Kilka miesięcy temu, we wrześniu 2025, Konferencja Episkopatu Polski ogłosiła powołanie rady ekonomów diecezjalnych przy biurze ekonoma KEP. W rozmowie z Katolicką Agencją Informacyjną sprawujący tę funkcję ks. Marcin Kokoszka powiedział, że zadaniem, które rada dostała od Prezydium KEP, „jest przede wszystkim troska, aby wszystkie działania finansowe, jakie podejmujemy, były transparentne, przejrzyste”. Jest to cel z całą pewnością godzien pochwały, „transparentność” bowiem w kontekście finansów polskiego Kościoła rzymskokatolickiego (w dalszej części tekstu: Kościoła) jest chyba ostatnim słowem, jakie przychodzi na myśl. Stąd też wynikają liczne legendy na temat faktycznego stanu kościelnego majątku czy dochodów księży. A jak jest naprawdę? Spróbujmy to wyjaśnić.
Dróg, którymi pieniądze spływają do Kościoła, jest wiele. Inna jest perspektywa zwykłego księdza, inna instytucji, a jeszcze inaczej kwestia przychodów wygląda z perspektywy zakonów i zakonników. Pierwszą z nich opisuje na łamach niniejszego numeru Dawid Gospodarek, skupię się więc na dwóch pozostałych.
Z czego żyje Kościół?
Przychodami Kościoła, które dla większości są oczywiste, jest tak zwana taca oraz ofiary za sprawowanie sakramentów czy intencje mszalne. Te ostatnie trafiają w większości do odprawiających daną mszę księży. Koperty przekazywane przy okazji chrztów, ślubów i pogrzebów dzielone są zwykle między księży w parafii. Niebagatelnym źródłem dochodów dla ich zarządców (czyli najczęściej parafii) bywają też same cmentarze: zdarza się, że wysokie opłaty pobierane są za wjazd na teren cmentarza, otwarcie bramy czy montaż pomnika. Niedawno zrobiło się o tym głośno w związku z akcją „Stop cmentarnemu wyzyskowi” w archidiecezji łódzkiej. W sprawie nienależnych opłat kuria przegrywa procesy lub idzie na ugodę.
Na utrzymanie instytucji przeznaczana jest ofiara z tacy. Jej miesięczna wysokość uzależniona jest oczywiście od wielkości i zamożności danej parafii, można jednak przyjąć, że wynosi od kilku do nawet kilkunastu tysięcy złotych. Część z tych pieniędzy zasila budżet lokalnego kościoła – wtedy wydawana jest na jego utrzymanie: prąd, wodę, ogrzewanie, pensje pracowników czy remonty. Często do lokalnej kurii trafia ofiara z pierwszej niedzieli miesiąca lub zryczałtowana kwota wynikająca z liczby wiernych, nie ma jednak jednej porządkującej to zasady. Czasem ustalane są zbiórki diecezjalne lub ogólnopolskie, a ofiara z jednej czerwcowej niedzieli wysyłana jest do Watykanu jako „świętopietrze”. Niektóre z diecezji informują, na co przeznaczą zebrane danego dnia pieniądze, inne nie. Tak czy inaczej, w ich gestii pozostaje dysponowanie tymi funduszami. Ofiary przeznacza się na seminaria, utrzymanie kurii i sądów biskupich, katolickie uczelnie, Caritas, Fundację Dzieło Nowego Tysiąclecia oraz działalność charytatywną Kościoła.
W ten sposób do diecezji trafiają pieniądze z poszczególnych parafii. Istnieje także „podatek kościelny” płacony przez poszczególnych kapłanów, różniący się wysokością między zwyczajnymi księżmi a biskupami. W praktyce są to różnego rodzaju składki: na seminarium, domy księży emerytów, fundusze solidarnościowe, misje, Fundację Świętego Józefa czy wreszcie – alimenty. Ich wysokość (i ściągalność) zależy od lokalnego biskupa.
Tak na przykład w 2012 roku ówczesny arcybiskup gdański Sławoj Leszek Głódź zarządził w swojej diecezji składkę na fundusz „Stella Maris” – każdy z podległych mu księży i biskupów miał regularnie przekazywać określoną sumę na potrzeby spłacenia prawie siedemdziesięciu milionów złotych zasądzonych po aferze dotyczącej wyłudzenia przez należące do diecezji wydawnictwo nienależnego zwrotu podatku.
