. Niedocenianie skali, w jakiej ich właściciele – a niekiedy po prostu dziennikarze – wchodzą w rozmaite wątpliwe etycznie relacje z decydentami, co prowadzi do nieinformowania o niektórych sprawach lub umniejszania ich znaczenia, to rażące prześlepienie w sferze analizy debaty publicznej.
Levy słusznie więc ostrzega nas przed poznawczym błędem, który polega na przesadnej wierze w to, że umiemy spojrzeć głębiej, dostrzegając wady oficjalnych narracji, których inni rzekomo nie umieją lub nie chcą zauważyć. Nie podaje przy tym argumentu za tym, że w podobnych sytuacjach zawsze nie mamy racji. Ponadto – jak słusznie wytyka mu Coady – nie docenia innych błędów poznawczych, takich jak „kaskady informacyjne”, które prowadzą do powtarzania za innymi ich interpretacji, co skutkuje „niepodważaniem oczywistości”, nawet jeśli naprawdę warto byłoby to zrobić. Jak pisze Coady: „Ci, którzy nie chcą podążać za tłumem, nawet jeśli bardziej prawdopodobne jest, że to tłum będzie miał rację niż oni, wyświadczają mu […] przysługę, zwiększając prawdopodobieństwo, że sam tłum (lub przynajmniej większość jego członków) otrzyma w końcu w nagrodę prawidłową odpowiedź”.
Krótko mówiąc, osoby, które pytają: „Czy na pewno?”, z perspektywy społecznej bywają na wagę złota.
***
Inni mówili mi, że to bez sensu, skoro stacje radiowe konkurują między sobą. Przecież to właśnie na zmianie stacji radiowej na ich rozgłośnię powinno zależeć im najbardziej!
Tyle tylko, że jeśli wszyscy uczestniczą w układzie, to tort do podziału rośnie. Jeśli reklamodawcy są pewni, że ich reklama zostanie wysłuchana – w tej lub innej stacji – zapłacą za nią więcej, niż gdy można przed nią uciec jednym przyciskiem. A to tylko jedno z możliwych rozwiązań tego rzekomego paradoksu. Otwórzcie oczy!
Kto szkodzi społeczeństwu?
„Przesadna” wiara w spiski może przerodzić się w intelektualną wadę – to nie ulega wątpliwości. Tym bardziej wiara w spiski ewidentnie nieracjonalne.
Samo jednak to, że ktoś jest szczególnie skłonny do podejrzewania i badania spisków, nie czyni go nieracjonalnym. Zwłaszcza jeśli zachowuje intelektualną i warsztatową rzetelność, nie nagina wyników badań, nie manipuluje, nie pomija argumentów przeczących jego intuicjom i tak dalej. Tym przecież zawodowo zajmują się dziennikarze śledczy oraz – w jakimś stopniu – polityczni: badają, czy doszło do spisku. Nie muszą od razu wierzyć, że tak. Wystarczy, że uznają, że jeśli doszło, to powinno to zostać ujawnione – w imię społecznego interesu.
Ostatecznie kluczowe jest odkrycie, że to, co się zarzuca teoretykom spiskowym, nie jest specyficzne dla ich sposobu myślenia. Coady pisze na przykład: „Zwolennicy teorii spiskowych […], podobnie jak wielu badaczy, mogą ulec pokusie wypaczania wyników w celu potwierdzenia wagi swoich badań”. Ano właśnie: „podobnie jak wielu innych badaczy”. Doprawdy – nie jest to wada jedynie teoretyków spiskowych, ale także choćby tych, którzy z wielu powtórzeń badania decydują się opublikować wyniki jedynie tego, które zdaje się sugerować statystyczną istotność korelacji między badanymi czynnikami.
Inny przykład? To, w jaki sposób nasze intuicje wpływają na nasz sposób myślenia, dobrze pokazuje odwołanie się do wywodzącego się od Kartezjusza przekonania, że poważne skutki nie mogą mieć niepoważnych powodów. Rzeczywiście na tym opiera się popularność wielu teorii spiskowych, których zwolennicy wolą uwierzyć nawet w absurdalnie pomyślany spisek złych ludzi niż na przykład w kaskadę błędów i przypadków, które łącznie doprowadziły do katastrofy. Również ten argument można jednak odwrócić, wskazując, że podobne założenie może stać także za umniejszaniem znaczenia spisków, jeśli ktoś uzna je za zbyt trywialne wyjaśnienie doniosłych historycznie wydarzeń. Zamiast uwierzyć w sprawność spiskowców, odwoła się wówczas do „Ducha dziejów”, „dziejowej konieczności” czy czegoś podobnego.
Innymi słowy, obok nadmiernej wiary w spiski powinniśmy wskazywać także jej lustrzaną wadę intelektualną: niewystarczającą wiarę w możliwość istnienia spisku. Dyskusje o tym, która z tych postaw jest bardziej niebezpieczna, są mniej istotne od dostrzeżenia tego, że zarówno „teoretycy spiskowi”, jak i ludzie z zasady negujący teorie odwołujące się do spisków i podważające oficjalne wyjaśnienia, mogą być społecznie szkodliwi.
Kto nie łączy kropek?
Dlatego obok nieustannego krytykowania „teoretyków spiskowych” warto dostrzegać tych, którzy „irracjonalnie odrzucają dowody spisku, aby zapewnić równowagę naszemu obecnemu dyskursowi politycznemu”, a których Coady za internetowymi źródłami finezyjnie nazywa „teoretykami zbiegów okoliczności”. Pisze o nich: „Teoretyk zbiegów okoliczności nie łączy kropek, niezależnie od tego, jak bardzo sugerują leżący u ich podstaw wzór. […] Teoretyk zbiegu okoliczności mógł być świadomy, że wszystkich 175 redaktorów publikacji Ruperta Murdocha na całym świecie poparło inwazję na Irak, nie widząc żadnego związku między wyrażanymi przez nich poglądami a poglądami ich szefa”.
