fbpx Wesprzyj nas!

magazyn lewicy katolickiej

Syndrom Hawany

Kto nigdy nie zachwycił się zrujnowaną kamienicą czy opuszczonym domem pośrodku wsi? Czy myśląc o warunkach życia na Kubie, da się uciec od analizy kolonializmu albo stawania w opozycji „my” i „oni”? Czy istnieje przestrzeń, w której romantyzowanie biedy to tylko objaw nostalgii?
Syndrom Hawany
fot.: Kacper Bartczak

Zdjęcia: „Syndrom Hawany”, Kacper Bartczak, arch. pryw.

Z fotografem Kacprem Bartczakiem spotykamy się przy okazji finisażu jego autorskiej wystawy „Syndrom Hawany”, w której pokazuje zdjęcia streetowe z podróży do Republiki Kuby na początku 2024 roku.

Spędziłem na Kubie trzy tygodnie. To nie jest długo. Wiedziałem, że niezależnie od szczerej chęci poznania społecznych realiów tego miejsca, nie zdążę w pełni zrozumieć rzeczywistości mieszkańców. Mimo wszystko te puste półki w sklepach, kartki na jedzenie, codzienne przerwy w dostawie prądu, blokada wyjazdu z kraju, brak dostępu do leków, kult pracy, reżim polityczny i wszechobecna bieda przypomniały mi Polskę z czasów mojego dzieciństwa. Może dlatego wpadłem w pułapkę romantyzowania biedy – przyznaje autor fotografii.

Bartczak nie ma złudzeń, że jego zachłyśnięcie się prostotą kubańskiego życia codziennego to efekt romantyzowania biedy. Jest czterdziestodwulatkiem, który, obserwując warunki panujące w Republice Kuby, zaczął z  nostalgią porównywać je do czasów swojego dzieciństwa. Jednocześnie życie Kubańczyków wydaje mu się lepsze niż jego własne ze względu na poczucie, że nie trwają w wirze konsumpcjonizmu, a przedmioty codziennego użytku na Kubie są wielokrotnie przetwarzane, zanim zostaną wyrzucone. Nie trzeba tam mówić o recyklingu czy o śladzie węglowym, bo na ulicach nie plączą się pod nogami śmieci. Zepsuty rower jest naprawiany. Nawet torebkę foliową po użyciu, jeśli nie jest porwana, płucze się, suszy na sznurku i używa powtórnie. W pewnym wymiarze Bartczak stawia ten sposób funkcjonowania za wzór.

– Przyjechać tutaj to jak cofnąć się w czasie, gdzie kolorowe, rozpadające się budynki, oldschoolowe samochody i rytm kubańskiej salsy wyznaczają ścieżki codzienności. Codzienności, która paradoksalnie wydaje mi się czasem lepsza od mojej z punktu widzenia funkcjonowania człowieka. Tutaj nic się nie zmarnuje, każdy element, każdy odpad może być ponownie wykorzystany, każda rzecz naprawiona, przekazana, oddana. Nonkonformizm biedy w tym ujęciu wydaje się wręcz rozwiązaniem utopijnym. Lepszym. Tylko dla kogo? Dla mnie? Uprzywilejowanego, białego cis-mężczyzny, urodzonego w państwie, którego paszport otwiera drogę do większości krajów świata? Czy Kubańczycy by się ze mną zgodzili?

Wydaje się zatem, że podejście Bartczaka nie wynika stricte z chęci odkrywania „egzotyki” w kubańskiej rzeczywistości, ale jest raczej manifestacją tęsknoty za tym, co minione, niezadowolenia z obecnych czasów oraz własnych wyborów. Autor chciałby żyć bardziej ekologicznie czy też tworzyć więzi społeczne oparte na rozmowie, wspólnym spędzaniu czasu i budowaniu wartościowych relacji. Jest jednak świadomy błędu poznawczego, z którym odbiera obserwowaną rzeczywistość – komunistyczne rządy nie dają obywatelom możliwości marnowania żywności, zmuszają do redefiniowania pojęcia „śmieć” czy determinują zacieśnianie grup społecznych, ponieważ samotna jednostka ma mniejsze szanse na przetrwanie niż otoczona społecznością. W takim kontekście nie jest więc odkrywcą, a raczej uważnym obserwatorem kultury i otaczającej go rzeczywistości.

Jak sam przyznaje: „Z jednej strony zazdrościłem im pewnej wolności i swobody życia, z drugiej strony podziwiałem ich zaradność i to, że potrafią sobie w tak trudnych warunkach świetnie radzić – tak samo, jak podziwiam zaradność osób starszych mieszkających w Polsce, które  radziły sobie w bardzo trudnych czasach. Jestem przekonany, że młode osoby nie są nawet w części tak zaradne, jak nasze babcie, które potrafiły z niczego zrobić wszystko.