Niedawno media obiegła także informacja, że dwie diecezje nie uiszczają opłat przeznaczonych na funkcjonowanie Fundacji Świętego Józefa, zajmującej się wsparciem osób wykorzystanych seksualnie w Kościele. Ironii sprawie dodaje fakt, że były to archidiecezja krakowska pod przewodnictwem Marka Jędraszewskiego (długoletniego wiceprzewodniczącego KEP) oraz diecezja gliwicka zarządzana przez Sławomira Odera, który aktualnie przewodzi w ramach KEP zespołowi mającemu opracować prawne ramy działania komisji badającej wykorzystanie seksualne w Kościele. Obaj tłumaczyli się, że zależało im na dobrowolności składki – jest to jednak argument wyjątkowo wątły, zważywszy na ustalenia KEP w sprawie finansowania Fundacji oraz funkcje sprawowane przez obu.
O rocznym budżecie polskiego Kościoła pisze Ignacy Dudkiewicz w „Pastwisku”:
„Według ustaleń Dominiki Wielowieyskiej z „Gazety Wyborczej” Kościół obraca rocznie około 17 miliardami złotych. Wchodzą w to: dwa–trzy miliardy z tacy, trzy–cztery miliardy za pogrzeby, śluby, msze w intencjach i tak dalej, około trzech miliardów z rent, najmu i dzierżawy nieruchomości, trzy–pięć miliardów z „różnych dochodów”, przede wszystkim działalności gospodarczej, oraz ponad dwa miliardy z budżetu państwa, na co składają się między innymi pensje katechetów czy kapelanów, dotacje na renowację zabytków oraz środki na utrzymanie wyższych uczelni czy instytucji opiekuńczych”.
Dane te wyciekły przy okazji negocjacji Kościoła ze spółkami Zygmunta Solorza, kiedy ten pierwszy chciał zlecić komuś stworzenie aplikacji dla wiernych – pozwalającej zarówno na czytanie bieżących wiadomości z życia parafii, jak i, oczywiście, składanie ofiar.
Dwa miliardy pochodzące z budżetu państwa to zresztą najprawdopodobniej jedynie część przepływów między państwem a Kościołem, niezawierająca wcale pensji katechetów i kapelanów ani funduszy przeznaczonych na edukację szkolną i wyższą. Według danych Najwyższej Izby Kontroli na samych katechetów przeznaczanych jest właśnie około dwóch miliardów złotych rocznie. Nie ma zresztą powodu, by transfery, które w całości omijają Kościół jako instytucję, a trafiają tylko do osób i podmiotów z nim powiązanych (katechetów czy katolickich uczelni), były uwzględniane podczas rozmów z Solorzem. Chodzi więc wyłącznie o dotacje na inne cele. Ten aspekt był dla Wielowieyskiej o wiele trudniejszy do zweryfikowania, jako że jej tekst powstał na długo przed raportem NIK, o którym dalej. Gdyby więc wliczyć także te pieniądze, roczne obroty Kościoła byłyby wyższe o około 3,9 miliarda złotych.
Sam Kościół, mimo „dążenia do transparentności”, o którym mówił ekonom KEP, nie podaje na temat swoich finansów żadnych informacji – ani w oficjalnych komunikatach, ani w kontaktach z prasą. Od listopada wymieniliśmy z biurem prasowym KEP kilka wiadomości w tej sprawie: najpierw dowiedzieliśmy się, że ksiądz ekonom przebywa na urlopie i może odpowiedzieć pisemnie po powrocie. Na rozmowie zależało nam na tyle, że na prośbę biura przesłaliśmy pytania. Dotyczyły aktualnego stanu posiadania Kościoła, rocznych przychodów i wydatków, nadzoru nad przepływami oraz sposobów realizacji dążenia do transparentności. Nie otrzymaliśmy odpowiedzi. Wielowieyska pisze zresztą, że pomysł na aplikację upadł, bo oznaczałaby ona większą jawność – a księża wcale nie chcą być kontrolowani.
