Traktaty na inne czasy
Jest rok 1997, 15 stycznia. W Huambo w Angoli jest piękny dzień, świeci słońce. Grupa ludzi wysiada z samochodu terenowego. Mężczyzna w średnim wieku pomaga kobiecie założyć kamizelkę saperską i osłonę twarzy. Stają przed pasem ziemi porośniętym z obu stron wysoką trawą. Wzdłuż stoją czerwone tabliczki z napisem „Perigo minas” – „Niebezpieczeństwo minowe”. Wszyscy obecni wstrzymują oddech, gdy kobieta stawia pierwsze kroki. Wspomniany wyżej mężczyzna, Paul Heslop, ekspert do spraw rozminowywania z organizacji Halo Trust, powie później w wywiadzie dla BBC: „Mój umysł pracował na najwyższych obrotach, próbując upewnić się, że następnego dnia nie stanę się najsłynniejszą osobą na świecie z powodu wysadzenia księżnej Walii”.
Od spaceru Diany po polu minowym minęło blisko trzydzieści lat. W pamięci zapisał się jako moment przełomowy dla kampanii humanitarnych. Blisko trzydzieści lat minęło również od przyjęcia Konwencji o zakazie użycia, składowania, produkcji i przekazywania min przeciwpiechotnych oraz o ich zniszczeniu (tak zwanej Konwencji ottawskiej), która weszła w życie kilka miesięcy po śmierci księżnej Diany i spotkała się z entuzjazmem społeczności międzynarodowej. Papież Jan Paweł II w liście do ambasadora Wolfganga Petritscha, ówczesnego stałego przedstawiciela Austrii przy ONZ w Genewie, pisał tak: „Cieszę się z podjętych trafnych decyzji i działań, które rządy wprowadziły już w życie, aby raz na zawsze wyeliminować tę straszną plagę współczesności. W tej radosnej chwili mam głęboką nadzieję, że państwa-sygnatariusze dołożą wszelkich starań, aby przestrzegać i odnawiać swoje zobowiązania, zwiększając wysiłki na rzecz osiągnięcia celów konwencji”.
Trzy dekady później w ojczyźnie Jana Pawła II świadomie zrezygnowano z wielkiego osiągnięcia cywilizacji, jakim był zakaz produkcji i użycia min przeciwpiechotnych. Polski parlament, głosując w lipcu 2025 roku nad wypowiedzeniem Konwencji ottawskiej, zapomniał o tragedii milionów osób, które straciły zdrowie i życie w wyniku wykorzystania min podczas wojny oraz trudności w usunięciu ich z ziemi po zakończeniu konfliktu. Populiści obiecali posłom, że miny przeciwpiechotne ochronią nas przed atakiem Rosji. W rzeczywistości możliwość ich produkcji, użycia i sprzedaży, która pojawi się 20 lutego 2026 roku, przysłuży się wyłącznie koncernom zbrojeniowym wspieranym ze środków publicznych.
Doniesienia prasowe z ostatnich miesięcy wskazują, że odpowiedzialna za produkcję min dla Ministerstwa Obrony Narodowej będzie bydgoska spółka Belma, należąca do Polskiej Grupy Zbrojeniowej. Ma ona zaopatrzyć w tego rodzaju broń osiemset kilometrów wschodniej granicy kraju. Zakup będzie finansowany ze środków „Tarczy Wschód” oraz programu SAFE, w ramach którego Polska uzyskała od Komisji Europejskiej 43,7 miliarda euro. Belma może mieć jednak konkurencję. W kolejce po pieniądze ustawiła się także notowana na giełdzie spółka Niewiadów Polska Grupa Militarna SA, która w przeszłości współpracowała już z Agencją Uzbrojenia. Jej władze zadeklarowały, że produkcja min przeciwpiechotnych ruszy z początkiem 2027 roku.
Ton wspomnianych wyżej doniesień jest w przeważającej mierze pozytywny – do tego stopnia, że trudno nie zacząć się zastanawiać, czy autorzy poświęcili tematowi choć chwilę refleksji. Zacznijmy od omówienia etycznych implikacji decyzji o wypowiedzeniu Konwencji ottawskiej. Tomasz z Akwinu wskazuje w „Sumie teologii” na trzy cechy wojny sprawiedliwej. Pierwsza z nich to konieczność legitymizacji udziału w wojnie przez powszechnie uznawaną władzę (auctoritas principis); jednostka nie może angażować się samowolnie. W przypadku użycia min na wschodniej granicy Polski rzeczywiście ta przesłanka została spełniona. Wypowiedzenie Konwencji ottawskiej odbyło się z zachowaniem procedur, a więc legalnie i zostało zainicjowane przez demokratycznie wybrany rząd. To jednak nie wystarczy.
