Szlak hummusu, czyli gdzie izraelscy żołnierze leczą traumę wojenną
– Indie to bardzo atrakcyjny cel podróży dla młodych turystów – mówi Daniel Carmon, były ambasador Izraela w Indiach. – Różnorodność przyrody, Himalaje na północy i wspaniałe tropikalne plaże na południu, historia, kultura, religia, różnorodność ludzi i języków. To naprawdę fascynujący kraj. Od dziesięcioleci Izraelczycy po służbie wojskowej przyjeżdżają tu na długie miesiące: cztery, sześć, osiem, czasem nawet rok zanim rozpoczną studia czy pracę – zauważa Carmon. Zjawisko to funkcjonuje pod hebrajską nazwą tiul gadol, czyli „wielka podróż”.
„Mama India” i syndrom indyjski
Wielu Izraelczyków chce poczuć się jak u siebie. W szabas zjeść jachnun, a na śniadanie hummus z izraelskiej restauracji. To częsty schemat podróżowania tysięcy izraelskich backpackerów, którzy co roku zalewają Indie. Jak tam trafiają? Kierują się rekomendacjami innych Izraelczyków. Jedną z najpopularniejszych społeczności jest facebookowa grupa Podróż do Indii z Meronem. Powstała kilka lat temu i dziś liczy już przeszło 75 tysięcy członków.
Plaże Goa oraz himalajskie stoki Kulu i Manali, słynące z imprez na haju, znajdują się wysoko na liście odwiedzanych miejsc. Skala zjawiska nie umyka uwadze lokalnych władz.
– Około 75 procent lub więcej uczestników tych imprez to Izraelczycy. Mieszkańcy praktycznie w nich nie uczestniczą, a większość przyjezdnych z Indii pochodzi z Delhi lub południowych stanów – mówi komendant policji w Kullu. W odpowiedzi na rosnące zainteresowanie i związane z nim wyzwania, służby zaostrzyły środki bezpieczeństwa. – Na ten moment nie wydajemy pozwoleń na żadne imprezy w okolicy – dodaje.
Niektórzy moi rozmówcy używają określenia „Mama India”. Jak wynika z ich świadectw, to tutaj przechodzą bowiem pewnego rodzaju przemianę i czują opiekę, której nie zaznają w domu. Moi rozmówcy wspominają o magii, której nie potrafią wyjaśnić słowami.
Indie od dawna postrzegane są przez Izraelczyków jako miejsce duchowego ukojenia i ucieczki, a skala tego zjawiska jest imponująca. Według konsula generalnego w Mumbaju Dova Steinberga, w 2000 roku Indie odwiedziło ponad 60 tysięcy Izraelczyków – dziś liczba ta oscyluje wokół 80 tysięcy rocznie. Redaktor „Scroll.in” Naresh Fernandes dodaje, że to głównie młodzi ludzie po odbyciu trzyletniej (lub dwuletniej w przypadku kobiet) obowiązkowej służby wojskowej.
Szlak Hummusu: geografia enklaw
Witamy na Szlaku Hummusu – to termin ukuty na określenie trasy najchętniej wybieranej przez Izraelczyków. Obszary te są tak chętnie odwiedzane, że powstały tu całe sektory usługowe, aby zaspokoić ich potrzeby. Miejscowe dhaby [jadłodajnie] serwują szakszukę, kawiarnie reklamują izraelskie śniadanie, a na szyldach i w menu dominuje język hebrajski.
Indyjskie kurorty takie jak Dharamśala, Kasol, Manali, Ryszikeś, Goa, Puszkar stały się drugim domem dla izraelskich backpackersów. W wielu z tych miejsc powstały tak zwane „małe Izraele”, czyli niewielkie dzielnice z dużą koncentracją izraelskich turystów. Izraelczycy spotykający się z innymi Izraelczykami to częsty widok na szlaku hummusowym.
Wzdłuż ghatów w Waranasi kelner z restauracji po tym, jak izraelscy klienci go „poprawili”, zmienił w menu sałatkę z pomidorów i ogórków na „sałatkę izraelską”. Dharamkot doczekał się nazwy „Mini Izrael”. W Kasol nazywanym przez niektórych „Małym Izraelem”, handel odbywa się nawet w szeklach i swego czasu można było znaleźć tam izraelską kawiarnię „tylko dla białych”. Powodem popularności Kasol wśród młodych Izraelczyków jest łatwa dostępność organicznej marihuany i haszyszu. Narkotyki te uprawia się w okolicznych górach. W Hampi wielokrotnie spotykałam gromady izraelskich podróżników, nie tak dawno żołnierzy na terytoriach okupowanych, dziś palących jointy i odpoczywających po służbie.