Do pieniędzy wpływających niejako oddolnie należy doliczyć darowizny od osób prywatnych i firm oraz zapisy testamentowe. W tym wypadku trudno nawet o szacunki. Nie tylko my nie posiadamy informacji na temat dużych darowizn dla Kościoła. W tej samej sytuacji jest państwo – o ile tylko darowizna jest pieniężna. Według zapisów Ustawy o stosunku Państwa do Kościoła Katolickiego w Rzeczypospolitej Polskiej (tak zwana „Ustawa Państwo–Kościół” z 1989 roku) zbiórki prowadzone przez kościelne osoby prawne nie wymagają zgłoszenia (art. 57, ust.1), a przychody z ich działalności niegospodarczej są nie tylko zwolnione z podatku – kościelne osoby prawne w tym zakresie „nie mają obowiązku prowadzenia dokumentacji wymaganej przez przepisy o zobowiązaniach podatkowych” (art. 55., ust.1-2). Ktoś mógłby powiedzieć, że to przecież żaden problem przy działalności niegospodarczej, która przecież z definicji ma służyć społeczeństwu i nie przynosi zysków.
Ten ktoś musiałby jednak być bardzo naiwny. Przekazywanie środków bez dokumentacji to prosty sposób na pranie pieniędzy. Wyobraźmy sobie sytuację, kiedy do proboszcza zbierającego od lat na remont skomplikowanej konstrukcji dachu kościoła przychodzi anonimowy darczyńca, oferujący na przykład milion złotych. Ksiądz jest wniebowzięty, a wiernym nareszcie nie będzie kapać na głowę. Opatrznościowy mąż stawia tylko jeden warunek: usługę wykona wskazana przez niego firma – tak się akurat składa, że prowadzona przez powiązaną z nim osobę. Proboszcz zgadza się, choć z pewnymi oporami. Co robić, taka okazja nie trafia się co dzień!
W ten sposób pozwolił na legalne wprowadzenie w obieg pieniędzy, które pochodzić mogą ze zwykłej gangsterki.
Transparentność pozwoliłaby oszczędzić mu takiego dylematu.
(De)regulacje
Relacje między Państwem Polskim a Kościołem reguluje kilka dokumentów, w pierwszej kolejności jednak wymieniona już ustawa. Kwestii finansowych dotyczą przede wszystkim wspomniane artykuły 55-57, których treść zdecydowanie nie sprzyja transparentności przepływów finansowych. Raz jeszcze: przychody z działalności niegospodarczej kościelnych osób prawnych są zwolnione z opodatkowania, nie trzeba w ich zakresie prowadzić zgodnej z ogólnymi przepisami dokumentacji, a zbiórki nie wymagają zgłoszeń.
Samo to daje już duże pole do manewru – by nie powiedzieć: do nadużyć. W ustawie wymieniony jest także szereg innych przywilejów, przede wszystkim dalszych zwolnień podatkowych i celnych. Opodatkowaniu nie podlegają:
● dochody z działalności gospodarczej przeznaczone na cele kultowe, oświatowo-wychowawcze, naukowe, kulturalne, działalność charytatywno-opiekuńczą, punkty katechetyczne, konserwację zabytków oraz na inwestycje sakralne i te, których przedmiotem są punkty katechetyczne i zakłady charytatywno-opiekuńcze, jak również remonty tych obiektów;
● nieruchomości zabytkowe oraz części mieszkalne nieruchomości zakonnych, kurialnych et cetera;
● nabywanie i zbywanie rzeczy i praw majątkowych przez kościelne osoby prawne w drodze czynności prawnych oraz spadkobrania, zapisu i zasiedzenia (o ile nie są przeznaczone do działalności gospodarczej).
„Kościół prowadzi normalnie działalność gospodarczą, z czego odprowadza podatek VAT”, mówił po wzmiankowanym już spotkaniu ekonomów diecezjalnych ks. Łukasz Michalczewski, ekonom krakowskiej kurii. Nie jest to jeszcze mijanie się z prawdą, ale do postulowanej przejrzystości temu twierdzeniu daleko. „Kłamstwo na ten temat czynią przede wszystkim politycy, którzy płacą najmniejsze podatki w naszej ojczyźnie i na to nie ma naszej zgody”, dodaje jednak w następnym zdaniu ksiądz ekonom i efekt staje się już nieco komiczny. Szczególnie, że zwraca również uwagę na podatki płacone przez księży, jakby w tej sferze także ich nie obowiązywały specjalne zasady: „Ale też my, kapłani, normalnie podlegamy zryczałtowanemu opodatkowaniu”. To kolejny kościelny przywilej: zgodnie z ustawą z 1998 roku księża płacą ustalany corocznie kwartalny ryczałt zależny od wielkości parafii i miejsca zamieszkania. W 2025 roku wynosił od 773 do 2273 złotych dla proboszczów oraz od 186 do 731 złotych dla wikarych. Dla porównania: osoba zarabiająca płacę minimalną zapłaci w ciągu roku podatek w wysokości 1836 złotych.