Tym samym pewne tendencje występujące w kubańskiej rzeczywistości można uznać za cechy uniwersalne. Kubańczycy są dumni z tego, co dziedziczone, jak na przykład zabytkowe samochody, których licznik „skończył się” już trzy razy, ale wciąż stanowią cenny dobytek rodzinny. W Polsce analogiczną praktyką może być szukanie rzeczy typu vintage. Obecnie bardzo chętnie wyciągamy ze śmietników meble „po babci”, w których widzimy wczesno PRL-owskie perełki. Zachwycamy się ich designem, a nasi rodzice robili wszystko, żeby się ich pozbyć. Dla nich były to rzeczy brzydkie i „dziadowskie”. Często kojarzyły im się z trudnym dzieciństwem, biedą czy zakupami na kartkę.

Bartczak samymi swoimi zdjęciami również odkopuje historię. Robi to poprzez wybór typu fotografii oraz sposób wywoływania odbitek. Choć nie taki był jego zamiar, przywiózł ze sobą osobisty reportaż realiów kubańskich – o tyle nieoczywisty, że nie jest to zbiór kolorowych fotografii pokazujących „egzotykę” Kuby, znanych z okładek „National Geographic”. Nie są to stereotypowe pocztówki , ale czarno-białe odbitki wywołane w technice infekcyjnej litu, która zaburza percepcję obrazów i zmusza do zadania sobie pytania, kiedy powstały te zdjęcia. Fotografie zostały wykonane aparatem średnioformatowym, dwuobiektywową Mamiyą, której konstrukcja wymusza na fotografującym przesunięcie osi zdjęcia na wysokość pępka i pokorne pochylenie głowy przed fotografowaną osobą czy pejzażem. To skraca dystans – nie fizyczny, a społeczny.

– Wejście w ten świat z cyfrowym bezlusterkowcem wydało mi się nietaktem i naruszeniem ładu miejsca, a tego wolałem uniknąć. Nie brałem też barwnych negatywów, bo pojechałem z pewnym nastawieniem fotograficznym, które okazało się błędne. Miałem chęć zarysowania poczucia grozy i stworzenia czarno-białych, poruszonych zdjęć, lekko mrocznych. W rezultacie jednak świat kubański był tak pozytywny, że uświadomiłem sobie, że moje założenie było głupie. W związku z tym fotografowałem bardziej zwyczajnie. A potem w zaciszu mojej ciemni wybrałem technikę litu jako procesu powstawania odbitek, bo nie chciałem cyzelować każdej z nich i dążyć do perfekcji. Wolałem zdać się na przypadek i pogodzić z estetyką błędu – tłumaczy swój wybór fotograf.

Lit nazywany jest techniką infekcyjną, bo obraz powstaje w niej dosyć raptownie – ale po długim czasie. Zdarza się, że odbitki pływają w wywoływaczu po dwadzieścia minut i nic się nie dzieje. A następnie w kilka sekund powstaje obraz – błyskawicznie, tak jakby cały zarażał się od jednego kryształu srebra, który pojawia się nagle i zmienia kolor na czarny. Nad tą techniką trudno zapanować, charakteryzuje się znaczną nieprzewidywalnością. Lit sprawia, że obraz jest intensywnie kontrastowy i nasycony graficznie, przez co więcej elementów pozostaje niedopowiedzianych.

– Dzięki tej technice moje zdjęcia przestają być dokumentem dzisiejszej Kuby. Patrząc na nie mało który odbiorca wie, kiedy zostały zrobione, dzięki czemu stają się ponadczasowe. I to mnie cieszy najbardziej . W dodatku technikę litową najlepiej wykonuje się na starych materiałach pozytywowych – dlatego „Syndrom Hawany” powstał na papierze
barytowym FOMA z lat sześćdziesiątych lub siedemdziesiątych. To też ma wyraźny związek ze współczesnym wyglądem Kuby. Zatoczyłem więc pełne koło w swoim procesie romantyzowania nie tylko biedy, ale i starości – podsumowuje autor.

Potrzebujemy Twojego wsparcia
Od ponad 15 lat tworzymy jedyny w Polsce magazyn lewicy katolickiej i budujemy środowisko zaangażowane w walkę z podziałami religijnymi, politycznymi i ideologicznymi. Robimy to tylko dzięki Waszemu wsparciu!
Kościół i lewica się wykluczają?
Nie – w Kontakcie łączymy lewicową wrażliwość z katolicką nauką społeczną.

I używamy plików cookies. Dowiedz się więcej: Polityka prywatności. zamknij ×