Druga cecha, jaką musi spełniać taka wojna, to iusta causa, sprawiedliwa przyczyna. Tu zaczynają się schody. Rząd zapewnia przy każdej możliwej okazji, że wszystkie podejmowane przez niego działania obejmujące granicę są podyktowane względami bezpieczeństwa. Tak tłumaczono najpierw pushbacki, potem ograniczenie prawa do azylu (które, swoją drogą, miało być rozwiązaniem tymczasowym, a w marcu będziemy obchodzić rocznicę jego obowiązywania), w końcu groźby Donalda Tuska, że Polska wypowie Europejską Konwencję Praw Człowieka. Teraz przyszła kolej na zaminowanie wschodniej granicy. Tylko naiwni mogą sądzić, że Rosja nie stanowi zagrożenia dla politycznej stabilności regionu, ale, nawet jeśli niebezpieczeństwo jest realne, nie zwalnia to państwa z obowiązku kierowania się przede wszystkim dobrem obywateli. Strach nie jest wystarczającą „sprawiedliwą przyczyną”. Tomasz z Akwinu wskazywał we wspomnianym wyżej dziele również na szczególną rolę męstwa dla społecznej użyteczności jednostki. Czy męstwem jest użycie broni, która wroga co najwyżej spowolni, a przez dziesiątki lat po zakończeniu (ewentualnego) konfliktu będzie odbierać życie i zdrowie niewinnym postronnym?
Miny przeciwpiechotne to urządzenia wyjątkowo perfidne. Nie rozróżniają żołnierza od grzybiarza i wroga od przyjaciela. Globalnie 85 procent ich ofiar stanowią cywile, z czego 40 procent to dzieci. Mechanizmy samounicestwiające w tak zwanych nowoczesnych minach (czyli produkowanych zgodnie z technologią z lat 90.) są zawodne. Powoduje to konieczność ręcznego usuwania pozostałych w ziemi ładunków, co zwiększa liczbę potencjalnych wypadków. Warto wziąć także pod uwagę fakt, że w terenie bagiennym miny często ulegają przemieszczeniu, co utrudnia ich kontrolę oraz neutralizację. Codziennie słyszymy o względach bezpieczeństwa. MON wciąż jednak nie przedstawił planów uruchomienia programów edukacyjnych dla mieszkańców terenów przygranicznych, które mogłyby uchronić ich przed śmiercią i kalectwem. Nie przygotowano także planów ekonomicznej ochrony dotkniętych tą decyzją województw. Podlasie, Lubelszczyzna, a także Warmia i Mazury to regiony wyludniające się najszybciej w Polsce. Zaminowanie ich części przyniesie dalsze szkody dla przedsiębiorstw turystycznych oraz rolnych, a także coraz większy odpływ młodych ludzi do innych ośrodków. Przygraniczne gminy nie są jednak informowane o zbliżającym się kryzysie. Wydaje się, że rząd przyjął taktykę: „jakoś to będzie”.
Nie może być również mowy o „sprawiedliwej przyczynie”, jeśli stosowane środki zrównują nas z naszym wrogiem. Moralna wyższość, jaka wiąże się z prawem do obrony, znika w momencie, gdy postępujemy tak samo jak Rosja. Polski rząd podjął decyzję, która pozwala mu ryzykować zdrowiem i życiem obywateli, by zyskać narzędzie narracyjne budujące pozorny obraz zaangażowania w kwestie bezpieczeństwa. Po pierwsze, wyjście z Konwencji ottawskiej, pomimo że rzeczywiście wywołało poruszenie na Kremlu, nie wzmocniło w znaczący sposób militarnej pozycji Polski. Wręcz przeciwnie, mogło ją osłabić, ponieważ wypowiadając akt, którego stronami są niemal wszystkie pozostałe państwa Unii Europejskiej, daliśmy się poznać jako sojusznik nieobliczalny i skłonny do podejmowania desperackich decyzji. Po drugie, zaminowanie własnego terytorium to krok nieproporcjonalny w skali sytuacji, stanowiący wyraźny sygnał, że dla polskiego rządu prawa człowieka są jak najbardziej negocjowalne, jeśli tylko na szali leży kapitał polityczny. Pozostaje mieć nadzieję, że polskie społeczeństwo różni się od rosyjskiego i w drodze legalnego, pokojowego protestu zatrzyma proces powolnego, ale konsekwentnego naruszania standardów humanitarnych przez władzę, zanim ta równia pochyła doprowadzi nas do miejsca, w którym nie chcielibyśmy się znaleźć.