Poza tym Kościół nie płaci ceł za towary przeznaczone na „cele kultu” oraz „cele charytatywno-opiekuńcze i oświatowo-wychowawcze” sprowadzone dla kościelnych osób prawnych. W kontekście relacji z państwem warto zaznaczyć, że darowizny na działalność charytatywno-opiekuńczą Kościoła są wyłączone z podstawy opodatkowania darczyńców – bez limitu, inaczej niż w wypadku darowizn na świeckie organizacje pozarządowe.
Osobną sprawą jest artykuł 70a tej ustawy, o którego usunięcie zabiegała w 2025 Polska 2050, składając do Sejmu odpowiedni projekt. Dotyczy on przekazywania Kościołowi nieodpłatnie ziemi na terenach zachodnich i północnych po 8 maja 1945. Według wypowiedzi prof. UAM Maksymiliana Stanulewicza dla PAP Kościół uzyskał za jego sprawą około 82 tysięcy hektarów ziemi. Jego stosowanie mogło też prowadzić do nadużyć: określa co prawda maksymalną powierzchnię gruntów, które może posiadać parafia czy diecezja, aby z niego skorzystać – nie precyzuje jednak, ile razy można ubiegać się o nieodpłatne przekazanie ziemi. Tak więc nadwyżkę można sprzedać, a wniosek do wojewody złożyć ponownie.
Sędzia we własnej sprawie
Z tematem kościelnych gruntów ściśle wiąże się Komisja Majątkowa dla Kościoła Katolickiego funkcjonująca przy Ministerstwie Spraw Wewnętrznych i Administracji w latach 1989–2011. Również została utworzona na podstawie zapisów Ustawy Państwo–Kościół (art. 61.), a skutkiem jej działań było przekazanie na rzecz kościelnych osób prawnych około 65 tysięcy hektarów ziemi oraz 143,5 miliona złotych. Wartość przekazanych dóbr ocenia się na około pięciu miliardów złotych. Według pierwotnych założeń Komisji jej celem miało być oczywiście wyrównanie strat poczynionych Kościołowi w okresie PRL, sposób działania wskazywał jednak raczej na inne motywacje, a i sam jej skład od początku budził wątpliwości.
Przede wszystkim zasiadali w niej zarówno przedstawiciele państwa, jak i Kościoła, a wszystkim im z publicznej kieszeni wypłacano wynagrodzenie w wysokości 77 procent uposażenia sędziego Naczelnego Sądu Administracyjnego. Ustalone przez nią orzeczenia i ugody miały moc prawną równą ugodom przed sądem powszechnym, a od decyzji komisji nie przysługiwało odwołanie – mimo że nie był to nawet organ państwowy. Kościół był więc w znacznej mierze sędzią we własnej sprawie. Niezgodność z artykułem dotyczącym prawa do sprawiedliwego procesu Konwencji o Ochronie Praw Człowieka orzekł Europejski Trybunał Praw Człowieka, a na niemożność odwołania zwracał uwagę Trybunału Konstytucyjnego Rzecznik Praw Obywatelskich.
Już po zakończeniu prac Komisji w Kancelarii Prezesa Rady Ministrów przygotowano raport o jej działaniu. Nie został odtajniony, stanowił jednak część akt spraw toczonych przeciwko jej członkom. Zwrócono w nim uwagę na szereg błędów popełnionych podczas prac, dotyczących przede wszystkim braków w dokumentacji:
● daty składania wniosków i sposoby ich realizacji nie były rejestrowane, podobnie jak ceny gruntów;
● w aktach spraw brakowało spisów treści i opisów – niemożliwe jest więc ustalenie, czy są kompletne;
● 57 teczek z aktami poszczególnych spraw zaginęło bez możliwości ustalenia winnych – nie rejestrowano bowiem, kto pobiera dokumenty;
● nie sporządzano protokołów głosowań;
● cen gruntów przedstawianych przez stronę kościelną nie weryfikowano;
● nie istniały jasne kryteria dla powoływania członków Komisji, nie sprawdzono ich kompetencji ani potencjalnych konfliktów interesów.