W Puszkarze nad świętym jeziorem, gdzie według legendy Brahma upuścił płatek lotosu, izraelskie flagi i język hebrajski zdominowały przestrzeń publiczną. W turystycznych lokalach zamiast tradycyjnej masala dosy czy idli na śniadanie można było zjeść szakszukę, oliwki, hummus i pastę z bakłażana, skategoryzowane w menu jako izraelskie. Jakby kawałek Tel Awiwu przeniósł się nad święte jezioro Puszkar.
Z kolei region Vattakanal w Kodaikanal ma izraelską kolonię, której lokalna ekonomia opiera się na obecności Izraelczyków. Widziałem pensjonaty, biura podróży, taksówkarzy i bary szybkiej obsługi, których działalność opiera się wyłącznie na Izraelczykach. Kolejną grupą ludzi, którzy zarabiają tam na życie dzięki Izraelczykom, są dilerzy narkotyków. Kodaikanal słynie z grzybów halucynogennych.
Obok izraelskich flag na hostelach, kawiarniach, restauracjach i barach pojawiły się naklejki z izraelskimi żołnierzami – manifestacja poparcia dla działań zbrojnych, które toczą się tysiące kilometrów dalej w Strefie Gazy.
Głosy z Indii: między ekonomią a niepokojem
Doniesienia o rosnącej obecności izraelskich turystów, w tym żołnierzy po służbie, w popularnych regionach Indii, takich jak Himaćal Pradeś, Goa czy Ryszikeś, od lat budzą mieszane uczucia. Z jednej strony rozwija to lokalną gospodarkę, z drugiej – pojawiają się głosy wskazujące na narastającą segregację i napięcia na tle kulturowym.
Jak opowiada mi ekspert do spraw komunikacji i działacz Aashay Gune, izraelscy turyści – w tym żołnierze izraelskiej armii – tworzą w odwiedzanych miejscowościach swoiste enklawy, a ich obecność, choć masowa, pozostaje często odizolowana od indyjskiej rzeczywistości. Mają renomę turystów aroganckich, zażywających narkotyki, tworzących bańki i niewchodzących w interakcje z lokalną społecznością.
Raqib Naik, założyciel Centrum Badań nad Zorganizowaną Nienawiścią (CSOH), zauważa, że szczególnie Kasol słynie ze stałej obecności Izraelczyków, którzy kupują tam ziemię, zakładają restauracje i hostele, tworząc enklawy i drastycznie zmieniając krajobraz tych miejsc.
Reakcje lokalnej ludności są zróżnicowane. Z jednej strony hinduskim nacjonalistom nie podoba się hipisowski styl życia izraelskich turystów oraz normalizowanie substancji psychodelicznych. Z drugiej strony wielu mieszkańców nie ma nic przeciwko turystom, bo to źródło ich utrzymania. Nishan z Dharamśali, który okleił swój sklep z falafelami pro-izraelskimi naklejkami, wyjaśnił:
– Jeśli to pozwoli mi wyżywić rodzinę, muszę to zrobić. Nie jestem zadowolony z Izraelczyków, ale dostaję ich pieniądze… jeśli przestaną przychodzić, będziemy zrujnowani – dodaje. Problem w tym, że Izraelczycy często wybierają pensjonaty i restauracje prowadzone przez rodaków, przez co ostateczny dochód nie trafia do rdzennych mieszkańców.
Naik jest przekonany, że żaden człowiek, w tym mieszkańcy stanu Himaćal Pradeś, nie czułby się komfortowo, wiedząc, że gości żołnierzy, którzy nie tak dawno aktywnie brali udział w rzezi cywilów.