Co ważne, „teoretycy zbiegów okoliczności” zaskakująco często zdają się ograniczeni przede wszystkim poglądami politycznymi. Są nawet osoby, które w ramach polaryzacji politycznej tak głęboko utożsamiły swój ogląd świata z przekonaniem o szlachetności jednej ze stron politycznego sporu i nikczemności drugiej, że na zmianę stają się „teoretykami spiskowymi” i „teoretykami zbiegów okoliczności”, ucieleśniając mem o dwóch wilkach, które żyją w każdym z nas. Gdy rządzą oponenci, każdy ich ruch jest wynikiem złowieszczego spisku i zalążkiem afery. Gdy zaś rządzą ulubieńcy, wszystko, co złe, jest wynikiem co najwyżej pomyłek, uwarunkowań, ewentualnie intrygi przeciwników – nigdy zaś zakulisowych rozgrywek na przykład z lobbystami danej gałęzi gospodarki. Często podobnie działają dziennikarze mediów tożsamościowych, co tylko nakręca problem.
Jak to działa w praktyce, widać na przykładzie zarzutów o „fałszerstwa wyborcze”. Ci sami ludzie, którzy prawicowe oskarżenia z 2023 roku (i wcześniejsze) uznawali za wyraz „wariactwa”, na potęgę kolportowali teorie, w jaki to sposób opozycja sfałszowała wybory prezydenckie w 2025 roku. I analogicznie: ci, którzy już stali w blokach startowych, by grzmieć o ukradzionych wyborach w przypadku zwycięstwa Rafała Trzaskowskiego, po ogłoszeniu wyników drugiej tury pozowali na ostoje spokoju, racjonalności i zaufania do instytucji, niepomni, ile razy sami sugerowali fałszerstwa wyborcze, gdy przegrywali głosowania.
System, przypadki, spiski
Jednak, jak zauważa Coady, „nie wszyscy, którzy irracjonalnie odrzucają dowody na spisek, są «teoretykami zbiegów okoliczności». Niektórzy ludzie, szczególnie niektórzy na lewicy, mają irracjonalną tendencję do odrzucania dowodów spisku z zupełnie innych powodów. Nazwę ich «teoretykami instytucjonalnymi»”. To ci autorzy, którzy – jak wskazywani przez Coady’ego Edward Herman i Noam Chomsky, autorzy znakomitej skądinąd książki „Manufacturing Consent” – odrzucają i teorie spiskowe, i przekonanie o zbiegach okoliczności, zamiast nich winą za dane zjawisko obarczając system, siły rynkowe i sposób urządzenia instytucji. Samo w sobie nie jest to nierozsądne. Tyle tylko, że wyjaśnienia bezosobowe – odnoszące się do mechanizmów, struktur, systemu czy siły pieniądza – nie wykluczają się z wyjaśnieniami spiskowymi.
Emblematyczny pod tym względem jest choćby przykład arcybiskupa Juliusza Paetza. Jego kariera – rozwijana mimo dopuszczania się przez niego przemocy seksualnej – była możliwa dzięki systemowym uwarunkowaniom. To, jak wiele lat pozostawał on na eksponowanych i związanych z władzą stanowiskach, było jednak efektem także zmowy milczenia konkretnych osób – zarówno w Kościele, jak i poza nim. Niektóre media nie chciały wszak podjąć tematu ze względu na polityczno-towarzyskie uwarunkowania.
Patologiczny system nie wyklucza się ze spiskami, czego dobrym przykładem jest wspomniana wyżej jednomyślność autorów publikujących w mediach Murdocha. By rozwiązać skomplikowany problem społeczny – dotyczący całego państwa, społeczeństwa czy na przykład Kościoła rzymskokatolickiego – nie wystarczy strącenie ze stanowisk spiskowców. Jednocześnie ujawnianie tych, którzy celowo petryfikują sposoby działania i reprodukcji systemu, również jest niezbędne, by możliwa była jego realna reforma.
Co więc robić, by nie ulegać każdej bzdurze, ale też nie zmniejszać szans na odkrycie prawdziwego spisku? Nierealne wydaje się zrezygnowanie z negatywnych konotacji, jakie nadaje się pojęciu „teorii spiskowej” – tak, by zamiast je z gruntu odrzucać, badać ich zasadność. Cokolwiek byśmy zrobili, sformułowanie „teoria spiskowa” pozostanie dla wielu osób inwektywą. Trudno. Warto jednak, by podobnie krytycznie patrzeć na tych, którzy spisków nie chcą widzieć nigdzie: czy to jako teoretycy zbiegów okoliczności, czy teoretycy systemowi.
Wydaje się zresztą, że poszukiwanie „złotego środka” staje się coraz popularniejsze w dobie rozwoju deepfake’ów, świadomości źródeł wojny w Iraku, akt Epsteina (wciąż tylko częściowo ujawnionych), rosnącego zrozumienia mechanizmów działania gigantów technologicznych i tak dalej.
I bardzo, kurczę, dobrze.
***
Aha, jeszcze jedno. Czy spisek stacji radiowych istnieje? Jeśli nawet, pewnie nie jest tak groźny jak wiele innych spisków. Najpewniej zaś go wcale nie ma, a moja teoria upadłaby pod naporem badań, których nikt nie zrobi. Wreszcie: najprawdopodobniej po prostu nie ma sensu.
Ale czy na pewno? Może czasem lepiej pielęgnować w sobie tę nutkę niepewności?