W wyniku tych braków na przykład zakon cystersów dwukrotnie uzyskał rekompensatę na podstawie tego samego roszczenia – w 1994 roku działki w Krakowie, a dziesięć lat później 66 milionów złotych.
Grunt to kapitał
Kościół może korzystać także z art. 68 ust. 1 pkt 2 ustawy o gospodarce nieruchomościami pozwalającego organom rządowym i samorządowym na zastosowanie bonifikaty od ceny nieruchomości wobec wszelkich osób i organizacji, które prowadzą działalność użyteczną społecznie oraz z pkt 6, jeśli nieruchomość ma zostać przeznaczona na cele sakralne. Diecezje, parafie i zakony chętnie posługują się tymi zapisami, a samorządy idą im na rękę. Zgodnie z ustaleniami Stowarzyszenia na rzecz Ochrony Interesów Społecznych i Humanitarnych (SOISH) w latach 2015–2021 Kościół katolicki zakupił od powiatów nieruchomości o łącznej wartości 44 milionów złotych, przy bonifikacie w wysokości około 40 milionów. Na łamach „OKO.press” donosił o tym Daniel Flis.
Podmioty państwowe, a konkretnie Krajowy Ośrodek Wsparcia Rolnictwa oraz Agencja Mienia Wojskowego, mogą także przekazywać kościołom nieruchomości w ramach darowizny – na podstawie art. 59 ust. 5 tej samej ustawy. Według raportu SOISH Kościół otrzymał w badanym okresie od KOWR-u nieruchomości o wartości około 5,6 miliona złotych.
Łącznie do związków wyznaniowych – czyli w Polsce przede wszystkim do hierarchicznego Kościoła katolickiego (ale także do zakonów) – należy około 140 tysięcy hektarów ziemi. Tak przynajmniej wskazują ostatnie dane przekazane już ponad dziesięć lat temu przez poprzednika Ministerstwa Aktywów Państwowych. W 2021 roku w odpowiedzi na wniosek portalu „Demagog” to samo ministerstwo odpowiedziało, że takich danych nie posiada. Podobnie postąpiło MSWiA. Możemy z dużą dozą prawdopodobieństwa założyć, że liczba ta nie zmieniła się znacząco – a jeśli nawet, wiązało się to raczej z przypływem gotówki niż z realną stratą.
Klejenie z wycinków
Część tego majątku nie służy oczywiście zyskowi, a różnym typom działalności wymienianym w Ustawie Państwo–Kościół jako uprawniające do zwolnień podatkowych, na co słusznie uwagę zwraca Paweł Kapusta w „Wirtualnej Polsce”, opisując najbardziej zyskowne kościelne nieruchomości należące do polskich diecezji i archidiecezji. Tutaj jednak, podobnie jak we wcześniej opisywanych przypadkach, brakuje transparentności. To z tych nieruchomości pochodzi dobrych kilka miliardów złotych z rocznego budżetu Kościoła, o których pisała Wielowieyska. Ich źródłem jest zarówno najem, jak i działalność gospodarcza innego rodzaju, nie zawsze przystająca do wizerunku „moralnego drogowskazu”, jakim chciałby być Kościół. O kilku przypadkach, kiedy drogowskazy nie podążają drogą, którą wskazują, pisze w tym numerze Szymon Turkowski.
Warto przy tym zauważyć, że nieruchomości posiadać mogą wszystkie kościelne osoby prawne, od parafii, diecezji i Konferencji Episkopatu Polski po kościoły rektoralne, fundacje, domy i prowincje zakonne. Dane przebadane przez Kapustę stanowią tylko wycinek dużo większej całości.
Zakony funkcjonują w znacznej mierze niezależnie od biskupów – także na płaszczyźnie finansowej. Źródła pozyskiwanych funduszy są podobne: darowizny od wiernych, najem i działalność gospodarcza, dotacje rządowe i samorządowe. W zależności od zakonu różnić się będą: wysokość dochodów, proporcje między ich źródłami czy sposoby wydawania pieniędzy. Niektórzy dominikanie na przykład pracują jako terapeuci. Ponieważ, tak jak zdecydowana większość zakonników, nie posiadają nic na własność, zarobione w ten sposób pieniądze trafiają do zakonnej kasy. Mali bracia i małe siostry Jezusa z kolei utrzymują się z wykonywania podstawowych prac, na przykład w supermarkecie czy na budowie.