W rozmowie z Magazynem Kontakt Sabika Abbas Naqvi tłumaczy, że „Indie stały się tanie i dostępne dla żołnierzy armii izraelskiej”. Jej zdaniem w niektórych miejscach izraelska obecność przestaje być jedynie turystyczną ciekawostką, a zaczyna wpływać na lokalny krajobraz społeczny. Prawniczka i działaczka społeczna wspomina własną samotną podróż sprzed lat:
– Widziałam hebrajski wszędzie. Całe Indie obiegła informacja o izraelskiej kawiarni, do której wstęp mieli tylko Izraelczycy. Byłam oburzona, kiedy przeczytałam o tym po raz pierwszy.
Jej zdaniem istnienie „ekskluzywnych kawiarni” dla jednej grupy narodowościowej to niepokojący sygnał. Choć większość mieszkańców chwali sobie dobry biznes gwarantowany przez turystów z Izraela, krążą historie o ich rasizmie i złym traktowaniu miejscowych. Pojawia się więc obraz równoległych światów: ekskluzywnych enklaw i lokalnej społeczności, która – mimo korzyści finansowych – doświadcza poczucia uprzedmiotowienia i wykluczenia we własnym kraju.
Goa: plaże, imprezy i nielegalne biznesy
Szczególnym przypadkiem jest Goa. Niegdyś portugalska kolonia na zachodnim wybrzeżu, dziś stanowi kluczowe miejsce na indyjskiej mapie izraelskich imprezowiczów – kolebkę elektronicznej muzyki tanecznej zwanej Goa trance. Kontrast między domem a tym miejscem nie mógłby być bardziej uderzający: tam eksplozja zwiastuje niebezpieczeństwo, tu rozświetla niebo fajerwerkami. Jedyną armią, na jaką można się natknąć, są przedsiębiorczy handlarze sprzedający sarongi na plaży, często mówiący w znośnym hebrajskim. Goa to miejsce, gdzie zapomina się o wojnach. Rosjanie i Ukraińcy bawią się tu razem – opowiada mi Gune.
Za sprawą morskiej bryzy hebrajskie transparenty powiewają, a z plakatu spogląda rabin. Jego wzrok zdaje się śledzić tłumy młodych ludzi zmierzające na kolejną imprezę trance na plaży podczas pełni księżyca. Naresh Fernandes opisuje niecodzienny widok:
– Rabin Menachem Mendel Schneerson spoglądał i na mnie spod ronda swojego czarnego filcowego kapelusza, gdy szedłem na plażę Vagator.
Plakaty z wizerunkiem przywódcy chasydów były porozklejane w pasie plażowym, a tekst po hebrajsku sugerował, że przekaz nie był skierowany do rdzennych mieszkańców.
Nie brakuje jednak napięć. Część Izraelczyków zamieszana była w kontrowersje wokół prowadzenia dochodowych plażowych restauracji i sklepów. Lokalni właściciele skarżyli się ministerstwu turystyki, że co najmniej 80 plażowych budek zostało otwartych nielegalnie.
– Co najmniej 60 procent z nich należy do Izraelczyków – twierdził Samson D’Souza, prowadzący restaurację serwującą izraelskie dania. – Rozumiem, że mają dość sytuacji w swojej ojczyźnie. Ale to niesprawiedliwe, że robią nielegalne rzeczy w naszej – cytuje go Fernandes.
Indie jako kraina rekonwalescencji wojennej
Z rozmowy z Raqibem Naikiem dowiaduję się także, że zagraniczni żołnierze leczący rany w Indiach to żadna nowość. Historycznie kraj ten odgrywał kluczową rolę jako miejsce rekonwalescencji dla obcych armii, szczególnie podczas I i II wojny światowej. Dr Jayeeta Sharma z Uniwersytetu w Toronto pisze, że już w latach 1827–1829 brytyjskie władze kolonialne utworzyły w Indiach górskie stacje (hill stations), które służyły jako sanatoria i punkty rekonwalescencji dla żołnierzy cierpiących na choroby tropikalne. Położone w górach ośrodki oferowały chłodny, umiarkowany klimat z dala od parnych nizin, zapewniając zarówno fizyczną rekonwalescencję, jak i psychologiczne ukojenie. Szybko przekształcono je w kluczowe wojskowo-administracyjne centra, zaprojektowane tak, by naśladować europejski styl życia. Aby złagodzić tęsknotę za domem i zachować rasową wyłączność, Brytyjczycy zbudowali infrastrukturę i architekturę, które przypominały angielską wieś.