Ostatnia cecha wojny sprawiedliwej, jaką wymienia Tomasz z Akwinu, to uczciwa intencja, intentio recta. I tu także polski rząd zdaje się zawodzić. Organizacje humanitarne, zarówno krajowe, jak i międzynarodowe (na przykład genewska International Campaign to Ban Landmines), są zdania, że obrona przed możliwą agresją ze strony Rosji to tylko pretekst dla użycia min przeciwko migrantom na granicy polsko-białoruskiej. Nawet jeśli celem nie jest śmierć tych ludzi, nawet jeżeli zostaną zastosowane prawidłowe środki ostrzegania, decyzja ta stanowi rażące naruszenie prawa humanitarnego. 75 lat temu, ustanawiając Konwencję genewską dotyczącą statusu uchodźców, zdecydowano, że prawo do ubiegania się o azyl jest prawem człowieka. Polski rząd już to prawo ograniczył. Teraz chce je na granicy polsko-białoruskiej de facto odebrać. Nie ma wątpliwości, że zaminowanie pasa przygranicznego wywoła efekt mrożący i tym samym zmniejszy liczbę prób przekroczenia granicy. Warto jednak pamiętać, że większość osób, które znalazły się w pułapce polsko-białoruskich lasów, przybyło tutaj z krajów ogarniętych wojną. Być może zostali oszukani przez reżimy rosyjski i białoruski, być może podjęli się podróży do Polski z nadzieją na lepsze życie dla siebie i swoich rodzin. Jakikolwiek nie byłby powód ich przyjazdu, nie mamy prawa stosować wobec nich siły tylko dlatego, że w naszym państwie szukają azylu. Umowy międzynarodowe zobowiązują nas do zapewnienia tym ludziom uczciwej procedury i indywidualnego rozpatrzenia ich sprawy. Jeśli organy państwowe w wyniku tego postępowania uznają, że dana osoba stanowi zagrożenie dla bezpieczeństwa wewnętrznego lub nie spełnia przesłanek umożliwiających uznanie jej za uchodźcę, mają prawo podjąć decyzję o deportacji do kraju pochodzenia. Nic jednak nie usprawiedliwia bezwzględnego użycia siły i przemocy wobec ludzi, którzy znaleźli się na granicy polsko-białoruskiej często nie ze swojej woli.
Warto jeszcze zwrócić uwagę na postawę Unii Europejskiej wobec działań Polski. Przedstawiciele Wspólnoty wielokrotnie podkreślali, jak ważne jest dla niej wprowadzenie oraz utrzymanie powszechnego zakazu produkcji i użycia min przeciwpiechotnych. Jeszcze rok temu wszystkie państwa członkowskie były stronami Konwencji ottawskiej. Decyzja polskiego parlamentu o jej wypowiedzeniu nie spotkała się jednak ze strony UE z krytyką, na jaką zasługiwała. Może to wskazywać na postępującą erozję wspólnych standardów w imię geopolitycznego realizmu. Milczenie bywa wygodne, zwłaszcza gdy dotyczy państwa przyfrontowego. Jeśli jednak dziś przymkniemy oko na miny na Podlasiu, jutro trudniej będzie upominać się o przestrzeganie praw człowieka gdzieś indziej. Europa, która powstała z doświadczeń wojny, nie może uznać, że broń zakazana przez dekady znów staje się akceptowalna.
Rolą społeczeństwa obywatelskiego w Polsce jest przeciwstawienie się zaminowaniu granicy. Mamo prawo decydować o bezpieczeństwie swoim i naszych bliskich. Jeśli tego nie zrobimy, za kolejne trzydzieści lat jakaś inna księżna stanie w kamizelce saperskiej na skraju pola minowego. Będzie piękny, słoneczny dzień. Będzie szumiał podlaski las. Wszyscy obecni wstrzymają oddech, gdy postawi pierwsze kroki na pasie ziemi, wzdłuż którego ktoś w 2027 roku wbił czerwone tabliczki z napisem: „Uwaga, miny”.
Artykuł powstał dzięki stowarzyszeniu Amnesty International Polska.