Duże zakony mają także swoje struktury międzynarodowe. W ich ramach bogatsze prowincje dzielą się częścią swojego majątku z uboższymi – na gruncie polskim dobrym przykładem takiej praktyki są redemptoryści, czyli zakon, do którego należy Tadeusz Rydzyk. Za sprawą jego działalności polska prowincja stała się jedną z najbogatszych w całym zakonie, dotuje więc te biedniejsze. W podobnej sytuacji znajdują się polscy marianie, odpowiedzialni za sanktuarium w Licheniu.
Istnieją też zakony małe, składające się na przykład z kilku osób w podeszłym wieku, które nie mają już nowych powołań, a ich członkowie lub członkinie nie są w stanie samodzielnie się utrzymać. Ich sytuacja jest najtrudniejsza, nie mają bowiem zapewnionego wsparcia instytucjonalnego. Bywa, że do ich budżetu dołoży się diecezja, zależy to jednak wyłącznie od dobrej woli biskupa.
Rekompensować zrekompensowane
Dobrze usankcjonowanym w prawie sposobem przepływów finansowych między państwem a Kościołem jest owiany złą sławą Fundusz Kościelny. Jego likwidacja regularnie powraca jako postulat kolejnych rządów i polityków, bo stanowi on najbardziej wprost obciążający publiczną kieszeń wydatek na Kościół. Tymczasem jego wysokość, choć niemała, przy skali innych przepływów finansowych – szczególnie za rządów Zjednoczonej Prawicy – przestaje robić tak duże wrażenie. W latach 2021–2023 wydatki z Funduszu Kościelnego stanowiły 3,5 procent wszystkich wydatków publicznych na Kościół. W budżecie na 2026 rok na jego potrzeby przewidziano 272 miliony złotych.
Fundusz Kościelny powstał w 1950 roku na mocy ustawy o przejęciu przez państwo dóbr martwej ręki – należących dotąd do Kościoła. Miał stanowić swoistą rekompensatę dla Kościoła, który tracił wówczas środki swojego utrzymania, i być finansowany z zysków z przejętych od Kościoła nieruchomości. Obecnie całość Funduszu pokrywa budżet państwa. W związku z nieruchomościami, które Kościół uzyskał za sprawą Komisji Majątkowej i zapisów Ustawy Państwo–Kościół, podnoszony jest też coraz częściej zarzut bezprzedmiotowości Funduszu.
Na jakie cele jest przeznaczany? Według ustawowych zapisów ma dotować lub całkowicie finansować składki na ubezpieczenia społeczne i zdrowotne duchownych, wspomagać kościelną działalność charytatywną i opiekuńczo-wychowawczą oraz wspierać odbudowę, remonty i konserwację zabytków sakralnych. Znacząca większość Funduszu (94,6 procent w latach 2021–2023) pożytkowana jest na pierwszy z tych celów. Fundusz pokrywa 80 procent składek większości duchownych (poza pracującymi w szkołach, wojsku, szpitalach czy DPS-ach, którzy sami odprowadzają swoje składki) oraz 100 procent składek misjonarzy i członków zakonów klauzurowych.
Kto daje i czemu nie zabiera?
Fundusz Kościelny to nie jedyne pieniądze z budżetu państwa, które trafiają do Kościoła i jego przedstawicieli. Przejrzysty jest na przykład system opłacania zatrudnianych przez odpowiednie instytucje katechetów (sześć miliardów złotych w latach 2021–2023) i kapelanów (180 milionów) czy przeznaczania subwencji oświatowej na szkoły katolickie (dwa miliardy). Na podstawie osobnych ustaw uczelnie katolickie często otrzymują finansowanie na zasadach podobnych do uczelni publicznych (jeden miliard) – czy, zdaniem niektórych, nawet lepszych. Na tę kwestię zwracała uwagę interpelacja posłanek Marty Stożek i Pauliny Matysiak z 3 marca 2025. Układ nie jest może idealny i w pełni klarowny, mieści się jednak w ramach określonego i znanego systemu.
Najwięcej wątpliwości budzą inne przepływy – i to nie tylko dlatego, że sumują się do najwyższych kwot. Problemem jest niejasny, a często wręcz sprzeczny z prawem i procedurami, sposób ich uzyskania. W 2025 mieliśmy dzięki raportowi Najwyższej Izby Kontroli okazję przyjrzenia się sumom przechodzącym z kasy państwowej do kościelnej – niestety wyłącznie w latach 2021–2023, daje to jednak pewien obraz sytuacji.