Oprócz Sri Lanki, Nepalu, krajów Azji Południowo-Wschodniej (Tajlandia, Wietnam, Kambodża) i Ameryki Południowej (Brazylia, Argentyna, Chile, Peru), Indie od dawna są głównym celem podróży Izraelczyków, którzy po służbie wojskowej planują zagraniczną podróż-detoks. Obecnie mamy do czynienia z nową falą: społecznością izraelskich żołnierzy po odbytej służbie oraz rezerwistów, którzy przyjeżdżają do Indii, aby odpocząć i uporać się z traumą wojenną. Wykorzystują do tego rządowe bonusy po latach służby wojskowej na Okupowanym Zachodnim Brzegu czy w Strefie Gazy.
– W Izraelu trudno oddzielić podróżowanie z plecakiem od wojska – mówi dr Chaim Noy z Uniwersytetu Południowej Florydy. Według Noya kultura podróżowania z plecakiem w Izraelu narodziła się w latach 70. XX wieku, kiedy wielu żołnierzy, straumatyzowanych wojną Jom Kipur w 1973 roku, chciało udać się w podróż życia, aby otrząsnąć się z ran psychicznych. Ponieważ „każde pokolenie ma swoją wojnę” podróżowanie z plecakiem stało się tradycją, która trwa do dziś.
Jako powód podróży zagranicznych do Indii Noy podaje również napiętą sytuację geopolityczną w Azji Zachodniej, która ogranicza liczbę krajów w regionie, które Izraelczycy mogą odwiedzać.
– Wokół Izraela nie ma dokąd podróżować. Z jednej strony jest morze, a z drugiej kraje, z którymi Izrael jest w stanie wojny – twierdzi badacz. Co więcej, część krajów Azji nakłada sankcje na Izrael i nie wpuszcza izraelskich obywateli na swoje terytorium. Wśród nich są Malediwy i Oman.
Indie oferują Izraelczykom detoks oraz tanią i szybką duchowość – z wyjazdami do przesiąkniętych marihuaną hinduskich aśramów i jogowymi odosobnieniami w buddyjskich klasztorach. Izraelscy backpackerzy mogą również wziąć udział w zorganizowanych projektach wolontariackich.
W odpowiedzi na tę falę migracji powstała inicjatywa Hamakom (po hebrajsku „miejsce”). Założona w 2024 roku przez Heziego Shochata – pracownika socjalnego specjalizującego się w traumie i oficera rezerwy IDF – oraz Tamar Friedman, psycholożkę wojskową i również rezerwistkę, organizacja ma na celu stworzenie bezpiecznych przestrzeni wsparcia emocjonalnego dla izraelskich podróżników w Indiach. Działa w Dharamśali i Goa, oferując darmowe grupy wsparcia, warsztaty, zajęcia jogi oraz rozmowy z terapeutami, w tym z weteranami. Celem Hamakom jest nie tyle promowanie duchowych praktyk, co normalizowanie objawów stresu pourazowego (PTSD), zanim te przerodzą się w poważniejszy kryzys.
Nie wszyscy jednak szukają pomocy w ustrukturyzowanych formach terapii. Równie częstym wyborem – choć budzącym kontrowersje – są psychodeliki, które w subkulturze indyjskich podróży od lat stanowią alternatywną drogę do rzekomego uzdrowienia lub ucieczki od traumy.
Narkotykowe podziemie Indii
Jak ujawnia dokument „Flipping Out” z 2007 roku, zażywanie narkotyków wśród izraelskich turystów w Indiach to poważny i udokumentowany problem. Film ukazuje wstrząsające historie młodych ludzi, którzy na skutek przedawkowania tracą kontakt z rzeczywistością. W takich kryzysowych momentach wkracza Hilik Magnus – ekspert od wydobywania turystów z tak zwanych stanów odklejenia. Jego misja polega na organizacji błyskawicznego i bezpiecznego powrotu do ojczyzny, często w ostatniej chwili, gdy podróżni balansują na krawędzi fizycznego i psychicznego wyczerpania. Jego inicjatywa Magnus International Search and Rescue działa na całym świecie, ratując izraelskich podróżników w kryzysie.
Religia i duchowość: Chabad, Beit Bina i indyjscy żydzi
Oprócz ucieczki od traumy wojennej Indie oferują duchową podróż. Alix Wall, pisząca dla żydowskiej gazety z San Francisco, relacjonuje, że grupa z żydowskiego centrum medytacyjnego Ha Lev z Berkeley wybierała się do Dharamśali na święto Paschy, aby „badać zbieżność między indyjskimi systemami medytacji a Kabałą”.
Ogromna liczba Izraelczyków na subkontynencie sprawiła, że działająca w Brooklynie sekta chasydzka Chabad-Lubawicz otworzyła swoje pierwsze centrum misyjne w Indiach – Chabad House – w Pune w 2000 roku, a następnie filie w Manali, Dharamśali, Ryszikeś i Delhi. Rabin Betzalel Kupchick wyjaśnił Fernandesowi:
– Jest wiele sposobów, jakimi Bóg przyciąga ludzi do siebie. Tutaj, bez presji rodziny i społeczeństwa, Izraelczycy są bardziej otwarci. Kiedy przyjeżdżają do Indii, poszukują.
– Seder, uroczysta kolacja związana z historią Exodusu, jest obecnie organizowany co roku w wielu himalajskich placówkach, głównie przez organizację Chabad – dodaje Wall.
Do inicjatywy Lev Yehudi, finansowanej przez ruch narodowo-religijny w Izraelu, dołączają podobne projekty w Indiach, choć wywodzące się z różnych odłamów religijnego spektrum.
Alternatywą dla ortodoksji jest na przykład Beit Bina – inicjatywa pluralistycznego Żydowskiego Ruchu na rzecz Zmiany Społecznej, która oferuje podróżnikom przestrzeń do studiowania tekstów, dyskusji i refleksji nad tożsamością. Sigal i Shai Levy, para po sześćdziesiątce z Tel Awiwu, od dwóch sezonów zarządzają Beit Bina w wiosce Dharamkot. W przeciwieństwie do Chabad, które oferuje tradycyjne sedery i religijną ortodoksję, Beit Bina ma bardziej sekularny charakter i skupia się na budowaniu wspólnoty. Zachęca do pytań, wątpliwości i poszukiwania własnej drogi – czegoś, czego wielu młodych Izraelczyków, zmęczonych służbą wojskową i napięciami w kraju, szuka właśnie w Indiach. Oferuje też wolontariat.
Szabasowi tłoczarze
Jak wspomina Fernandes w swoim artykule w 2004 w „Man’s World”, żydowska społeczność Mumbaju ma niewiele wspólnego z izraelskimi gośćmi – często narzeka, że mimo dużej liczby przybyszów z Ziemi Świętej dziewięć miejskich synagog ma trudności ze znalezieniem minjanu, czyli kworum dziesięciu dorosłych Żydów niezbędnego do nabożeństwa. Ponadto – podsumowuje Fernandes – „ultraortodoksyjne skłonności chasydów z organizacji Chabad były postrzegane z pewną podejrzliwością przez liberalnych indyjskich Żydów”. Jak wskazuje Aashay Gune, żydowska społeczność Bene Israel (Synowie Izraela) żyjąca do dziś w Maharasztrze nie była nigdy poddana prześladowaniom. Wielu indyjskich żydów pracowało jako tłoczarniarze oleju i w lokalnej strukturze warnowo-kastowej nazywano ich śaniwar teli czy sobotnimi tłoczarniarzami – tłumaczy teolożka judaizmu Karen Jacob. Wielu wyemigrowało do Izraela, jednak niektórzy, jak dziennikarz Robin David, po trzech próbach osiedlenia się w Izraelu za każdym razem wracali do Indii, nie mogąc się tam odnaleźć.
Krytyczny wydźwięk: kolonializm, rasizm i polityka
Fernandes zadaje kluczowe pytanie:
– Czy kurs medytacji, a następnie tydzień transowych rytuałów na plaży mogą naprawdę przynieść rozgrzeszenie za horror trzech lat służby wojskowej? – I zaraz podsumowuje: – Dla wielu Izraelczyków podróżowanie po Indiach jest łatwym politycznym gestem, substytutem prawdziwego protestu, który mógłby przynieść fundamentalną zmianę dla Palestyńczyków. Indie, jak zawsze, pozostają orientalizowanym miejscem pokusy i wybawienia.