Całość przepływów między państwem a Kościołami w tym okresie NIK określa na 17,4 miliarda złotych. Do Kościoła rzymskokatolickiego trafiło 95 procent tej kwoty – rocznie daje to więc 5,5 miliarda, czyli prawie dwukrotność kwoty podawanej przez Wielowieyską dla czasów sprzed pandemii. Poza tym przebadane zostały przepływy na rzecz instytucji powiązanych z Kościołem na kwotę 2,3 miliarda złotych, choć sam NIK zaznacza, że uzyskanie pełnych danych jest w tym wypadku niemożliwe ze względu na niejawność osobistych powiązań. Dotyczą one zatem najbardziej znanych podmiotów, takich jak te prowadzone przez Tadeusza Rydzyka i jego współpracowników.
Część składowych wymieniliśmy wyżej. Pozostałe przeanalizowane w raporcie to zwolnienia podatkowe, celne i darowizny (w sumie 1,71 miliarda złotych) oraz dotacje, inne wydatki rządowe i jednostek samorządu terytorialnego (5,9 miliarda złotych). Fundusze od JST najczęściej mają przeznaczenie celowe – dotyczące remontu zabytku, prowadzenia działalności oświatowej czy konkretnego zadania społecznego. Pojedyncze dotacje nie są zwykle szczególnie wysokie.
Zwłaszcza w przypadku dotacji i wydatków rządowych NIK wskazuje na liczne błędy w ich przyznawaniu: od nieuzasadnionego korzystania z trybu pozakonkursowego przez Kancelarię Prezesa Rady Ministrów (zostało w nim przyznane 101 ze 103 milionów złotych dotacji) przez niesławny Fundusz Sprawiedliwości (dotowana przez niego związana z zakonem sercanów Fundacja Profeto powinna zwrócić przynajmniej 56 milionów złotych z uzyskanych prawie stu) po zawieranie przez Ministrów Edukacji czy Pracy umów grantowych na podstawie wniosków niespełniających kryteriów danego konkursu. Wskazuje to jasno na uznaniowe przyznawanie funduszy, zgodnie z wolą premiera czy ministra.
Warto zaznaczyć, że kontrola NIK-u nie obejmowała spółek skarbu państwa ani powiązanych z nimi fundacji, również obsadzanych według klucza politycznego. Podczas prezentacji raportu ówczesny marszałek sejmu Szymon Hołownia podkreślał, że i na to przyjdzie czas – tylko kiedy? Na pytanie w tej sprawie, które znalazło się w złożonej wiosną 2024 roku interpelacji dwojga posłów Lewicy, Minister Aktywów Państwowych odpowiedział, że informacje „dotyczące doboru kontrahentów, planowania darowizn i sponsoringu stanowią co do zasady tajemnicę przedsiębiorstwa”.
Czy Kościół rzeczywiście potrzebuje tak wysokiego wsparcia dla swoich dzieł? Jak twierdzi w rozmowie z Arkadiuszem Gruszczyńskim na łamach „Gazety Wyborczej” o. Paweł Gużyński, nie. Tymczasem nie przestaje opierać się na różnorodnych dotacjach w stopniu nieraz absurdalnym – krąży pogłoska o rozpoczętym przez jednego z biskupów przed zmianą władzy w 2023 roku remoncie kurii. Hierarcha liczył na hojne dofinansowanie, ono tymczasem nie nadeszło. Koszty remontu podobno na tyle obciążyły budżet diecezji, że na pewien czas przestała wypłacać wynagrodzenie zatrudnionym księżom.
Konsekwencje finansowej zależności od polityków są oczywiste. Oznacza ona nie tylko sprzeczne z misją Kościoła uwikłanie hierarchów w politykę, ale długoterminowo także dalszy spadek autorytetu i znaczenia Kościoła. Już teraz zresztą to politycy znajdują się wobec nich w pozycji siły, a nie na odwrót. Biskupi zdają się albo tego nie widzieć, albo cynicznie tym nie przejmować – i trudno powiedzieć, co jest gorsze.
Czy doczekamy się transparentności w finansach Kościoła? Ks. Michalczewski stwierdził na wzmiankowanym spotkaniu ekonomów diecezjalnych: „Nie mamy czego ukrywać. Wręcz przeciwnie, nasze finanse są przejrzyste”. W rzeczywistości do tego jednak daleka – i najwyraźniej bardzo wyboista – droga.