Rohit Chopra, profesor komunikacji na Uniwersytecie Santa Clara, w rozmowie dla Magazynu Kontakt wspomina:
– Od pewnego czasu istnieje już tradycja, że Izraelczycy przyjeżdżają do Indii, by odreagować po służbie wojskowej, ale odnoszę wrażenie, że liczby te rosną. Może to być efekt wyraźnego przechyłu Indii w stronę Izraela za rządów Modiego oraz – w indyjskiej wyobraźni – naturalnej zbieżności między syjonizmem a hindutwą. Niepokojące jest natomiast rozrastanie się enklaw, do których wstęp Indusom jest wzbroniony. Mówiąc wprost: to rasizm. Jest to tym bardziej problematyczne w kontekście kolonialnej przeszłości Indii. Niegdyś przed brytyjskimi klubami widniały tabliczki z napisem: „Psom i Indusom wstęp wzbroniony”. Cóż za ironia: rząd, który określa się mianem nacjonalistycznego i hiperpatriotycznego, najwyraźniej nie widzi w tym problemu.
Ta pozornie niewinna turystyka jest więc głęboko przesiąknięta kolonialnymi instynktami – to nie tylko ucieczka od traum wojennych, ale również reprodukcja wzorców osadniczych znanych z polityki wewnętrznej Izraela. Zamknięte enklawy, ograniczony kontakt z lokalną społecznością, postawa wyższości. Masowa obecność izraelskiej młodzieży, często wynoszącej ze służby wojskowej głęboko zakorzenione przekonania o własnej wyjątkowości, tworzy w Indiach strukturę równoległą do lokalnej społeczności.
Ta kolonialna dynamika jest widoczna w interakcjach między izraelskimi turystami a lokalną społecznością. Sara Radha Pelham opowiada o napotkanej w Puszkarze izraelskiej turystce o imieniu Shani, która bez skrępowania opowiadała o swojej wizycie w gurdwarze, opisując sikhów jako „dziwaków z turbanami i przerażającymi jak muzułmanie brodami”.
– Izraelczycy boją się miejscowych, trzymają się w swoich grupach i nie mieszają się z innymi – twierdzi Cahir, 22-letni Izraelczyk, który prowadzi hotel niedaleko delhijskiego Domu Chabad.
Tło geopolityczne: sojusz indyjsko-izraelski
W ostatnich latach stosunki dwustronne między Izraelem a Indiami gwałtownie się rozwinęły. Na polu wojskowym Indie kupują od Izraela systemy Iron Dome, bezzałogowce oraz precyzyjną amunicję. Głośnym, choć kontrowersyjnym przykładem współpracy jest izraelskie oprogramowanie szpiegowskie Pegasus, które było wykorzystywane przez indyjskie służby do inwigilacji dziennikarzy, polityków opozycji i działaczy społecznych. W rolnictwie izraelskie technologie nawadniania kroplowego i odsalania wody trafiły do indyjskich stanów, a współpraca naukowa zaowocowała wspólnymi projektami w dziedzinie sztucznej inteligencji i badań kosmicznych.
Korzyści z tych relacji umocniły się w 2017 roku, kiedy Narendra Modi jako pierwszy premier Indii w historii złożył wizytę w Izraelu – ominął przy tym okupowane terytoria palestyńskie, co było wyraźnym sygnałem politycznym. Jego wizytę odwzajemnił premier Benjamin Netanjahu w 2018 roku, podpisując umowy w zakresie cyberbezpieczeństwa, energii i rolnictwa. Jednym z owoców tej rozwijającej się przyjaźni jest rosnąca turystyka i historyczne otwarcie w 2018 roku trasy lotniczej nad saudyjską przestrzenią powietrzną, łączącej Tel Awiw z Delhi za pośrednictwem linii Air India.
Nie wszyscy izraelscy turyści mogą jednak czuć się bezpiecznie – coraz częściej ścigają ich organizacje pozarządowe. Rosnącej obecnie liczbie izraelskich turystów – w tym żołnierzy po służbie – może grozić aresztowanie podczas zagranicznych podróży. Na czele wysiłków zmierzających do ścigania sprawców podróżujących za granicę stoi Fundacja Hind Rajab (HRF). Organizacja monitoruje konta izraelskich żołnierzy w mediach społecznościowych, śledzi ich internetowe przechwałki i przekazuje ich nazwiska wraz z dowodami działalności przestępczej międzynarodowym oraz krajowym organom sądowym.

